Aktualności arrow Wyprawy arrow Australia
To już jest koniec (8.X.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 08 October 2006

    Po 12-godzinnym przelocie z Singapuru do Istambułu, 2-godzinnym znad Bosforu nad Wisłe i kolejnych kilku godzinach w IC, jesteśmy w Krakowie. Nie za bardzo wiadomo, co z sobą zrobić, gdzie wcisnąć się. Już brakuje nam: przestrzenii Falcona, australijskiego nieba, bezkresnych pustyń Outback'u, przydomowych basenów, no worries mate, misia koali, ciągłego pośpiechu, 4-litrowych silników, żółto-czarnawych znaków, fast-foodów, azjatyckiej kuchni i wszędobylskiego kiczu, nowozelandzkich owiec i luzu, kangurzycy z maleństwem, no i oczywiście codziennych relacji. Nie widzę innego wyjścia niż rozglądac się za nową wyprawą, do tego czasu przyjdzie się jeszcze rozliczyć z tą. Kilkadziesięciu tysięcy kilometrów pokonanych samolotami, koleją, samochodami, promami, rowerami, kajakami, na butach i na bosaka nie da się łatwo wymazać. Dziękujemy wszystkim czytelnikom za wyrozumiałość i cierpliwość w czytaniu raz lepszych, raz gorszych relacji. Nie zawsze pióro lekkim jest. Za parę dni ukaże się na pewno jakieś podsumowanie. No worries mate!

Dobranoc

 
Darwin -> Singapur (6.X.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 07 October 2006
    Australia już nieodżałowanie za naszymi plecami. W Darwin, do którego dotarliśmy po ponad 4-godzinnym locie ze wschodniego wybrzeża, upchanym na bezczelnego fotelami Jetstarem (miejsca na nogi mniej niż we Fiacie 126p), zamknęliśmy australijską pętlę. Zdrowia, szczęścia i pomyślności temu, kto zamierza odwiedzać Australię podczas naszej zimy, a ich lata. W porównaniu z dwoma miesiącami do tyłu, tym razem w Darwin pogoda prawdziwie piekielna. Dobrze ponad 30 stopni, do oceanu nie da się wejść (śmiertelnie groźne meduzy, uniemożliwiające pływanie miedzy październikiem, a kwietniem i słonowodne krokodyle, które w ogonie mają kalendarz), dobrze, że chociaż każdy z mieszkańców dysponuje przydomowym basenem. Dysponował i znajomy Hindus, u którego zatrzymaliśmy się na jeden dzień, odpoczywając po jakże nużącej podróży i trudnej do pokonania dla organizmu półgodzinnej zmianie czasu . Ostatnie spotkania z Aborygenami, którzy ani nie wyładnieli, ani nie zaczęli się lepiej ubierać (na wschodzie praktycznie w ogóle się ich nie spotyka) i polecieliśmy dalej. Na szczęście Jacek wyleciał, mimo że jego paszport był dokładnie poprześwietlany. Tylko czy będzie jeszcze mógł tutaj wrócić? O 3.15 w nocy kolejny lot i o 7 czasu lokalnego (4,5 h lotu, 1,5 h manewrowania zegarkiem) wyrypani stawiliśmy się w Singapurze. Tu jeszcze gorzej niż w piekle. Mało kto wie, że każdemu podróżującemu w tranzycie przysługuje w Singapurze darmowy tour po mieście, więc właśnie teraz ledwie stojąc na nogach, toczymy się po tym molochu. Jest cholernie ciepło, do tego olbrzymia wilgotność, co wraz z nieprzespaną nocą daje piorunującą mieszankę. Do mitów można zaliczyć opowiadania o taniej singapurskiej elektronice - Marcin polujący na jakiegoś IPoda utargował może ze 90% europejskiej ceny. A co z gwarancją, co z jakością towaru? Jakość jest niewiadomą, gwarancja co najwyżej na rok - jak robić tu interesy, to tylko w hurcie i tylko bezpośrednio w fabrykach - twierdzi Marcin, który kiedyś handlował z Wietnamem kurczakami, przyczyniając się do rozprzestrzenienia się ptasiej grypy, ale mając przez to na nową Corsę. No nic, trzeba się zbierać i nie marudzić, jeszcze prawie 2/3 drogi do Polski przed nami.
 
Przejście graniczne Singapur-Malezja, rodem z Gotham City


 
Australia ZOO (4.X.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 05 October 2006
    Po sprzedaży samochodu poczuliśmy dotkliwie, że jaki Grat był każdy widział, ale użyteczności mu nie można było odmówić. Jak to mówią: lepszy wróbel w garści niż kozie śmierć. Trzeba było gdzieś wydać otrzymane w gotówce po 775 $, to przecież niebezpieczne nosić je tak w portfelu. Wybór padł na "Australia Zoo" ś.p. Steva Irwina. W jedną stronę nie poszło najgorzej, półtorej godziny pociągiem całkowicie za darmo - konduktor nie kazał nam kupować biletu, opowiadając przy tym jedną z miliona zasłyszanych już w Australii opowieści z cyklu "czyjej miłości owocem jestem". Najbardziej popularny model to "ojciec - Australijczyk walczący podczas II wojny światowej, matka - brytyjska pielęgniarka, opiekująca się rannym, dzielnym żołnierzem". Wysupławszy w zoo, ok. 80 km od Brisbane na północ, po 32 $ promocyjnego wstępu, przyszło nam spotkać się z koalami (można głaskać, przytulać, whatever...), psami dingo, kuguarami, strusiami emu, najbardziej jadowitymi wężami Australii (rekordzista swoim jadem może uśmiercić 180 dorosłych stworzeń), wombatami i oczywiście kangurami.
 
 
 
   
    Te ostatnie skaczą sobie swobodnie po zoo, można podejść, pogadać, a nawet zrobić fotkę z małym w kangurzej torbie (na prawdę, so sweeeeeet...). Atrakcją są jednak pokazy karmienia najgroźniejszych krokodyli Australii - bohater dnia, Arco, miał ponad 5 m długości !!! Nieprawdopodobne rzeczy wyczyniał. Pomimo, że uznawane są za największych w Australii morderców i drani, krokodyle i rekiny naprawdę rzadko atakują człowieka. Od 1971 r., od kiedy prowadzi się statystyki, ofiarami krokodyli stało się 31 osób. I wszystkie te osoby: a) wiedziały, że rzekę, przy której się znajdowali, zamieszkiwały krokodyle, b) stały na jej brzegu, specjalnie ich wypatrując!!! Czy możecie w to uwierzyć??? Sami mogliśmy doświadczyć, jak szybko działa krokodyl, obserwując rzeczone show. Zaraz na jego początku zniknął on pod powierzchnia zamieszkiwanego jeziorka (nie było szans dojrzeć go z brzegu) i nagle wyskoczył w górę po trzymane przez tresera surowe mięso! To był moment! 1 sekunda, 5-metrowe bydle odgryzłoby drogi niemiecki turysto (ulubiony przysmak krokodyla) nie tylko twojego nochala. Na lądzie krokodyl traci zupełnie swoje walory, jest wolny i ociężały i nie ma szans, żeby dogonić szybko idącego człowieka. Tak więc - reasumując - krokodyle w Australii zabijają zdecydowanie mniej ludzi, niż umiera np. ze świątecznego przejedzenia.
 
Steve Irwin Zoo - Kroki Show
 
    Co do rekinów - w ostatnich kilkunastu latach były tylko 2 ich ofiary. Są jeszcze dingo - jedna śmiertelne pogryzienie, ostatnie kilka lat temu na Fraser Island. No i węże - ale każde dziecko w Australii wie, co należy po ugryzieniu zrobić (strzelić browara). W zoo przyszło nam spędzić prawie 4 godziny, szkoda, że Steva już tam nie było, bo ponoć rzeczywiście wsadzał głowę w paszcze Arcosa. Jak już było wspomniane, ZOO to ogromny biznes, na każdym kroku kamery Animal Planet kręcące coś do swojej ramówki. Powrót z wycieczki zdecydowanie gorszy - prawie 5h podroży, oprócz Sydney i Melbourne komunikacja publiczna w Australii to jedno wielkie dziadostwo - droga, rzadka, spóźniona. W tym kraju własna fura, podobnie jak w Ameryce, to absolutny MUST HAVE, a samolotem lata się częściej niż w Krakowie jeździ tramwajem. Co jeszcze pewnie będzie przedmiotem naszej uwagi - gdyby komuś nie zależało na czasie i na pieniądzach przeznaczonych na bilet do Polski - zdecydowanie Australię jako miejsce migracji polecam (zapomnijcie o Irlandii, Londynie, Szwecji). Zaobserwowaliśmy jednak, że mimo że Polacy tu spotkani żyją na w miarę wysokim poziomie, dramatycznie szybko trąca kontakty z ojczyzną - powroty raz na 10-15 lat, a co trochę smutne, mimo że są z reguły pierwszym pokoleniem w Australii, ich dzieci przeważnie nie mówią dobrze po polsku (a często w ogóle). No, ale nie nam oceniać, widocznie tak musi być. Przykładem tego, jak długą i męczącą podróż do Polski być jednak może, jesteśmy my - dziś, w czwartek, o 21 (13 czasu polskiego) wylatujemy z Brisbane do Darwin. Tam 25 h przerwy i nocą z piątku na sobotę kolejny lot, tym razem do Singapuru. W Singapurze tym razem ok. 17 h postoju :) i kolejną nocą podróż przez Stambuł do Europy. Na dworcu w Krakowie stawimy się więc dopiero w niedzielę wczesnym wieczorem, mając za sobą prawie 78 godzin!!! podróży. No, ale nikt nie kazał nam korzystać z najtańszej opcji podróży na Antypody... Nikt nam w ogóle nie kazał nigdzie wyjeżdżać, do Pcimia mięliśmy niecałe 40 minut przyjemnej, całkiem przyjemnej i widowiskowej drogi, więc żalić się nie wypada.
 
Marcin i koala - koala i Marcin

 
Bilans Falcona (3.X.2008) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 04 October 2006
    Przejechanych z nami 10 365 km, w sumie 246 100 km (albo i więcej, bo tu też przekręcają liczniki). 38 razy odwiedził wodopój, gdzie zaczerpnął 1183 L paliwa UNLEADED 91 (raz wziął jakieś ekologiczne dziadostwo, co mogło przyczynić się do jego choroby) za łączna sumę 1624 $ AUD, dzieloną rożnie (na 2,3 lub 4 osoby). Jako że raz trzeba było z niego spuścić paliwo, ciężko oszacować pełne spalanie, ale widać, ze wynosiło ono ok. 11,2 L/100 km - na trasie około 10,1 L/100, w mieście ok. 13 L/100 km. Najwięcej za benzynę przyszło nam zapłacić w miejscowości Kings Canyon niedaleko Uluru (1,80 $/litr - ok. 4,30 zł), a najmniej z końcem września w Surfers Paradise (1,09 $/litr - ok. 2,60 zł). Wybuchła nam tylko 1 opona, uszkodziliśmy jedną pompę paliwową, urwaliśmy jeden pasek do chłodnicy i uszkodziliśmy raz układ hamulców, raz również ściągano nas z autostrady i raz poprawiano spartaczoną robotę innego mechanika. Zakupiliśmy również kila litrów wody destylowanej, robiliśmy to do czasu, kiedy kazano nam się nie chrzanić i do układu chłodniczego dolewać zwykłej wody kranowej. Wszystkie te naprawy (aha, zapomniałem o 3 kupionych na początku oponach i remoncie silnika + opłacie za przegląd przy kupnie fury) kosztowały nas ok. 1400 $, co suma sumarum (po doliczeniu 50 $ zysku pozornego - kupiliśmy furę za 1500$, sprzedaliśmy za 1550$ :)), z uwzględnieniem kosztów benzyny na osobę (500 $), dało ostateczny koszt podroży Jacka przez Australię samochodem marki Falcon w kwocie 2880 zł POLSKICH i ostateczny koszt podróży Marcina przez Australię samochodem marki Ford Falcon w kwocie 2880 zł POLSKICH. Jednakowóż nie wiem, czy zdanie powyższe jest poprawne. Jednak doznane przeżycia - bezcenne, nabyte doświadczenia w naprawie Fordów Falconów - bezużyteczne, zaoszczędzone koszty noclegów - kilkaset złotych, poznane Niemki - porażka. Gdyby podobną odległość przebyć autobusami firmy Greyhound, oferującymi karnety na podróż po Australii (www.greyhound.com.au), koszt wyszedłby porównywalny, z tym, że masę pieniędzy i czasu stracilibyśmy na przeróżne dojazdy do domów, znajomych, basenów, plaż i innych atrakcji. Wszem i wobec, kończąc temat Falcona i mimo tego że mogliśmy pewnie dostać za niego do 300 $ więcej, trzeba odtrąbić jedno - TO BYŁ REWELACYJNY OKRES!
 
Falcon na środku pustyni - Coober Peddy


 
Jak sprzedawaliśmy Brata Grata (2.X.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 04 October 2006
    Jak przekazaliśmy moderatorowi Łukaszowi w krótkiej, służbowej notatce, Falcon nie podróżuje już z nami. Z jednej strony pokochaliśmy go jak brata, a z drugiej dobrze, że już go nie ma, bo mimo wielu radości dawał nam ostatnio tylko zgryzotę i po kieszeni. Walka o niego rozgorzała pomiędzy dwiema parami Niemców. Dwóch kolesi spod Koeln chciało go wziąć już w niedzielę wieczorem, kiedy wracaliśmy z Rafy, ale wizytę w warsztacie zaklepali dopiero na wtorek. A bez komentarza mechanika nie chcieli go brać. Nie dziwimy się - podczas prezentacji samochodu robiliśmy wszystko, aby nie włączać silnika, podkreślając cały czas walory przestrzenne i liczne wyposażenie kempingowe, jakby to było najważniejsze. Zawsze jednak następowało sakramentalne - "możecie go odpalić?". I wtedy cena gwałtownie spadała, na twarzach naszych i kupców gościła rozpacz - warkot Falcona to najbardziej ohydny dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszeliśmy. Uwierzcie. Druga para Niemców działała o wiele szybciej - za 2 h samochód stał na warsztacie. Bilans - jedna żarówka do wymiany, ale kto by się przejmował. No i standardowe - da się jechać, ale można przejechać równie dobrze 200, jak i 20 000 km, a Falcon stanie na wieki. Z wywoławczej 1999 $ cena wiec spadla do 1550 $. Wzięliśmy z samochodu po parę gadżetów - ja płetwy i lodówkę, Marcin atlas i jakieś badziewia. Miałem chrapkę na namiot, no ale szkoda, żeby bidni Niemcy nocowali pod chmurką, choć niebo w Australii jest zdecydowanie rewelacyjne. Za około miesiąc przyjdzie do Niemców list z Departamentu Komunikacji z pewnymi nieścisłościami do wyjaśnienia, ale niech się tym martwią, nam nie udało się tego załatwić. Mam nadzieje, że Sebastian spod Berlina, który kupił tę furę nie będzie mnie ścigał po Polsce, choć wykazał się niemiecką podejrzliwością, spisując numer mojego paszportu (złe doświadczenia z samochodem i Polakami?). Od razu po wykonaniu transakcji zapragnęliśmy posiąść jeszcze kiedyś w Australii cztery kolejne kółka - tym razem 4wd - i przejechać z Perth do Cairns bezdrożami Outbacku. Myślę, że uda się to zrobić dopiero za ok. 20 lat (40?), no ale już teraz przyjmujemy zapisy - w skali emocji i zadowolenia daje takiej wyprawie 9.8/10 (zawsze trzeba zostawić sobie szanse na przeżycie czegoś jeszcze lepszego, np. skoku na bungee bez bungee).
 
Centrum Brisbane - tam sprzedaliśmy Grata


 
Wielka Rafa Koralowa (1.X.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Monday, 02 October 2006
    Wszystko co dobre szybko się kończy, więc i nasza wyprawa (wczasy, melanż, wycieczka - niepotrzebne skreślić) powoli się kończy. Dziś wpadła nam w łapy kartka z 5 obrazkami symbolizującymi Australię i można powiedzieć, że z czystym sumieniem możemy wyjeżdżać. Wielka Rafa Koralowa, kangur i koala, Great Ocean Road, Uluru i opera w Sydney obfotografowanie i zaliczone. Niestety plan nie do końca dopięty, gdy spojrzycie na mapę na pierwszej stronie starej strony www, to zwróćcie uwagę na punkcik miedzy Mackay i Gladstone na wschodnim wybrzeżu - gdzieś tam, w okolicach Zwrotnika widziano nas po raz ostatni w sensie dziewiczym (cokolwiek to miałoby znaczyć) - obecnie po raz kolejny jesteśmy w Brisbane. Z Town Of 1770 (tu po raz pierwszy James Cook wylądował w Australii) wypłynęliśmy na Wielką Rafę. Jako że rafa jest stad oddalona o dobre 100 km (w okolicach Cairns np. o 50-60 km) to i cena za wyjazd musiała być odpowiednia - 130 $ za jednodniowa wycieczkę (z Cairns około 50-60 $). Po nocy spędzonej w Falconie (której to już) po raz kolejny posilić się trzeba było rybkami (przez pół roku po powrocie do Polski proszę nie wymawiać nawet następujących nazw: tostowy chleb, jajecznica, puszkowane rybki, pomidory, mrożona pizza, lasagne, chińska zupka, Big Mac i Coca-Cola). I te rybki to był błąd! Podczas podroży na Lady Musgrave (koralowa wyspa, na którą zmierzaliśmy) Wielki Ocean upomniał się u Jacka o zwrot swoich dawnych mieszkańców. Marcin, który dzielnie pływał kiedyś na Statku po Wiśle nie dał sobie ich wydrzeć, ale Jacek przez połowę pobytu chodził jak struty.
 
W tle wielka wyspa koralowa
 
    A było co oglądać na Rafie! Black Reef Sharks (małe rekiny), kolorowe rybki (nie będę wymieniał ich nazwisk), morskie węże, tysiące koralowców, a przede wszystkim 2-metrowe żółwie, które prawie ocierały się o nasze brzuchy, to było to, o co chodziło! Rejs łodzią z przeszklonym dnem zajeżdżał trochę jarmarkiem, ale tysiące stworzeń, które zamieszkiwały rafę (ponoć już zadeptana, polecają rafę w zachodniej Australii) pozostawiło niezatarte wrażenie - pomyśleliśmy wtedy razem: "szkoda, ze Was tu nie ma":). Na niektórych z wysp można nocować - z reguły nie ma tu nic, wszystko trzeba przywieźć ze sobą - od wody poczynając. Cena za nocleg nie jest zbyt wysoka - 4$ za miejsce pod namiot, ale jest problem, jeśli nie dysponuje się swoja łódka - trzeba opłacić podwójnie jednodniowa wycieczkę (na wyjazd i powrót), co kosztuje już prawdziwy majątek. Zrobimy Wam tu mała Wikipedię, parę faktów o Wielkiej Rafie Kolorowej: a) długość prawie 2000 km; b) grubość warstwy koralowca - 500 m; c) temp. wody - min. 17,5, max 28 st. C; d) mieszkańcy: 400 gatunków koralowców, 1500 gatunków ryb, 4 tys. gatunków mięczaków (+ 4001-wszy - Marcin), krowy morskie (whatever...), ryby skorpiony, niegroźne rekiny i najgorsze, śmiertelne potwory - meduzy, morskie osy, które występują w tych wodach od października-listopada, no i będące ostatnio na topie płaszczki, które przyczyniły się do śmierci Steva Irwina. Dziś odwiedziliśmy zoo tego świętej pamięci faceta (a w zasadzie odwiedziliśmy bramę zoo, było zbyt późno) - oprócz pamiątkowej ściany, przypominającej trochę budynek kurii po śmierci Papieża - wszystko leci tu zupełnie normalnie. Olbrzymi przemysł, jaki tworzy to zoo, pokazuje, że to biznes jak biznes i nie ma tu miejsca na sentymenty. Sentymenty dają się znać Marcinowi - ciągle przebąkuje mi tu o jednej dziewczynie, nie mogę powiedzieć, której, ale do której wysłał nawet kartkę pocztową - także dziewczyny - on nie chce się przyznać, ale pewnie jego serce bije dla którejś z Was:) Falcon cały czas wystawiony na sprzedaż, dzwonią ludzie, pytają, sondują, jeden bezczelny typ chciał dać za niego 700$ w gotowce - co za tupet!
 
Jacek i australijska fauna


 
Fraser Island - welcome to paradise (28.IX.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Friday, 29 September 2006
 
Fraser Island - czy to już raj?
 
    Jedziemy dalej z tym koksem. Po około 300 km jazdy w kompletnej ciszy (boimy się odezwać, wsłuchując się w dźwięk silnika) zbliżamy się powoli do Rafy. Falcon jest załatany, ale wyrok już zapadł, trzeba się starać go tylko odwlekać. W Maryborough, miejscowości nad Harvey Bay, zostawiliśmy u znajomego Australijczyka (który jako domowe zwierzątko hoduje pytona) samochód i wyruszyliśmy na Fraser Island - niesamowitą wyspę około godziny rejsu od lądu, na której możliwy jest tylko ruch 4wd (no i pieszy, ale jedynymi pieszymi byliśmy my i para Niemców). Ciężko w to uwierzyć, ale na Fraser Island mają więcej piasku niż na Saharze (nie wciskam Wam kitu) i można było to odczuć już po kilkunastu minutach marszu. Zaczęły się wzajemne niesnaski, Jacek oskarżył Marcina, że targa ze sobą na plecach pół domu, a Marcin Jacka, że jest nieodpowiedzialny nie biorąc prawie niczego (obie wersje były prawdziwe). Wywiązała się kolejna jałowa dyskusja (która to już), trzeba będzie zrobić ankietę. Na topie są: a) czy bungee jest sportem bezpiecznym (Jacek - tak, Marcin - nie) i b) czy człowiek może wytrzymać 1 dzień bez pitnej wody (Jacek - tak, Marcin - nie). Nawet nie wiecie, jak mogą te tematy być frapujące. Tak, jak mówiliśmy - Fraser Island to całkiem spora piaszczysta wyspa, porośnięta do tego tropikalnym lasem, w którym wyróżnia się pewien gatunek drzewa - jedynego na świecie, które jest kompletnie odporne na wodę i wilgoć, wyłożono nim np. Kanał Sueski. Oprócz fascynujących tras dla terenowych samochodów wyróżnia się jeszcze na niej: największą w Australii kolonie psów dingo (stawiły się w nocy pod naszym namiotem, bywają dość niebezpieczne), najdłuższe w Australii rekiny (do 7 m, żarłacze błękitne!!!, chyba też niebezpieczne, he? ) - stąd całkowity zakaz kąpieli w przybrzeżnych wodach, no i największe wydmy w Australii. Aha, do tego płaszczki (tak, te same, które zabiły Crocodille Huntera) i wieloryby, ale nie udało nam się tych ostatnich zobaczyć.
 
W oczekiwaniu na dingo

    Ogólnie wildlife, że aż sie patrzy, na szczęście udało nam się połowę drogi pokonać na tyle pickup-a, a drugą połowę (10 km) piechotą. Na szcęście też wyspa jest bajkowo-baśniowa, noc spędziliśmy w namiocie nad brzegiem śródlądowego jeziora, będąc jedynymi ludźmi w promieniu 10 km. Przypomniały nam się czasy Dzikiego Zachodu (sorry Winnetou), kiedy to zachód i wschód słońca wyznaczały nam dzień. To chyba była najwcześniejsza pora od czasu przedszkola, kiedy poszliśmy spać, już po 20 zdziwione psy dingo przychodziły ze skargą na chrapiącego Marcina (a może to był Jacek?). Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że widok, który zastaliśmy rano był nienajgorszy - małe, piaszczyste jeziorko McKenzie, jakieś 3 m od namiotu - niestety rozbitego tam nielegalnie, ale nie było wyjścia, zrobiło się ciemno, kiedy tam dotarliśmy. Poranna kąpiel - 6.30 - that's it! Potem poszło już gładko: 12 km przez las, hitchike na plaży (80km/h wzdłuż oceanu, polecamy!) i hitchike przez "dżunglę" na pace u Aborygena - za 23 AUD zrobiliśmy trip, za który Niemcy płacili po 150! :) Może nie ma tu wielkiej kultury, ale jeśli chodzi o przyrodę i wspomniany już "wildlife" chyba nikt i nic nie przebije Australii i Nowej Zelandii!
 
Spacerek po Fraser Island - nie polecam


 
Brisbane - wrota do tropikalnej północy (26.IX.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 27 September 2006
    Udało nam się dojechać do Brisbane! Wprawdzie to tylko 80 km od Surfers Paradise, ale świętujemy ten sukces, jakby to było 8000... Do czasu kiedy wliczano w rozmiary miast również przedmieścia, Brisbane było najbardziej rozległym miastem na świecie. Dziś dalej jest wielkie, my mieszkamy około 15-20 km od centrum, ale za to w typowym, australijskim domku, jakie znamy z przedpołudniowych, sobotnich seriali. Jest busz obok domu, jest basen, są eukaliptusowe drzewa, na których rzadko bo rzadko, ale można spotkać koale (tu trzeba sobie szczerze jedną rzecz powiedzieć, koale w Australii nie stoją na każdym rogu i nie pytają czy mogą Ci wskoczyć na ręce albo czy nie możesz fajkami poczęstować, trzeba się sporo naszukać, żeby je dorwać na dziko). Niestety albo i stety to jeszcze nie obszar Australii, gdzie w basenie rozgladasz się nerwowo czy po powierzchni nie pływa krokodyl - przydałoby się w końcu ujrzeć to miłe stworzenie na żywo, to Australia, nie Austria !!! Mamy około 5 dni opóźnienia - wykończeni psychicznie przez Forda postanowiliśmy się go pozbyć - ogłoszenia porozwieszane, zobaczymy jak pójdzie - generalnie jest bajzel i w silniku i w papierach, więc i cena nie będzie najwyższa. Wszystko nam już wszelako jedno, byle do Rafy, a później stopem czy busem przez Outback z powrotem do Darwin. Parę słów jeszcze o Brisbane, dopiero niedawno zostało przyjęte do australijskiej czołówki, przez lata Sydney i Melbourne nadawało mu miano ubogiego kuzyna z tropikalnej północy, teraz szczyci się najlepszym "social life" w całej Australii - pełno tu knajpek, muzeów, galerii, wieżowców i całego tego dodatku, który ponoć ma odróżniać miasto od wioski. Nie korzystamy, przyjechaliśmy tu kontemplować przyrodę. Ale przyznać trzeba, że Brisbane to ładne miasto, brakuje mu jednak czegoś, co ma Sydney (opera) czy Melbourne (chociażby Australian Open), które przyciągałoby gawiedź. Może i dobrze, że mu brakuje, bo 1,6 mln ludzi żyje sobie tu jak pod miotłą (a może jak u Pana Boga za piecem), najzimniej jest tu wtedy, gdy temperatura spada do 15-18 stopni Celsjusza. Życie całkiem przyjemne wśród wijącej się rzeki, dalej nie mogąc się przekonać do wielopiętrowych budowli (wille Australijczyków stoją kilkaset metrów od finansowego centrum, to tak, jakby na Grodzkiej albo Stradomiu w Krakowie wybudowano parterowe chatynki).
 
Plaże w okolicach Brisbane


 
Czy uda się jeszcze zaliczyć Outback? (23.IX.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 24 September 2006
    Wciąż wegetacja w Surfers Paradise. Daj Boże wszystkim taką wegetację, nie wychodzimy z morza próbując nauczyć się "surfingowania" (na razie nikomu nie udało się ustać nawet sekundy, pewnie fala za niska, deska źle wyważona, itp...), ale krew się gotuje, gdy czekają na nas takie widoki - www.outback.pl - które prawdopodobnie nas tym razem ominą. Co za paradoks, jesteśmy tak blisko, a jednocześnie tak bardzo daleko. Niech się dzieje co chce, ale jeśli się wszystko tak dobrze dotychczas układało, to czemu nie może się dalej układać? Płyn hamulcowy cieknie, kolejna przypadłość Falcona odkryta. Dla informacji - temperatura powietrza: 25 stopni; temperatura oceanu: 20 stopni; rekinów: brak; płaszczek: brak; śmiertelnych meduz: brak. Duch Steve'iego Irwina dalej obecny w powietrzu, australijska telewizja i radio wciąż nadają audycje, wspomnienia, reportaże, jesteśmy całkiem niedaleko od jego zoo, niestety nie wystarczy pieniążków, aby to miejsce odwiedzić (35$-40$ za wstęp).
 
Czy uda się jeszcze zobaczyć Outback?


 
Leży pompa paliwa, (nie) jedziemy dalej? (22.IX) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 23 September 2006
    Szit happens, ale żeby dwa razy pod rząd... Czwartek, godzina 15, Pacific Highway, gdzieś na odcinku między Sydney, a Brisbane. Falcon, wydawałoby się dostojnie i spokojnie połyka kolejne kilometry. Za kierownicą Jacek, co już zapowiadało afery, a co najmniej przygody. Marcin rozłożony na siedzeniu pasażera, drzemiąc nie spodziewał się takiego obrotu akcji - a akcja się zaraz zaczęła - wskaźnik temperatury silnika skoczył na samo maksimum, po kolei zaczęły rozbłyskiwać kolejne czerwone kontrolki. "O fuck" - ktoś w samochodzie krzyknął. Pobocze, otwarta maska i pół godziny próby chłodzenia silnika. Podjęta naiwnie próba ruszenia dalej po 500 m zakończyła się zagotowaniem w chłodnicy. 15.45 - pierwszy zatrzymany samochód i jakże znajomy widok - panowie na bosaka. Krótka wymiana zdań na temat Falcona i jest pierwsza diagnoza - poszedł się pieścić pasek chłodnicy. Spychamy wspólnie samochód i ładujemy się na tył nowiutkiego Subaru - po pół godzinie wracamy z mechanikiem z pobliskiej wioski, który w kilka minut usuwa usterkę - nie jest najgorzej, za usługę kasuje 40$ , co jak na Australię mieści się w granicach przyzwoitości, ale co i tak daje się odczuć w naszych kieszeniach. Po uroczym Cape Byron, najbardziej wysuniętym na wschód punkcie Australii wydawało się, że nic nie może naruszyć harmonii i piękna tego miejsca. Posiliwszy się standardowym chlebem tostowym (ohyda) z równie paskudnym żółtym serkiem plasterkowym, ruszyliśmy dalej. Kto mógł przypuszczać, że po zachodzie słońca wśród biegających wokół latarni morskiej australijskich piękności, coś się jeszcze złego może wydarzyć...
 
Byron Bay - najbardziej na wschód wysunięty kawałek Australii

    Pech chciał, że Marcin znów oddał kierownicę Jackowi - to nie powinno się zdarzyć (pamiętajmy komu wybuchła opona w outbacku). Kilkadziesiąt kilometrów przed granicą Nowej Południowej Walii i Queensland'u, dobrze po zmroku, na nie całkiem bezpiecznym zakręcie (brak pobocza) Falcon zamilkł... Nie było wesoło, obok pędzące pociągi drogowe, na szczęście kilkaset metrów dalej była mała zatoka, do której udało się grata dopchać. Zatoka dała nam schronienie i chwilę spokoju, ale nie naprawiła nam fury - nie szło odpalić. Chwilę zajęło nam zatrzymanie dobrego człowieka - okazał się nim mieszkaniec Bliskiego Wschodu, który do swego Volvo pełnego pluszaków wziął Marcina i zawiózł do najbliższej wsi. Jacek, Ten Co Ciemności Się Nie Boi, został przy chorym Falconie. Po godzinie wraca Marcin, któremu udało się wytargować pomoc drogową za 70$ - kilkanaście minut potem staliśmy już pod warsztatem. Szczęście w nieszczęściu, że nic się nie wydarzyło wcześniej w outbacku, gdzie poszczególne warsztaty dzieli po kilkaset kilometrów dystansu. Fajnie się jeździ na lawecie, ale nic poza tym. Drugą pod rząd noc przyszło nam spędzić w Falconie - dobrze, że grat duży i pojemny i dobrze, że wieźliśmy otrzymaną w prezencie butelkę Martini (prezent dla Marcina od pewnej niewiasty) - co z nią zrobiliśmy (z butelką, nie z niewiastą) niech każdy się już domyśli... Rano usłyszeliśmy wyrok - "you'd better get rid of this crap, mate". Głównym problem okazała się pompa, samochodem mogli się zająć dopiero od połowy przyszłego tygodnia, a mieliśmy piątek, co w znaczący sposób zaburzyłoby nasz plan podróży. Na szczęście po obdzwonieniu wszystkich okolicznych warsztatów udało się trafić do Billinudgela - to miejscowość, nie znajomy Billego Joela, dokąd na lawecie udało nam się dojechać w promocji za 20$. Krótkie rozpoznanie i pytanie: "Bierzecie pompę używaną (100$), czy nowa (300$)? + robocizna 70$". Wzięliśmy tańszą, później mieliśmy się przekonać, że trafne jest twierdzenie, że co tanie, to drogie. 4 godziny czekania w lokalnym country-pubie (mega klimaty, panowie w gumofilcach, panie z warkoczami i zawiązanymi nad pępkiem koszulami popijają miejscowego Cascade i czekają na przyjeżdżający dyliżans pocztowy - vide Dziki Zachód) i pojechaliśmy. Nie zajechaliśmy za daleko, samochód dławiło, krztusiło, coś tam stukało, a my w to wszystko wsłuchani, widać, ze spartolona robota. Wjechaliśmy na Gold Coast - letnią stolicę Australii, gdzie Lamborghini, Ferrari i Porsche widać prawie tak często jak Daewoo Matiza w Krakowie. Wjechaliśmy to za dużo powiedziane, Jacek pchał, Marcin trzymał kierownicę. Dookoła rozbrzmiewała symfonia klaksonów, ale cóż, to my przejechaliśmy przez Serce Australii :), oni widzieli je co najwyżej na Adventure Channel, więc mając ich głęboko w .. nosie pchaliśmy trupa dalej. Na razie jest weekend, plaża za naszym oknem rewelacyjna, słoneczko grzeje, fala się stawia, mieszkanko w apartamentowcu na plaży u naszego znajomego Davida, ale smutek nas trawi. W przewodniku napisali, że Surfers Paradise, bo tu jesteśmy, to takie Daytona Beach i Miami do kwadratu, nie wiem, nie byliśmy, ale komercja niesamowita, wzdłuż plaży ciągną się kilkunasto, kilkudziesięciopiętrowe budynki, ludzie marzą, żeby spędzić tu choć tydzień wakacji. Niestety, to może być koniec podróży, nawet jak naprawimy nie stać nas będzie na kontynuację wyjazdu, ale jak mantrę trzeba sobie powtarzać "no worries, mate" (z ostatniej chwili, Falcon odpalił, dalej go dławi, ale do warsztatu powinien dojechać!).
 
Socjal w Surfers Paradise mamy niezły, mieszkamy w pierwszym bloku od prawej


 
<< Start < Prev 1 2 3 Next > End >>

Results 1 - 10 of 26


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.