Aktualności arrow Wyprawy arrow Liban i Syria
Bliski Wschód i Moskwa już za nami (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 26 January 2006

      Wróciliśmy. Wprawdzie bez Bin Ladena i 25 mln $ w kieszeni (ale tylko dlatego, że by się tam nie zmieściły), ale z poglądem na bliskowschodnią sytuację. Jeśli ktoś będzie chciał poczytać o tym, jak to kierownik biblioteki AGH-u lata w barwach Aerofłotu, o tym kto szykuje się do brutalnego morderstwa Jurka Krzaka, co to za kraj, gdzie na autostradzie jeździ się pod prąd i wyprzedza kogoś, kto jest w trakcie wyprzedzania innego pojazdu na drodze jednopasmowej, gdzie w środku stycznia jest 23 stopnie, a na drzewach rosną pomarańcze i inne egzotyczne owoce, to zapraszamy sukcesywnie na naszą stronę. Znajdą się tu też informacje, jak wejść do miejsc, do których nikt nigdy nie wchodził, dowiecie się jak pokonywać wojskowe checkpoint'y i gdzie jest miasto, w którym miejscowi nie wiedzą, jak dostać się do jego największej atrakcji.

Demolka na Wzgórzach Golan

     Opowiemy o podróżach taksówkami za jeden uśmiech (albo za jednego dolara), o pastuszku, który na swoim osiołku wiózł, przepraszam za wyrażenie "smocze odchody" oraz o uczonej dyskusji z pewnym syryjskim inżynierem, zakończonej wnioskiem, że "Syria very sheep, a Polska very cow". Wspomnimy również o syryjskim Goethe, który nie wierzył w miłość w Islamie oraz o najsławniejszym Polaku w Chile, którym nie jest ani Papież, ani Wałęsa, a pewien koleś, który puścił tam z dymem 1/3 parku narodowego. Nie może również zabraknąć wspomnienia o Marcinie, który chciał być jak Szymon Słupnik, ale zamiast 40 lat, spędził na słupie co najwyżej 40 sekund i o Jacku, który próbował nawrócić się u św. Tekli w Maluli, ale czy się mu to udało?... A co z relacją o podróżach Nissanem na dyplomatycznych numerach, o przejażdzkach camelem trzymając w ustach miejscowe marlboro, o Człowieku Musze, który na swoim motorze wział nas na stopa w towarzystwie 13-letniego młodocianego cinkciarza? Będą. Tylko dajcie nam czas, a nagroda Was nie minie, bo zobaczycie jak wygląda zwykły dzień moskiewskiej rodziny (tak, tak, o wódce też będzie) i jak w towarzystwie tajnego syryjskiego agenta odwiedzić Wzgórza Golan. A może chcecie w towarzystwie amerykańskich dziennikarzy odwiedzić Uniwersytet w Damaszku, by tym dowiedzieć się czegoś o życiu miejscowych kobiet? To też wam się uda, bo to jedno z naszych wielu bliskowschodnich wcieleń. Do zobaczenia i usłyszenia, Saalam Aleykum! JacekG

Demolka Palmyry
 
Bliski Wschód jak to Bliski Wschód - wielbłądy
 
Cadillac, nutrie i kobiety - Hama
 

 
MOSKWA - "kura nie ptica, Polsza nie zagranica!" (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 24 January 2006

       Moskwa. To słowo u niejednego z nas powoduje zmrożenie krwi, nerwowy oddech i odruchowy gest obronny. Z reguły kojarzy się z KGB, Łubianką, Stalinem, skorumpowaną milicją, czeczeńskim komando, Teatrem na Dubrowce, dziećmi z Dworca Leningradzkiego, zawalonymi dachami, wódką i nowobogackimi, którzy majątki zrobili na bandyckiej prywatyzacji. Co bardziej światli myślą o Placu Czerwonym, rosyjskiej gościnności i baletnicach. Ogólnie jednak miasto to kojarzy nam się z całkowitą degeneracją, którą to postanowiliśmy zweryfikować i może jeszcze bardziej pogłębić przy okazji podróży do Syrii, dzięki rozlicznym kontaktom Marcina.

Moskiewska ulica
 
Nasze kontakty w Moskwie

      Już na lotnisku, po nocnej podróży z Bliskiego Wschodu, pojawiły się schody. Ustawiwszy się w kolejkach wraz z handlarzami bronią, wracającymi z krajów arabskich z podpisanymi kontraktami, czekała nas niemiła niespodzianka. Podchodząc do okienek, brutalnie byliśmy informowani, że "ja siejcias zakrywaju", co w naszym języku oznacza, że właśnie zamyka. Dopiero za czwartym razem rosyjska primadonna w stroju celniczki pozwoliła nam opuścić mury lotniska, co zajęło nam jednak dobre półtorej godziny. Przed lotniskiem czekała już na nas przedstawicielka rosyjskiego oddziału Grupy Trzymającej Władzę, koleżanka Iriszka, która wraz ze swym tatą przyjechała po nas na Szeremietiewo. Dzię-ku-je-my!

Kreml i szerokie, moskiewskie aleje

  Jazda w kierunku Moskwy to niesamowite przeżycie. Mimo, że lotnisko leży około 50 km od centrum, to już zaraz po jego opuszczeniu zaczynają się wszechobecne bloki-giganty. Weźcie dla przykładu największe chyba bloki w Krakowie, te przy Opolskiej i pomnóżcie ich liczbę razy kilkaset, otrzymacie obraz moskiewskich przedmieść. Cztero-, pięcio-, sześciopasmowe ulice prowadzą w kierunku centrum, wszystkie pasy zapchane, na błocie poślizgowym średnia prędkość około 90 km/h, jazda zderzak w zderzak, czy to chodnikiem, czy pasem dla autobusów. Marki samochodów niczego sobie, ogromna liczba Porsche Cayenne, VW Touareg, a co biedniejsi poruszają się Toyotami RAV 4 i Mercedesami klasy M. Zapach wielkich, zrobionych niezbyt często legalnie fortun unosi się w powietrzu, wymieszany z zapachem niemieckich autostrad i ulic, po których pewnie wiele z tych samochodów jeszcze nie dawno jeździło.

Moskwa i my 

    Moskwa poraża swoim ogromem. Po kilkudziesięciu minutach jazdy dojeżdżamy w końcu do mieszkania rodziców Iriszki, gdzie jej babcia wita nas bardzo radośnie, charakterystycznie tylko dla ludzi wschodu. Nasi gospodarze są typową moskiewską "middle-class", z mieszkaniem na obrzeżach, z daczą pod Moskwą, z dobrze wyposażonym mieszkaniem i zachodnim samochodem. Daleko im do fortun pokroju Abramowicza i Chodorkowskiego, ale też obcy są im sprzedający za papierosy swoje czołgi żołnierze pod Groznym. Nakarmieni, zabawieni rozmową i z zacerowaną moją kurtką ruszyliśmy więc z Iriszką oglądać ten wielki, moskiewski świat. Jak się później okazało, 4 warstwy ubrania niewiele pomogły, tzn. w sumie pomogły, bo nie zamarzliśmy, ale -22 st C, to nie jest jednak wymarzona pogoda na zwiedzanie, niezależnie od rodzaju odzieży jaką na sobie posiadasz. Wydaje się, że życie w Moskwie toczy się wokół metra i jego stacji. Pod każdą z nich podjeżdżają co chwilę autobusy, których szyby pokryte są od środka obowiązkowo kilkucentymetrową warstwą lodu i z których to autobusów co chwile wysypuje się tłum zakutych w kożuchy, kaptury i czapki ludzi, o często niemożliwej do określenia płci. Następnie ten tłum zjeżdża kilkadziesiąt metrów w dół, gdzie już na ogrzanych i pięknie ozdobionych stacjach czeka około minuty, dwóch na nadjeżdżające wagoniki, które zabierają przeciętnego moskwiczanina do centrum. Można się takim trybem życia wykończyć, codziennie godzina czy dwie na dojazd do pracy, a Marcin narzeka, że z Senatorskiej daleko do Rynku...

Wesoły, lodowaty autobus

      W Moskwie nie zobaczyliśmy zbyt wiele i zbyt dokładnie. Najprzyjemniej było w ogrzanych stacjach i wagonikach metra, więc tam spędzaliśmy najwięcej czasu. Po kolei jednak odwiedziliśmy wiele znanych mi z podręcznika "Wstriecia 1" miejsc. Łubiankę, dawną siedzibę KGB, a obecnej bodajże Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która pod zmienionym szyldem ciągnie swojąniecną działalność, Plac Czerwony, w którego okolicach mieszczą się Mauzoleum Lenina, Kreml, cerkiew Wasyla Błogosławionego, Muzeum Narodowe, GUM, budynek Dumy (rosyjskiego parlamentu) i Teatr Wielki. Pospacerowaliśmy Starym i Nowym Arbatem, ulicami pokroju Piotrowskiej w Łodzi czy zakopiańskich Krupówek, czy jak kto woli Champs Elysee lub Oxford Street. Szczególnie ciepło jednak wspominamy wizyty w miejscach, które może aż tak wielką atrakcją nie są, ale które niosły dobro bezcenne i niewymienialne wtedy: ciepło właśnie. Mówię tu o sklepie z alkoholem w okolicach Kremla, czy zatłoczonym Macu w pobliżu Trjetjakowskiej Galerii. -22 stopnie cholernie dawały nam popalić!

Cerkiew Wasyla Błogosławionego
 
KGB - zmieniamy szyld i jedziemy dalej - FSB
 
Maskwa

     Najbardziej w Moskwie, po mrozie, denerwuje człowieka milicja. Klasyczna ubecka milicja, która oprócz poczucia, powiedzmy w cudzysłowiu "bezpieczeństwa", jest źródłem strachu i kłopotów. Bezbłędnie wyłapują oni z tłumu innostrańców, od których od razu żądają paszportu i potwierdzenia meldunku. My bawiliśmy w Moskwie jeden dzień i meldunku nam nie było trzeba, ale biada temu, kogo pobyt w Moskwie na dłużej nie jest zarejestrowany i potwierdzony odpowiednią łapówką na komisariacie milicji. Co chwilę też zamykane są ulice, aby przepuścić czarne wołgi i mercedesy, pędzące z dygnitarzami na Kreml. Albo nie na Kreml, a z córką siódmego sekretarza piątego viceministra, która spóźniła się na umówiony manicure. Może się człowiek zdenerwować. Nasz kontakt z milicją też jest godny odnotowania. Zakupując widoczne w galerii moskiewskiej dopalacze, Marcin postanowił dokonać ulicznej konsumpcji. Zachwycając się smakiem rosyjskiej wódki, poczuł w pewnej chwili na ramieniu twardy dotyk, dotyk który bolał, oficera przechodzącego batalionu. W momencie zostaliśmy otoczeni przez kilkunastu zbirów ubranych w mundury milicji, żądających wyjaśnień i krzyczących, że picie wódki jest na moskiewskiej ulicy surowo karane.

Dodatkowe ocieplenie w moskiewskim metrze niezbędne

       Zaczęła się kontrola dokumentów, a z mojej strony próba wytłumaczenia się stróżom prawa. Łamanym rosyjskim zacząłem ściemniać, że u nas w Polszy myślimy, że tu wszyscy piją 24/7, więc chcieliśmy się w tłum wtopić. W końcu chyba trochę łyknęli, bo rozmowa zeszła na relacje polsko-rosyjskie. Jeden z mundurowych dowiedział się, że my z Krakowa, okazało się, że był kiedyś w tym "krasiwym gorodzie" i on "poljakow ocień ljubit". Zaczęła się wzajemna wymiana uprzejmości. JA: "Moskwa ocień krasiwaja". ON: "Kraków ocień krasiwyj". JA: "Poljaki ljubit ruskich". ON: "Kura nie ptica, Polsza nie zagranica". Byli nasi. Po tym epizodzie już niewiele się w Moskwie w ten dzień wydarzyło. Zakupione czapki, w których występujemy na zdjęciach poprawiły nam nastroje i podniosły temperaturę ciała. Nasza pozycja społeczna też chyba wzrosła. Po ponad godzinnej podróży do domu, na przemian metrem i autobusem, mieliśmy już wyrobiony pogląd na pewne sprawy. Moskwa to dwa światy: jeden to luksusowe samochody, najdroższe butiki, zabójczo piękne kobiety, a drugi to ten pospolity: odległe od centrum osiedla, do których trudno dojechać i gdzie zamieszkują normalni moskwiczanie (nie mylić z moskwiczami). Często biedni, umęczeni przez władzę i administrację, ale dumni i bardzo gościnni, przyzwyczajeni, że żyją w Imperium. Imperium, które wg nich wymaga poświęceń i ofiar. I nie próbujcie im tłumaczyć, że czasy imperium rosyjskiego już dawno minęły, oni i tak wiedzą swoje. Ta wiedza pozwala im przetrwać...

Gasudarstwiennyj Magazin na Placu Czerwonym
 
Okolice Placu Czerwonego

       Na koniec naszej wizyty jeszcze raz przekonaliśmy się o tej niesamowitej gościnności. W kuchni Iriszki na stół wyjechały sery, ogórki, różnego rodzaju wędliny i danie główne: wódka. Poczuliśmy jak wygląda rosyjska szkoła picia i dlaczego u nich nie ląduje się tak szybko pod stołem. Nie jest to picie znane z naszych rewirów, gdzie za jedynego kompana mamy sok albo wodę lub piwo, a picie rozsądne, z solidną przegryzką i kulturalną rozmową. Ja dzielnie trzymałem fason, Marcin nie chciał sprawić gospodarzom przykrości, co tego samego wieczora skończyło się już Warszawie delikatnym motylem w żołądku. Wódko, pozwól żyć!

Jacek Zbigniewicz Gabryś (zapis zgodny z rosyjską konwencją, w środku umieszczamy imię ojca w odpowiedniej formie)

 


 
WZGÓRZA GOLAN - czyli krótka wizyta na froncie (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 22 January 2006

      Po okresie burzy i naporu, zwanym też sesją, można wrócić do czegoś zdecydowanie bliższego duszy niż protokół LAPD i modulacja QPSK. W przedostatni dzień wizyty na gościnnej, bliskowschodniej ziemi zaplanowaliśmy "wycieczkę" na Wzgórza Golan. Wyjazd w to, znane zapewne choć ze słyszenia każdemu miejsce, trzeba poprzedzić spacerem do dzielnicy rządowo-dyplomatycznej, bardzo ładnie położonej na zboczu gór opasających Damaszek. Idąc tam przechodziliśmy obok ambasad Danii, Francji, Stanów Zjednoczonych i kilku innych, wokół których parę dni później toczyły się regularne zadymy, spowodowane umieszczeniem w zachodnich mediach karykatur Mahometa. To chyba nasz czujny instynkt spowodował, że zaplanowaliśmy wyjazd do tamtych krajów na tydzień przed całą tą jatką. A z drugiej strony, obcując z tamtymi ludźmi przez kilkanaście dni, nie chce mi się wierzyć, że całe miasta ogarnęła taka gorączka. Arabowie są zapalczywi, ale to generalnie pokojowi ludzie i pewnie jak zwykle walki toczyły się na kilku ulicach, co skwapliwie CNN wykorzystała, aby ogłosić wszem i wobec zbrojne powstanie w całym świecie islamskim.

Tu odbieramy przepustkę

       Wracając do wyjazdu na Wzgórza Golan. Aby się tam dostać, trzeba otrzymać specjalne przepustki wydawane przez odpowiednią jednostkę syryjskiego MSW. Jednostka ta mieści się w domku za ambasadą amerykańską. Domek, nie przymierzając, jak chata wuja Toma, ale powagi dodają mu paradujący przed nim panowie z przewieszonymi kałaszami przez ramię. Jeden z nich przejmuje nasze paszporty, za 20 minut obiecuje przynieść z powrotem. Przepustka będzie albo nie będzie. Podenerwowani czekamy na murku kilkadziesiąt metrów dalej, jesteśmy w strefie działania ochrony kolejnej ambasady, która jak znikąd pojawia się i pyta nie wiadomo po jakiemu, co tu robimy. Krótka rozmowa i jak niepyszni spływają, w końcu są na Osi Zła, muszą się hamować, bo gdyby tylko nam włos z głowy spadł...!!! Jest pozytywna decyzja! Mamy info, że już przed Wzgórzami Golan będzie czekał na nas tajny agent syryjski, który zabierze nas na krótki objazd po okolicach. Pędzimy na Baramke Garage, wspominany już wcześniej w tych opowieściach. Szybko odnajdujemy busa na Wzgórza Golan, które leżą jakieś 40 km od Damaszku.

W tle Wzgórza Golan, a na nich śnieg

    Ciekawa historia, przeczytana u Kapuścińskiego: "...dlaczego Arabowie przegrali wojną 1967 roku, kiedy stracili wzgórza? Można było usłyszeć, że Izrael wygrał, ponieważ Żydzi są odważni, a Arabowie to tchórze. Żydzi są inteligentni, a Arabowie to prymitywy. Żydzi mają lepszą broń, a Arabowie gorszą. Wszystko to nieprawda! Arabowie też są inteligentni i odważni i mają dobrą broń. Różnica była w czym innym - w podejściu do wojny, w odmiennych teoriach wojny. W Izraelu udział w wojnie biorą wszyscy, a w krajach arabskich tylko wojsko. I kiedy wybucha wojna, w Izraelu wszyscy idą na front, zamiera życie cywilne. Natomiast w Syrii wielu ludzi dowiedziało się o wojnie 1967 roku dopiero po jej zakończeniu. A przecież w tej wojnie Syria straciła właśnie swój najważniejszy strategiczny obszar, Wzgórza Golan, na granicy z Izraelem i Libanem. Syria traciła Wzgórza Golan, a w tym samym czasie, tego samego dnia, o tej samej godzinie, o kilkadziesiąt kilometrów od Wzgórz Golan, w Damaszku, kawiarnie były pełne ludzi, a inni kręcili się zmartwieni, jak znaleźć stolik. Żołnierz nigdy nie wytrzyma, jeśli będzie czuł się jak skazaniec, jeżeli będzie wiedział, że jego brat siedzi w lokalu i gra w domino, drugi brat byczy się w basenie, a inni mają zmartwienie, jak zdobyć stolik. On musi mieć poczucie, że to co robi, jest komuś potrzebne, jest dla kogoś ważne, że ktoś na niego patrzy i ktoś mu pomaga, jest z nim. Inaczej żołnierz wszystko rzuci i pójdzie do domu!..."

Smutna przygraniczna rzeczywistość

    Syria straciła więc te rejony. Aktualnie dysponują tylko małym pasmem, którym zarządzają żołnierze Narodów Zjednoczonych, na te właśnie tereny wybraliśmy się my. Pozostała cześć, pewnie coś koło 90%, znajduje się we władaniu Izraela, o co żal, wrogość i smutek mają mieszkańcy Syrii. Załadowawszy się do busa, dostajemy do wypełnienia jakieś papiery. Władza kontroluje, kto jedzie w tamte rejony, jest dużo śmiechu, nie dość, że po arabsku ni chu chu, to jeszcze przez pomyłkę wypełniamy je od lewej do prawej, a to fundamentalny błąd! No ale jedziemy, w niecałą godzinę jesteśmy na miejscu, na dole piękna słoneczna pogoda, okoliczne wzgórza okryte jednak śniegiem. Jest pierwsza kontrola przepustek, wszystko się zgadza, przesiadamy się do kolejnego busa, gdzie poznajemy jakieś młode Arabki. Poznajemy, czyli kilka razy obrzucamy się wzrokiem, co i tak jest już wielkim przeżyciem. Nie wiem dla kogo większym, dla nas czy dla nich. Wraz z kierowcą rozwozimy ludzi po okolicznych wsiach, w końcu pojawia się ON: tajny agent jego prezydenckiej mości, lokalny James Bond, zza płaszcza wystaje kabura, zdecydowanie najlepsza partia w okolicy. Wsiada, nie znosi sprzeciwu, rekwiruje nasz przepustki i paszporty, siada obok kierowcy. Od teraz on jest panem sytuacji. Nadajemy mu pseudonim operacyjny: "Królik", choć długie i wystające zęby to na pewno jego jedyny defekt! "Królik" okazuje się bardzo przyjemnym człowiekiem. Kiepsko u niego z angielskim, ale stara się jak tylko może, choć jak wiadomo dobrymi chęciami piekło wybrukowane.

Na zgliszczach

     To powiedzenie pasuje jak ulał, jesteśmy w Quinatrze, ex 120-tysięcznej miejscowości, kompletnie zrównanej z ziemią przez Izraelitów. Przygnębiające wrażenie, wokół wszystko zrujnowane, wystające zbrojenia, kamień na kamieniu. Miasto kompletnie wymarłe, choć ponoć mieszka tam jedna rodzina, która dla celów propagandowych ma opowiadać jaki ten Izrael jest zły. Od czasu od czasu po opustoszałych ulicach przemyka patrol UN, wypasione Nissany dają poczucie tego, że pieniądze na armię nie zostały zmarnowane... Sporo jest tam Polaków, Szwedów, Austriaków, ale z żadnym nie udało nam się zamienić słowa. Robimy fotki kina, meczetu, kościoła, ale wszystko to w opłakanym stanie. Nasz tajny agent informuje, że jesteśmy stale obserwowani przez Izraelitów, ale my sobie z tego bimbamy. Widząc ogrom spustoszenia, jakie tu zostawili, przypominam sobie o mieszkaniu, które chcą odebrać mojej 80-letniej babci. Wrr, nie lubię tego narodu, choć Żydówki są całkiem niczego sobie... Chodzimy po ruinach, choć nie za bardzo możemy zbaczać z utartych szlaków, na miejscu dalej są miny. Chodzimy w trójkę, on + my, zaczyna nam ułańska wyobraźnia pracować. Wpadamy na plan, żeby podejść do niego od tyłu, wyrwać mu pistolet i pobiec gdzieś tam w kierunku Izraela. Ja mam go trzymać, Marcin obezwładnić, z tym pistoletem i szabelkami ruszymy na kolejną Intifadę. Przez takich głupków jak my, od lat światem targają wojny. 3 mld spragnionych wrażeń facetów zaczyna od strzelania z procy i ciągnięcia za warkocz. Adrenalina :/

Sodoma i Gomora

       Po skończonej wizycie na Wzgórzach Golan, wracamy ściśnięci do Damaszku, w nastroju zadumy. Nie jesteśmy typem facetów, którzy pełni wzruszenia przysłuchują się rosnącej trawie i karmią łabędzie całymi dniami pod Mostem Grunwaldzkim, ale obejrzane obrazki zrobiły na nas spore wrażenie. Pokazują bezsens wojny, która targa tamtymi rejonami od wielu już lat, wojny w której mało co jest li tylko i wyłącznie czarne lub białe. Myślę, że obok biedy, którą widziałem w Kambodży, można uznać Quinatrę za jeden z bardziej wstrząsających widoków in my life... Nastrój zadumy szybko jednak znika, kiedy wracamy do gwarnego Damaszku. Jako że głupich, aczkolwiek oryginalnych pomysłów nam nie brakuje, postanawiamy zagrać amerykańskich dziennikarzy (po chwili zmieniamy jednak na europejskich, słowo amerykański może się tu nie za bardzo dobrze kojarzyć),bo to jedna z niewielu możliwości poznania życia miejscowych kobiet... Parę pierwszych prób pali na panewce, w końcu jednak zatrzymujemy grupę 2+1 (2 studentki + 1 kolega dla przyzwoitki) i zaczynamy. Wydaje mi się, że z notesikiem Nesquik'a i telefonem komórkowym, grającym dyktafon, jesteśmy wiarygodni jak Aleksander Kwaśniewski, ale dowiadujemy się czegoś o młodych syryjskich dziewczynach. Studiują biologię i praktycznie jedyne, co mogą po zakończeniu studiów robić, to bycie nauczycielką tego przedmiotu. Jedna z nich była w poprzednim roku w Los Angeles, a kolejna z nieukrywaną dumą stwierdza, że niedługo się tam wybiera. Ciekawe, jak na naród o takich z Ameryką stosunkach. Studenci w Syrii nie mają żadnych stypendiów, z poprzednich kontaktów wiemy jednak, że studiowanie jest tu niewiarygodnie tanie. Szybko nam się znudziło gadanie, dziewczyny strasznie się przestraszyły naszą obecnością. Pod Baramke zaczepił nas zaraz Charlie, Syryjczyk bez nogi, który pracował jako przewodnik dla amerykańskich żołnierzy w Libanie. Przesiąknięty do cna miłością do Ameryki, przesiąknięty też amerykańską kulturą - z jego ust co chwile padało zgrabnie w nich brzmiące połączenie słów 'mother' + 'fucker'. Niesamowite, kraj bez przerwy atakowany (słownie, bo słownie na razie) przez G.W. Busha, a tak wielka tu miłość do amerykańskiej nacji...

Ulice Damaszku

     Popołudnie spędzamy jak na sinusoidzie. Najpierw wizyta w Muzeum Wojny Październikowej, zbudowanym z donacji Korei Południowej i Iranu, przed budynkiem prężą się na efektownych stelażach czołgi, samoloty, działka przeciwlotnicze. Potem przejazd taksówką na wzgórza otaczające Damaszek, gdzie próbują nam swoje wdzięki wcisnąć miejscowe przedstawicielki najstarszego zawodu świata, udowadniając, że "miłości" nie straszna nawet wizja ukamienowania i śmierci. Następnie wizyta w lokalu KFC, co może nie dziwiłoby w Nowym Jorku, ale pamiętajmy, że jesteśmy w kraju, gdzie oficjalny bojkot tego, co amerykańskie jest więcej niż wielki... Na koniec sklep z alkoholem, którego spożywanie w Syrii, jako kraju muzłumańskim nie jest oficjalnie zbyt popularne. Lokal w stylu "you wouldn't take your mother there", ale jest Amstel, jest Heineken, więc wystrój i atmosfera nie do końca miały fundamentalne znaczenie. Dzień kończymy dość wcześnie, robimy to jednak w bardzo ciekawy sposób. Na moją prośbę o wrzątek recepcjonista odpowiada zapytaniem o nację. Tu ciekawostka, dla "post-soviet countries" jest free, bo to ponoć "very poor countries". Moi drodzy, nie zdziwcie się, gdy niedługo do Waszych drzwi zapuka kurier z pomocą humanitarną z Syrii. Tam też wiedza już o "kaczej grypie"...

Damaszek z okolicznych wzgórz
 
KFC Damaszek

Jacek (smacznego Marcinie)

 


 
Syryjskim PKP do Palmyry (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 21 January 2006

     Dawno, dawno temu, kiedy byliśmy piękni i młodzi, a dokładniej 3 tygodnie temu, przyszło nam skorzystać z oferty syryjskich kolei państwowych, dotowanych w stopniu wielokrotnie wyższym niż nasz narodowy przewoźnik. A zaczęło się od tego, że kiedyś nasi rodzice zapragnęli mieć dzieci i wyszło jak wyszło, tzn. odpowiednio 24 i 25 lat później dwaj niespełna rozumu młodzieńcy postanowili dostać się jak najbliżej do irackiej granicy. W Aleppo, gdzie zaczęła się nasza kolejowa podróż, najpierw należało odnaleźć dworzec. Nie jest to łatwe, w Syrii głównym środkiem transportu są minibusy, autobusy, tudzież taksówki i dworzec główny nie jest najważniejszym budynkiem w mieście. Baaa, nie jest nawet powszechnie rozpoznawalny. Ten w Aleppo również stał na uboczu, gdzie po chwili znaleźliśmy się, jadąc za przysłowiowy uśmiech taksówką (bo jak bez uśmiechu na twarzy potraktować 1-dolarowy rachunek). Miła niespodzianka, na dworcu urządzenie do prześwietlania bagażu i stanowisko informacji, ponoć w języku angielskim. Stanowisko było, ale informacji już nie - nijak nie można tak nazwać kurtuazyjnej rozmowy po arabsku z zaczadarowaną panią w okienku.

W starożytnym Aleppo

       Za równowartość 3 dolarów udaje nam się zakupić bilety na I klasę do Deir-az-Zur. To najbardziej na wschód wysunięta większa miejscowość w Syrii, a stamtąd już wielbłądzi skok do Iraku. Nie wiem co nas tam ciągnie, ale czujemy się jak James Bond (ja) i Krzysztof Rutkowski (Marcin) - każdy ma, na co zasługuje. Jeden przed drugim się nie przyznaje, ale w głowie rozgrywamy już przeróżne rajdy przez pustynie na iracką stronę, niebezpieczne pościgi, namiętne romanse z córkami tamtejszych dygnitarzy. Nie da się ukryć, że można z Iraku wrócić krótszym o głowę, ale tego jednak nie chcemy sprawdzić. Podróż pociągiem w Syrii przewyższa zdecydowanie podróż w Polsce. Wagon nie jest podzielony na przedziały, znajdują się w nim wygodne fotele lotnicze, wszyscy spoglądają na Ciebie przyjaźnie i ufnie, co różni się bardzo od atmosfery w naszych pociągach, gdzie każdy w strachu patrzy wokół siebie. Na bardzo zżytych wyglądają mężczyźni, miło sobie gaworzą pewnie o ostatniej kolejce ligi syryjskiej, zbierają się wokół co bardziej sędziwych i nobliwych, aby z szacunkiem wysłuchać ich zdania. Marcin twierdzi, że okazują sobie takie uczucie, bo nijak nie idzie tego robić zakutym po sam czubek Arabkom, w każdym bądź razie może być w tej interesującej teorii źdźbło prawdy.

Intercity do Palmyry

      Po kilku godzinach podróży docieramy do Deir-Az-Zur, czy jak kto woli DAZ - Dołująco Astronomiczne Zadupie. Jest mocno po zmroku, czarno jak w d...omu u Murzyna, a pod dworcem nie ma nawet jednej taksówki, wydaje się, że to ostatni pociąg, jaki przez najbliższy miesiąc tu zawita. Przejmują nas jednak jak zwykle lokalni, dwóch młodych chłopaków, którzy jechali z nami. Idziemy za nimi, bo co mamy zrobić, łapią dla nas jakąś taksówkę, do której się pakujemy wszyscy. Jeden z młodych coś tam po angielsku kmini, ma 16 lat i jest bardzo miły, bo gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, natychmiast stwierdza, że jego ojciec uczył u nas przez wiele lat arabskiego. Hmm, a mój uczył w syryjskim przysiółku polskiego, tak obie wersje są prawdopodobne. Kierujemy się w kierunku dworca autobusowego, chcemy bowiem złapać transport do Palmyry, starożytnego miasta na środku Pustyni Syryjskiej. Kiedyś rządziła tam królowa Zenobia, jedziemy sprawdzić, kto teraz trzyma tam władzę. Po raz kolejni Syryjczycy okazują się być niesamowicie gościnni. Mimo błagań, nie pozwalają nam zapłacić za kurs, notabene coś około 5 zł za 10-15 km jazdy...Jadąc po drodze, zauważam ogromny drogowskaz z kierunkiem na Irak i Bagdad. Po krótkiej chwili zapragnąłem mieć z nim pamiątkowe foto. Byliśmy jednak już na dworcu, więc ciężko było to zrealizować. Jak się okazało, do odjazdu autobusu został szmat czasu, więc niezrażony późną porą, marnym oświetleniem i tajemniczymi postaciami w turbanach, które przemykały pod murem, ruszyłem zakuty w arafatkę na poszukiwanie znaku. Nie udało się, to było zbyt daleko, a taksa odpadła po dziwnym spojrzeniu kierowcy, gdy deklamowałem "to Iraq, please"...

Juice stand - powszechny widok na Bliskim Wschodzie

      Na dworcu witamy wraz z miejscową społecznością pana młodego, który przybył z Damaszku. Witamy go, jakby przybył zbawiciel, a to pewnie kolejny mężczyzna, który chce ubezwłasnowolnić kobietę. W końcu całkiem luksusowym Neoplanem dojeżdżamy do Palmyry, gdzie o 2.30 w nocy przejmuje nas amerykański Chevrolet rocznik 55, którym za 100 syryjskich lirów dojeżdżamy do naszego hotelu. Do którego pewnie byśmy trafili, ale panowie ze środka wozu nie wyglądali na lubiących sprzeciw. Jesteśmy w hotelu, oaza na środku pustyni i temperatura poniżej zera. Krystyna Kruk i Andrzej Szostek okazali się być dobrymi specjalistami, gdy najpierw w SP 10, a potem w "Nowodworku" wspominali o dobowej amplitudzie temperatur, dochodzącej na pustyni do kilkudziesięciu stopni.

Ulice Palmyry

       Dzionek zaczynamy z kurami, czyli o 9 z samego rana. Trzeba się oporządzić, zrobić poranną toaletę, wziąć dawno nie oglądany prysznic, ogolić, wypielęgnować. Jest prawie 10, gdy wyruszamy na miasto, do polecanego przez Lonely Planet lokalu Pancake Restaurant. Z tymi lokalami jest pewien problem. Pewnego dnia, dawno, dawno temu przed nami, większość miejsc na świecie przeszli, przejechali, przepłynęli, przelecieli wysłannicy i korespondenci LP. To co zobaczyli, to co zjedli, to co spowodowało w nich ostrą biegunkę opisali w swoich przewodnikach, które teraz stanowią biblię dla wielu "podróżników". Rodzi to pewne patologie. Kiedyś w LP w Sajgonie znalazłem poradę, że najlepsze połączenia autobusowe można zakupić w Wietnamie w Sinh-Cafe. Na ulicy, gdzie miało znajdować się to biuro, aż roiło się od podobnie brzmiących nazw. Był Sin Cafe, Sihn Cafe, San Cafe, Sinh-Cafe bis i tylko wprawne oko mogło odróżnić oryginał od wstrętnej podróbki. Tak samo w Palmyrze, którą tego dnia wizytowaliśmy. Na głównej ulicy aż roiło się od Pancake Restaurants i którą należy wybrać? Oczywiście wybraliśmy źle i już pod chwili przełykaliśmy okropną jajecznicę na pomidorach, przegryzając to cudo przypalonym naleśnikiem.

Palmyra o poranku

      Palmyra. Metodą Ctrl+C, Ctrl+V dokonam może teraz krótkiego przedstawienia tego starożytnego miasta, zagubionego gdzieś na Pustyni Syryjskiej. Nazwa Tadmur pojawia się już na glinianych tabliczkach z XIX w. p.n.e. Przez ponad tysiąc lat był to postój dla karawan i ważne ogniwo na starym Szlaku Jedwabnym z Chin do Europy. Główne źródło zysków mieszkańców stanowiły wysokie podatki ściągane od kupców. Za czasów rzymskich (I i początek II w. n.e.) miasto jeszcze bardziej zyskało na znaczeniu, stając się buforem między cesarstwem a państwem Persów.

Palmyra
 
       To właśnie Rzymianie zmienili dawną nazwę Tadmur (Miasto Daktyli) na Palmyra (Miasto Palm). Jak się wydaje, cieszyło się ono znaczną niezależnością i bardzo skorzystało na rozbiciu przez rzymskie legiony Nabatejczyków z Petry. W 130 r. n.e. bawiący tu cesarz Hadrian nadał Palmyrze status "wolnego miasta", a w roku 217 Karakalla uczynił je kolonią, dzięki czemu mieszkańcy otrzymali te same prawa co obywatele Rzymu i zostali zwolnieni z płacenia Rzymowi podatków. Kolonia stopniowo przekształciła się w królestwo rządzone przez Odenata, wybitnego dowódcę wojskowego, który zaskarbił sobie wdzięczność Rzymu, uwalniając z perskiej niewoli cesarza Waleriana. Upadek Palmyry zapoczątkowała podejrzana śmierć Odenata w 267 r. Władzę przejęła wówczas jego druga żona, pół-Greczynka, pół-Arabka Zenobia. Była to kobieta wyjątkowo zdolna, urodziwa, ambitna, wykształcona, władająca biegle kilkoma językami i wywodząca swe pochodzenie od Kleopatry. Wkrótce, wykorzystując słabość rzymskich cesarzy, ogłosiła pełną suwerenność, kazała w Aleksandrii bić monety z własnym wizerunkiem i rozpoczęła udane podboje na Bliskim Wschodzie. Miarka przebrała się, kiedy na tronie w Rzymie zasiadł Aurelian. W 271 r. Rzymianie pobili armię Zenobii i przystąpili do oblężenia Palmyry. Samozwańcza augustyna (cesarzowa) odrzuciła wspaniałomyślne warunki kapitulacji i przedarła się na wielbłądzie przez rzymskie pozycje, by szukać wsparcia w Persji, ale została pojmana nad Eufratem. Aurelian ostatecznie zdobył Palmyrę, zadowalając się okupem, a Zenobię przewiózł do Rzymu, gdzie podczas jego triumfu szła w złotych kajdanach. Resztę życia spędziła w willi ofiarowanej jej przez cesarza, choć według innej wersji zagłodziła się na śmierć, nie chcąc żyć w niewoli. Wkrótce potem mieszkańcy Palmyry podnieśli kolejny bunt, mordując stacjonujących tu rzymskich łuczników. Aurelian tym razem nie okazał litości i puścił miasto z dymem. Mimo częściowej odbudowy fortyfikacji przez Dioklecjana i Justyniana Palmyra nigdy nie odzyskała dawnej świetności. W 634 r. zajęli ją Arabowie, a w 1089 r. została doszczętnie zniszczona przez trzęsienie ziemi. Odkryli ją ponownie dwaj angielscy kupcy w II połowie XVII w., ale prace wykopaliskowe rozpoczęto dopiero w 1924 r. Od 1959 r. w Palmyrze pracuje też polska misja archeologiczna. Nie chce, abyście się przerzucili teraz na lecący zapewne gdzieś w eterze jeden z "popularnych polskich seriali", więc daruje sobie szczegółowy opis Palmyry. Pogląd na sprawę można wyrobić albo oglądając poniższe zdjęcia, albo przez osobistą wizytę w tym pięknym skądinąd zakątku kraju.
 
Rycerz Palmyry
 
       Palmyrę zwiedzaliśmy na wielbłądach. Przy wejściu do ruin dopadli nas naganiacze, którzy krzyknęli sobie na dobry początek około 10$ za głowę. "Special price, my friend, only for you" rozległo się wokół. Jako zblazowani i znudzeni młodzi Polacy, którzy pływali po Nilu na krokodylu i byli prawie w Iraku, prychnęliśmy pustym śmiechem, idąc w kierunku ruin. Chwile potem szliśmy na czele dziwnej karawany miejscowych wielbłądów i ludzi, będąc jedyną atrakcją w regionie o tej porze roku. Każdy z właścicieli wielbłądów przekrzykiwał swojego sąsiada i wtedy właśnie musiałem nieopatrznie na głos powiedzieć, że pojechalibyśmy, ale maksymalnie za jednego dolara. Ucieszony w duchu, że udało mi się przegnać to towarzystwo, nie zauważyłem, że jeden z nich nagle wychodzi przed korowód i proponuje za jednego rzeczonego dolara swoje usługi. Nie było wyjścia, słowo się rzekło, trzeba było pojechać, co dokumentują załączone zdjęcia. Trochę huśta, nazwa "okręt pustyni" została nadana wielbłądom o wiele słuszniej, niż przetłumaczono w Polsce tytuł filmu "Dirty dancing"...

Rycerz i jego miecz

     Kiedy już pobujaliśmy się na wielbłądach, trzeba było obejść raz jeszcze teren, aby dokonać dokumentacji fotograficznej. Trzeba udowodnić, że "my tu byli", choć ostatnio dowiedziałem się o istnieniu pewnej rosyjskiej firmy, która za sto dolarów dostarcza Ci "dowodów" pobytu w najbardziej egzotycznych miejscach globu. Może kiedyś... Cały czas kręci się za nami małe Arabiątko i nudzi, aby za 2 $ kupić u niego jakiś kiczowaty klaser ze znaczkami, czy też pocztówkami. Do gustu przypadł mu szczególnie Marcin, którego z reguły dzieci się boją, a to przez taką, ni to straszną, ni śmieszną twarz. Tym razem wytworzył się między nimi pewna wspólnota, której nie dało się zerwać nawet podarkiem postaci gumy do żucia. Nie dość, że nie pomogło, to jeszcze zaszkodziło: dołącza się drugi. Z braku prezentów Marcin częstuje ich - o zgroza! - papierosami. Mały jeszcze nudził, ale w końcu wypatrzył rosyjskich turystów, a my pozostaliśmy na miejscach, zniesmaczeni postępowaniem Marcina.

Marcin i bracia

     Z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że spotykamy grupę Chilijczyków, którą poznaliśmy w odległym o 300 km Aleppo. Z racji tego, że jest nas tu pewnie cudzoziemców turystów ze 100 w całej Syrii, spotkanie nie robi na nas wielkiego wrażenia. Wymieniamy poglądy, opowiadamy sobie gdzie zamieszkaliśmy i co jedliśmy, po czym każdy udaje się w swoją stronę. My z umówionym Arabem ruszamy do Tombs Valley, gdzie pasjonujemy się dawną, pustynną sztuką wznoszenia grobowców. Poznajemy Dave'a, Kanadyjczyka, który w Dubaju uczy angielskiego. Wydaje się, że przed czymś w życiu ucieka, niby wagabunda, ale ukraińskie korzenie każą nam patrzyć na niego nie przez różowe okulary. Ma żonę Irankę, co trochę nas szokuje, aktualnie pozostawił ją w domu. Niech gotuje i się domem zajmuje, a jak... Razem trafiamy do restauracji, gdzie ten drań zamawia najpiękniejsze pokarmy z fotek w menu, my zadawalamy się naleśnikami - ja z bananem, a Marcin with lamb, na czym zdecydowanie wygrywam, będąc przy tym "happy to eat anything"! Jeszcze tylko wizyta na wzgórzu górującym nad pustynią, gdzie stoi dumnie zamek Qabat ibn Maan, wszystko to przypudrowane lekką burzą piaskową i kierujemy się na miejsce odjazdu autobusów do Damaszku. Dobrze, że mamy bogatych kolegów, miejscowym tarpanem wynajętym przez Dave'a ruszamy pod sam autobus. Przez 4 godziny, prawie 400 km, podróżujemy do stolicy Syrii. Nic wielkiego raczej się podczas podróży nie dzieje, oprócz może małej kłótni z "podpitym" (sic!) muzułmaninem, ale słuchając "Love Generation" Boba Sinclaira niewiele sobie z tego robimy...

Demolka w Palmyrze
 
Zwiedzamy
 
Zameczek
 
Marcin i Dave - 2 wagabundy

JG

 
DEAD CITIES - czyli 120 km/h z "Człowiekiem Muchą" _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Marcin Mika   
Friday, 20 January 2006

      Po wizycie u Szymona Słupnika, podjęliśmy karkołomną wyprawę do Dead Cities. Karkołomna, bo primo po pierwsze Jackowi się średnio chciało, primo po drugie było już grubo po południu, a nie mieliśmy żadnego direct bus'a. Mimo tego zdecydowaliśmy - jedziemy! Po znalezieniu odpowiedniego Karnaku (dworca małych busików), o którym kierowca busa do Szymona nic nie wiedział albo nie chciał wiedzieć (gdyż oferował nam podróż z nim do D.C. za bagatela 700 SP (14$), co skwitowaliśmy salwą śmiechu), władowaliśmy się do serviski i ruszyliśmy do Al Ma'ara. Z tą nazwą też mieliśmy 7 światów. Miejscowi znają tą miejscowość pod nazwą Ma'arat an-Nu'aman, ale wypowiadają to tak nie zrozumiale, że głowa mała jak dogadaliśmy się z autochtonami. Po dotarciu do Ma'arat, wysypaliśmy się z busa i zaczęliśmy wypytywać o minibusika do Kafr Nabl. Wsiadamy, jedziemy. Trochę śmierdzi, ale to tylko 10 km. Dojeżdżamy. W miejscowej cukierni kupujemy za jedyne 30 gr po kawałku placka ucieranego. Tam też dowiadujemy się, że resztę drogi musimy pociągnąć z buta, gdyż zaoferowana cena taryfą jest nie do zaakceptowania (5$). Nie mija kwadrans kiedy zagaduje nas Rudzielec, miejscowy nauczyciel arabskiego na Petrze (motocykl) i oferuje podwiezienie.

Człowiek Rudzielec

     Ja wybucham śmiechem na myśl, że pojadę na kierownicy, bo Jacek już siedzi, a dla mnie nie ma miejsca. Udaje nam się scisnąć. Jedziemy. W słonku i przy prędkości 40 km/h szybko łapiemy dobry nastrój. Rudzielca żegnamy na rozstaju dróg i wymieniając e-maile ruszamy do Serjilla, która wg niego jest jakieś "two kilomiters from hir". Po chwili marszu, chcąc się upewnić, pytamy dziadka w warzywniaku czy dobrze idziemy i ile km nas czeka. Tu już słyszymy gorszą odpowiedź - 12 km. Na szczęście łapiemy busa, który nas wyrzuca w szczerym polu i na pożegnanie rzuca "Don't wori, Serjilla only 7 kilomiters". Fak, a miało być tak pięknie. Nic to, ruszamy. Mija pół godziny. Krajobraz księżycowy, pagórki zasłane kamieniami o dziwnych kształtach. Nagle ktoś do nas biegnie. Cały czarny, z rękami niemytymi chyba dobrych parę dni, 17 letni Pastuszek-Palacz, wyciąga od nas 2 fajki Alhambra i żegna uściskiem dłoni. Ja przełamuje obrzydzenie i przyjaznym gestem żegnam go. Jacek tylko wzrokiem.

Jedziemy do Serjilli
 
Idziemy na Szczecin
 
Oto piękna Bauda

      Po 1,5 h marszu docieramy do ruin. Zadowoleni wchodzimy w bizantyjskie miasto duchów. Cykamy zdjęcia. Cieszymy się, że osiągnęliśmy cel. Naszą radość mąci inny Pastuszek-Poliglota, który mówi nam: "dis no Serjilla, dis Bauda. Serjilla tu kilomiters, 15 minits from hir". Nie wiemy, czy sie śmiać, czy płakać. Rzucamy monetą. Los decyduje za nas, może i dobrze, bo byśmy nigdy nie poznali tajemniczego Człowieka Muchy! Dochodzimy do parkingu. Asfalt nówka. Wita nas 13-letni Cinkciarz-Parkingowiec. Inwigiluje nasze ISIC-i. Są O.K., wpuszcza nas za opłata 10 funtów (60gr). Wydając resztę zauważyliśmy, że mały Rockefeller miał nie tylko syryjską walutę, ale również zielone zza oceanu i twardą gotówkę z Eurolandu - w końcu trząsł zabytkiem klasy "0" na światowej liście UNESCO. Z nieukrywaną radością wkraczamy do Serjilli. Miasto jest nasze. Szybko okazuje się, że nie tylko. Robimy fotki, piękne zachodzące słońce ożywia na krótką chwilę "ghost town". Spotykamy grupę hiszpańskich oficjeli - VIP-s. Ich kierowca, zastraszony Arab, odmawia zabrania nas busem, wykręcając się brakiem ubezpieczenia - Kiciarz. Wcześniej rozpytaliśmy się u Herszta bandy, 13-letniego Ciecia jak dostać się z powrotem na busa do Aleppo. To, jak się potem okazało, uratowało nas przed niechybna zagładą w środku pustkowia.

Cudowne Dead Cities
 
 Serjilla

     Tak więc tuż po porażce z Kiciarzem i nieudanym hitch hike'u dojeżdża nas tajemniczy Człowiek Mucho Wiatr. Próbuje milczeniem porozumieć się z nami. Chyba bardzo się przejął swoją misją, zaplanowaną przez Herszta, gdyż tuż po dobiciu targu (2$ za podrzucenie na do Allepo-bus) i otrzymaniu pieniędzy, kurczowo zacisnął ręce na kierownicy Petry wraz z tymi bucks'ami i ruszył na złamanie karku przed siebie. Siedząc w trójkę na tym motorku o pojemności dobrej M-Zety z przerażeniem śledziliśmy rozwój wydarzeń. 40....zjeżdżamy ze wzniesienia na luzie... 60,70,80 km/h. Nagle, nie wiadomo skąd, dołącza się Herszt 13-letni Cinkciarz z kolega w klapkach (temp ok. 5C). Przekrzykując się po arabsku, wychwytuję słowo RACE. By ich szlag.... Pędzimy 100,110,120 po krętym i trudnym OS-ie. Łeb w łeb. Gaz do dechy. Już nie próbuje przekrzyczeć skowytu wykręconego na maksa silnika Petry. Wiatr próbuje wyszarpać arafatkę obwiniętą wokół szyi jak boa panien z Moulin Rouge. Wdzięczni Allachowi dojeżdżamy do Al Ma'ary. Jacek drżącymi z emocji palcami naciska spust aparatu. Jest fotka z Człowiekiem Muchą.

Marcin i Człowiek Mucha. Już po akcji. 

     Potem to już "bułka z masłem". Idąc głównym deptakiem Al Ma'ary i dzierżąc w dłoni ciepłe podpłomyki prosto z kamiennego pieca, zostajemy przechwyceni przez mafię lokalnego PKS'u. Kupujemy w ich melinie bilety do Aleppo po 25 funtow (1,60 zł, 80 km). Są bardzo gościnni. Zapraszają do zadymionego i gwarnego pomieszczenia, gdzie miejscowi mężczyźni proponują nam turkish coffee i tytoń. Autobus jest zaskakująco punktualny. Kierowca kluczy po okolicy, co nas trochę irytuje i niepokoi. Okazuje się, że musi nabrać trochę Diesl'a po 7 funtow syryjskich/litr - taniocha. Po drodze kierowca zamienia się z pasażerem, który miał ochotę przejechać się autobusem - no i się przejechał, ale nie daleko, co za dżezy!! 1,5h w podróży. Padamy ze zmęczenia. Dojeżdżamy do Aleppo i próbujemy zlokalizować się. Jesteśmy na Pullman. Bus Station.

Marcin Mika (M&M) (WYJAZD SPONSOROWANY PRZEZ FIRMĘ OPEL)

  Pullman Bus Station w Aleppo

DEAD CITIES - godna uwagi atrakcja okolic Aleppo. Tworzą ją liczne wymarłe miasta (ghost towns): Jerada, Ruweiha, Bauda, Serjilla, Al-Bara, rozproszone na obszarze rozciągającym się na wschód od rzeki Orontes, wzdłuż autostrady Aleppo-Hama. Pozostałości te, od pojedynczych łuków i kolumn podpierających resztki dachów, przez wioski z domami, kościołami, a kończąc na winnicach, datuje się na okres bizantyjskiego chrześcijaństwa (4th/5th cent AD). Tajemnicą pozostaje przyczyna opuszczenia tych miast przez ówczesnych mieszkańców. Istnieje przypuszczenie, że powodem były zmiany szlaków handlowych, a co za tym idzie migracja ludności. Eksplorując Serjillę - osadę dawnej świetności, opuszczoną ponad 15 wieków temu, ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że po zapadnięciu zmroku miasto to "odżyje". Doskonale zachowane fasady domów z wyraźnymi rzeźbieniami we framugach drzwi i okien, gęsta zabudowa, brak dzikich chaszczy, porastających okolice i odosobnienie, a do tego dość dziwne powietrze, w którym zdaje się czuć "ludzką obecność", nadają tym miejscom niepowtarzalny klimat.

Cudowne Dead Cities ;)


 
SAN SIMON - czyli o dwóch męczennikach (II.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 18 January 2006

       W ten sam dzień, kiedy wybraliśmy się do tak pięknie i z pasją opisywanych przez Marcina Dead Cities, widziano nas rano w ruinach bazyliki Św. Szymona nieopodal Aleppo, wspomnianego wcześniej chyba już, 3-milionowego, największego miasta Syrii. W Aleppo zamieszkiwaliśmy luksusowy, poł-gwiazdkowy Spring Hostel, gdzie również, jak na całym Bliskim Wschodzie, goście wstawali wcześniej niż recepcjonista, właściciel i kucharz (zazwyczaj w jednej osobie). Po hotelu krążyła od rana grupa zdenerwowanych trampów, którym właściciel obiecał dzień wcześniej śniadanie, my znając realia postanowiliśmy zjeść "na mieście".

Spring Hotel w Aleppo

     Śniadania w Aleppo to była czysta poezja - z reguły słodkie bułki z daktylami za 10 SP (50-60 gr), lub gorące "sandwicze" z serem za taką samą kwotę, popijane sokiem ze świeżo wyciśniętych świeżych owoców. Soczki po 0,5 dolara, lejąca się witaminowa bomba! Naładowani taką mieszanką, wyruszyliśmy na poszukiwania busa do San Simon. Ledwie znaleźliśmy się w zasięgu "pracowników" dworca miejscowego Pekaesu, a już wiedzieliśmy, że znów to bus nas znajdzie, a nie na odwrót. Chwila pertraktacji z kierowcą i mamy następujący deal: za 3 $ w 2 strony zabiera nas tam (po drodze rozwożąc pasażerów), daje około godziny i wraca z nami do Aleppo, które leżało około 60 km od SamnSimon. Opisanie tej sytuacji to około 3 linijek i 3 minut, ale w rzeczywistości pertraktacje, gdy jedna ze stron zna tylko arabski, a druga co z tego, że kilka innych języków, nie należały do łatwych. Pojechaliśmy więc, mijając po drodze niezliczone ronda, na których straszył nas bez końca młody albo i stary Asad, którzy tutaj traktowani są jak prawdziwi Ojcowie Narodu (niech ktoś w Polsce spróbuje tak nazwać Lecha czy Olka). Jedziemy przez pola, krajobrazy jak w górskich rejonach Grecji, tocząc ożywioną handlową rozmowę z kierowcą, który oprócz prowadzenia, palenia fajek i rozmawiania z pasażerami, ogląda mój aparat. Spodobał mu się, informuje mnie, że go ode mnie kupuje. Ja na odczepnego rzucam jakąś kwotę z księżyca, ale on, niezrażony, rozpoczyna zbiórkę wśród pasażerów!!! Zaraz chce wręczyć mi umówioną kwotą, zawyżam ją więc kilkakrotnie, mówiąc, że zaszło nieporozumienie, znów musiałem zrobić z gęby cholewę, nie pierwszy raz w życiu...

To on chciał kupić mój aparat!

      Przemierzając rozciągający się na północ od Aleppo pustynno kamienisty obszar, trafimy na doskonale zachowane pozostałości bazyliki św. Szymona. Nazwa tego miejsca pochodzi od imienia bardzo ciekawego i oryginalnego indywiduum - Szymona Słupnika. Urodzony w 392 AD, syn pasterza, już w młodym wieku podejmuje decyzję o wstąpieniu do klasztoru i oddaniu się pustelniczemu życiu. Jednak bardzo szybko dochodzi do wniosku, że zakonny żywot nie jest wystarczająco ascetyczny, tak więc decyduje się opuścić klasztor i zamieszkuje w odludnej, kamienistej okolicy, przyjmując jaskinie za schronienie i miejsce pobytu. Wieść o niesamowicie pobożnym życiu Szymona szybko rozchodzi się po okolicznych miejscach, a także po innych krajach. Ludzie pielgrzymują w celu uzyskania łask i błogosławieństwa, zaniepokojony taką inwazją przenosi się na 3-metrowy słup, z którego spokojnie głosi kazania, udziela odpowiedzi pielgrzymom, ale także gdzie śpi, medytuje, modli się i żyje. Legenda mówi, że w miarę upływu czasu i spadku jego tolerancji do ludzi, przenosił się na coraz wyższe słupy, skończywszy na 18-metrowej kolumnie.

Naśladując Szymona Słupnika

      Łącznie spędził 40 lat żyjąc na słupach i z tego powodu nazwany został przez dalekich pielgrzymów z Anglii i Francji Szymonem Słupnikiem. Moda na wchodzenie i medytowanie na słupach przyszła też do Europy, jednak ze względu na surowszy klimat nie przyjęła się. Co ciekawe św. Szymon odmawiał rozmowy z kobietami i nawet matkę traktował ze swego rodzaju obojętnością, nie pozwalając jej się do niego zbliżyć. W chwili śmierci, w 459 AD, Szymon Słupnik był najpopularniejszą postacią w średniowiecznym świecie. Po przybyciu islamu na te tereny, bizantyjscy chrześcijanie zostali zmuszeni przekształcić wcześniejszą świątynie ku czci św. Szymona w twierdzę obronną. Obecne pozostałości są świetnie zachowane, choć sam słup Szymona został przez pobożnych pielgrzymów przez wieki rozłupany i rozwieziony po całym chrześcijańskim świecie jako święte relikwia. Niewątpliwym atutem tego miejsca są wspaniałe widoki roztaczające się z ruin na kamienistą pustelnię, która jak wieki temu nadal pozostaje tajemnicza i nie zasiedlona.

Okolice San Simon

     Wszystkie powyższe informacje o św. Szymonie uzyskuje od Marcina Miki, któremu serdecznie dziękuje w tym miejscu za zainwestowanie przed wyjazdem w przewodnik Lonely Planet i inne mądre księgi, które dźwigał na swoim garbie przez cały bliskowschodni pobyt. Dokonuje więc przeklejenia doskonale spreparowanych przez niego info i dalej zapuszczam się w bajanie na temat św. Szymona. Marcinie! Bez Ciebie świat nie byłby takim jakim dziś jest! Przy wejściu na teren ruin po raz kolejny okazuje się jak wspaniałą inwestycją była dla nas karta ISIC - z kartą bilet za 60 gr, bez za 10 zł - płatne oczywiście w miejscowych funtach, znanych tu także pod nazwą lirów. Łazimy po olbrzymich ruinach, jak na 1600 lat całkiem nieźle zachowanych. Nachodzą nas myśli, pierwsza to taka, że może warto by tu zostać i trochę ponaśladować Szymona, wchodzimy na wszystkie możliwe słupy, ale wytrzymać tam dłużej niż pół godziny naprawdę nie idzie! Szacunek dla tego człowieka, Marcin mający od zawsze problemy z płcią piękną szczególnie zazdrości mu tego, że potrafił się od niej tak odseparować. Nie wiem jakby to przeżyły jednak fanki, które codziennie rano wystają pod oknem na Senatorskiej. W powrotną drogę powoli zapełnia się bus, gaworzymy z na oko 90-letnim dziadziusiem, którego fotki znajdują się w jednej z galerii.

Marcin w San Simon
 
Z dziadziusiem

     Nie wiem o czym i w jakim języku, ale jest kontakt, stwierdzamy, że ma pewnie ma ładne prawnuczki. Wertuję numer Przekroju, jest artykuł o wyuzdanej warszawskiej młodzieży, ilustrowany dość śmiałymi zdjęciami. Widzę, że współpasażerowie ciekawie zerkają, nie chcą dopuścić do zepsucia narodu zmieniam stronę na wywiad z Lepperem. Wszyscy natychmiast odwracają głowy... Na dworcu w Aleppo już chcą nas z powrotem gdzieś wysłać w głąb tego pięknego kraju, ale my chcemy odpocząć, zwiedzamy miejscowe targowe okolice, kupując banany - ten globalizm, chcieliśmy palestyńskie, a na naklejkach stoi: Chiquita. Sam je spożywam, bo widzicie, różnica miedzy mną, a Marcinem jest taka, jak między bananem Chiquita, a zwykłym bananem. Trafiamy na palarnię kawy, rodem z czasów Wokulskiego i wiktoriańskich podbojów - częstujemy się kilkoma jej rodzajami, w końcu Marcin kupuje paczkę - zapraszam na Senatorską w celu jej degustacji, bo jakoś nawet najbliższa jego rodzina nie chce mu sprawić radości i przyjemności, dalej popijając poranną neskę. Ale fakt, czarna jak smoła i nieźle daje! Wracamy na dworzec, gdzie czeka już na nas grupa rozstawionych chłopaków, którzy wyglądają, jakby ich jedyną robotą było bezpieczne dostarczenie nas do Dead Cities...

Ruiny San Simon
 
Jacek i Marcin (dwóch takich, co chciało zostać świętymi)

 

 


 
BAALBECK - rewiry Hezbollahu (III.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 17 January 2006

      Z racji tego, że nie mam zbyt dużo czasu, wspomnę może teraz krótko o trzecim i ostatnim naszym dniu w Libanie, celowo opuszczając środkowy, najciekawszy i najfajniejszy. Zaczynamy go, jak to z resztą bywa z dniami, rankiem. Tym razem absolutnie nie z kurami, a z Koreańczykami, którzy zamieszkiwali razem z nami w Talalel Hostel (drogi, 9$/os, ale przynajmniej mieli kompa, Internet i zdążyłem im dodać naszą stronę do ulubionych). Po raz kolejny widzę, że to bardzo uzdolniony kulinarnie i na pewno pracowity naród, my na śniadanie zjedliśmy zupkę chińską zalaną niedogotowaną wodą, a oni omleta po syczuańsku... Może dlatego PKB Korei Południowej to 8800 USD, a Polski 4000 USD. Naszym celem na dziś był Baalbeck, miejscowość we wschodnim Libanie, ze znakomicie zachowanymi rzymskimi budowlami i z kwaterą główną Partii Boga - Hezbollah-u (myślę, że każdemu z nas ta nazwa nie najlepiej się kojarzy, aby jakoś zgubić się w tłumie, Marcin dzień wcześniej zakupił ich flagę). Mamy dostać się do Airport Bridge, z którego wyjeżdżają busiki do Baalbeck. Pomocną dłoń wyciąga właściciel Talalela, który sporządza po arabsku glejt, który w razie kłopotów ma służyć nam w dotarciu do tego "dworca".

Uprzejmy pan z Talalela

    Korzystamy z publicznego transportu w Bejrucie. Polega to na tym, że po mieście jeżdżą małe japońskie busiki, nie wiadomo gdzie i po jakich trasach, ale o dziwo prawie zawsze dojeżdżasz do celu. Zapakowane po dach, więc dopiero 15ty czy 20ty mógł zabrać nas i nasze plecaki. W środku poruszenie, wszyscy chcą nam pomóc, w pobliżu naszego przystanku solidarnie cały bus krzyczy do kierowcy, by się zatrzymał. Po drodze z emocji uszkodzili mi trochę plecak, co rozśmieszyło do łez współpasażerów, bardzo śmieszne. Cena za przyjemność jazdy po mieście, niezależnie od trasy, to 500 libańskich lirów - 1/3 $, czyli około 3 razy więcej niż w Syrii. Znajdujemy szybko nasz następny środek transportu, a w zasadzie to on znajduje nas. 4000 LL za 100 km nie jest chyba zawrotną kwotą. Obserwujemy ruch na ulicach i dziękujemy Bogu, że poruszaliśmy się po Bejrucie samochodem tylko w niedzielę. Jest poniedziałek, nawet kierujący ruchem policjant zwątpił i stoi w spokoju na środku skrzyżowania, o natężeniu ruchu ok. 3 razy większym niż na Rondzie Mogilskim.

Wycofane z Europy, znalezione na Bliskim Wschodzie

     Wspinamy się znów w góry Libanu, Marcin nawiązuje rozmowę z miejscowym sierżantem, udającym się do jednostki. Nie wiem, czy bał się fali, czy co, ale wyglądał na trochę przygaszonego. Wspominał, że chciałby wyjechać do Europy, my zachwycaliśmy się Libanem, zdradził, że jest w wojsku, bo potrzebuje kasę na życie, kończy bowiem studia - turystykę. Trochę mnie zastanowił fakt, że kiepsko u niego z geografią było, ale może nie to w turystyce jest najważniejsze, a umiejętność radzenia sobie w sytuacjach, gdy nowobogacki na wczasach w Turcji za cenę hostelu spodziewa się hotelu o klasie Sheraton... Po raz kolejny pokazała się bliskowschodnia gościnność, Pan Żołnierz częstuje nas batonikami albo ciastkami, już nie pamiętam, przyjmujemy dary z ochotą, bo właśnie skończyły się przywiezione z Polski Marsy i inne Snickersy. Tak sobie więc rozmowa mija, chciałbym zaznaczyć, że po francusku, którego znajomością Marcin zaskoczył mnie na plus. No, ale on ponoć z dobrego domu, chyba nawet fortepian mieli, to pewnie i też prywatną guwernantkę z podupadłej francuskiej arystokracji. W połowie drogi, która biegnie malowniczą doliną Beeki zostajemy przerzuceni do lokalnego busa i tu żarty się kończą - za kierownicą zasiada bowiem koleś o aparycji radykalnego ekstremisty talibo-sunnickiego. Myślę sobie, że Zło jest już bardzo blisko....

Krajobrazy Libanu

     Okazało się jednak, że nie. Pan Mudżahedin podwozi nas pod samą bramę do ruin w Baalbeck. Robią naprawdę spore wrażenie, ale najpierw doświadczamy jedynej podczas naszego pobytu napastliwości sprzedawców pamiątek. Osaczeni ze wszystkich stron, kupujemy 2 chustki arafatki po 3$ za sztukę. Łyknąłem kit jak młody pelikan, wierząc święcie że 500 LL to to samo co 5000 LL. Marcin twierdzi jednak, że zrobiliśmy niezły deal, może bez rewelacji, ale złotówka rzeczywiście za chustę ze sznurkiem, to chyba trochę byłoby mało. Wpadamy na teren ruin, zostawiamy backpaki na portierni i 2 godziny spędzamy obcując z architekturą i sztuką na najwyższym światowym poziomie. Choć trochę ją ząb czasu naruszył. Na dole strony informacja co się tam znajduje, ja powiem tyle, że podobało mi się to bardziej niż Akropol w Atenach. Ponoć badacze umieścili Baalbeck na liście 16 najbardziej mistycznych i tajemniczych miejsc na Ziemi, obok Płaskowyżu Nasca, Wielkich Piramid, Stonehenge, Tiahuanaco, Teotihuacan, Ollantaytambo, Sacsayhuaman, Atlantydy, Świątyni Kailasa, Czerwonej Piramidy, Machu Picchu, Wyspy Wielkanocnej, Chichen Itza i Fatimy. Czy Baalbeck jest tajemniczy, czy nie, to już niech każdy osądzi, my trochę tam narozrabialiśmy, co można zobaczyć w galerii.

Rozpierduszka w Baalbeck
 
Spragniony czułości

     Po uczcie duchowej czekała nas uczta cielesna. Zjedliśmy w końcu falafele, o których tyle dobrego słyszeliśmy. Są to naleśniki z nadzieniem mięsno-warzywnym, podawane na zimno. Pychota, znakomicie nadają się na podróż, zastępując nasze bułki ze schabem i jajkiem ugotowanym na twardo, a kosztują do tego jedyne złoty pięćdziesiąt. Łazimy po mieście, które ma rozmiar naszych Proszowic. Szukamy busa, którym dojechalibyśmy do granicy syryjskiej, to około 50 km. Nie udaje się, podwiezienie oferuje kierowca gimbusa z żeńskiej szkoły powszechnej, ale widząć popłoch młodych Libanek, które w dziesiątkę usadowiły się na tylnym siedzeniu, rezygnujemy.

W królestwie falafeli

      Po wielkich targach, kiedy to za pomocą miejscowego poligloty siłujemy się na argumenty z kierowcą (on: benzyna droga, trasa daleka, rodzina na utrzymaniu; my: pur students, noł mani, benzin very czip hir) staje na 8 dolarach, 30-letnim mercem. Trochę sobie odbija, bo po drodze bierzemy jakąś babusię, która mu wciska zwitek banknotów. Trochę mamy wyrzuty sumienia, bo jedziemy, jedziemy i jedziemy, ale tracimy je kiedy w strefie przygranicznej tankujemy benzynę u przemytników. Wygląda to bardzo ciekawie, samochód na zgaszonym silniku wjeżdża do szopy, do której przychodzi zaraz rodzinka pokroju Kiemliczów z Potopu (kto czytał, ten wie o co chodzi, kto nie, niech jak najszybciej zapełni luki w wykształceniu ogólnym) i za pomocą szemranej beczki i lejka uzupełnia braki w baku. Potem już tylko granica, znowu okienko dyplomatyczne, Marcin chyba ma przed oczami obrazy, kiedy przerzucali go w walizkach i w bagażniku, bo myli imię z nazwiskiem w Exit Card, co wzbudza radość u panów celników. Prosi jeszcze Pana Kierowcę, żeby w Baalbeck nadał jakieś pocztówki, których Marcin zapomniał wysłać, w prezencie i za fatygę wręczamy naszemu szoferowi paczkę polskich paluszków. Naprawdę był z niego porządny człowiek.

Jademy na granicu

     Granica to kolejna parodia. Najpierw trwa ustalanie z jakiego kraju jesteśmy. Polska, Poland, Pologne, takie nazwy nie przechodzą. Dopiero Balan albo Baland powodują reakcję w nieśmiertelnej postaci "aaaaaaaa, welcome to Syria!". Później pytanie gdzie i w jakim celu jedziemy, o Krak de Chevaliers nikt tu nie słyszał, dobrze, że już kminimy trochę arabski, zgrabnie tłumacząc nazwę na Qal'at Hasan. Jeszcze tylko wymyślamy na poczekaniu nazwę hotelu, w którym będziemy mieszkali (Al Kebab Hotel), strzelam zza pazuchy parę fotek granicznych zabudowań i na powrót jesteśmy w Syrii - różnica miedzy nią, a Libanem mniej więcej taka, jak między Ukrainą, a Polską.

Granica

     Zaczyna się kabaret, łapiemy busa do Homs, miejscowości bez żadnych atrakcji, ale za to głównego punktu przesiadkowego w tamtym rejonie Syrii, pół godziny zajmuje nam dojście do zbliżonych opinii na cenę biletu, kończy się na 1,60 zł za 50 km, płatne w kolumbijskich pesos. Znów syryjskie autostrady, to przykre, ale raczej szybko nie będziemy mieli ich tyle co w tym ponoć zacofanym kraju. Są ślimaki, 3 pasy, może trochę oznakowanie zawodzi, ale generalnie Polska, jeśli chodzi o drogi jest 100 lat nie tylko za Murzynami, ale i za Arabami. Przez cały pobyt nie spotkałem praktycznie jednej dziury w podłożu. W Homs do zobaczenia jest tylko rafineria, nam się wydaje, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, odnieśliśmy wrażenie, że zostaniemy taryfą za 2 $ zawiezieni do Krak'a, ale okazało się, że to tylko opłata za podwiezienie na dworzec, z którego odjeżdżają do niego autobusy. Poznajemy pierwszą kobietę w Syrii, jej imię to Cnotliwe Serce, a dzieci z którymi podróżuje to Rozrywka i Chroniony Przez Boga. Okazuje się światłą kobietą, oboje z mężem są dentystami, choć z tego co mówiła, kokosów nie robią. Ma nawet cyfrówkę, ale w Bejrucie nie była nigdy, choć mieszka 150 km od niego.

Cnotliwe Serce

     Gadamy o studiach, są bardzo tanie, jej stomatologia kosztowała 4$ / rok, tyle mniej więcej kosztuje edukacja w Syrii. Męża poznała oczywiście przez krewnych, z tego co widzę wydaje jej się to romantyczne, nie wyprowadzam jej jednak z błędu, bo autorytetem w tych sprawach nie jestem, a Marcin to nawet nie wie co oznacza słowo kobieta. Jak na tutejsze warunki jest dla nas lokalną Kazimierą Szczuką, zaprzyjaźniamy się też z jej dziećmi, podróż upływa na tym, że wyciągamy z siatki różne zwierzątka, a one (dzieci, nie zwierzątka) podają angielskie ich nazwy. Urocze! Uprzejmy kierowca podwozi nas pod sam hotel, ściąga prowizję od recepcjonisty, a my zostajemy skasowani na 15 $ za pokój bez widoku na zamek, za to z działającym tylko na stanowcze wezwanie Marcina dieslowskim ogrzewaniem. Wieczór z niespodziankami, gwarzymy kurtuazyjnie z jedynymi oprócz nas gośćmi, z Francji, tradycyjnie dwulicowymi jak na tą nację przystało. Największy szok przeżywam w pokoju, oprócz 3 kanałów syryjskiej TVP mają też... Real Madryt TV!!! Marcin śpi opatulony śpiworem, dwoma kocami i w polarze, a ja spokojnie oglądam 10 najpiękniejszych bramek w historii Realu, nie jest niespodzianką, że wygrywa strzał Zinedina Zidane'a z finału Champions League 2002/2003...

Uroki turytyki pieszej na Bliskim Wschodzie w styczniu
 
Liban

BAALBEK - Heliopolis, "Miasto Słońca", najświetniejszy zabytek starożytnego świata w Libanie i ponoć na całym Bliskim Wschodzie. Świątynie i kompleksy dziedzińców śmiało mogą konkurować z zabytkami Forum Romanum. Ogrom pozostałości, wznoszących się na górzystych terenach Baalbeck, nadaje temu miejscu niesamowitą tajemniczość. Baalbeck bez wątpienia był jednym z najważniejszych miejsc kultu Cesarstwa Rzymskiego, w 550 AD Justynian nakazuje przyjęcie chrztu pogańskim mieszkańcom, pod koniec pierwszego tysiąclecia miasto pozostawało również pod wpływami religii muzułmańskiej (od 748 AD). Pomimo tak burzliwych przemian, rozkwitu i burzenia (wywołanego również przez 4 trzęsienia ziemi), stojące do dziś budowle są doskonale zachowanym świadectwem splendoru Cesarstwa. Wielki Dziedziniec (gdzie w erze pogańskiej składano ofiary z ludzi a "krew sięgała kostek"), olbrzymia Świątynia Jupitera (300 m długości, z 54 kolumnami o wysokości 23 metrów i grubości 2,2 m - największych w świecie, z których tylko 6 zachowało się do dnia dzisiejszego), Świątynia Wenus (przekształcona w początkach ery chrześcijaństwa w Bazylikę św. Barbary, której pogański ojciec został zabity przez piorun), Wielki Meczet Ummayadów (datowany na VII w, najstarszy w Libanie, zbudowany jak puzzle z kolumn i zdobień z różnych epok), to wspaniałe przykłady starożytnej architektury. Około 1 km od centrum Baalbeck znajduje się miejsce, gdzie można podziwiać największy ciosany kamień świata (22m x 4m x 4,5m) - Hajar Al Hubla (Kamień Ciężarnej), którego dotknięcie podnosi płodność kobiety (ale chyba tylko niestety lokalnych, czyli trzeba by się tam zameldować).

W Baalbeck
 
Lawrenci z Arabii
 
Jacek (Nie Znający Słowa Strach)

 
POŁUDNIE LIBANU - na osia zła (II.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 15 January 2006

       Nasz drugi, czyli ostatni do opisania, ale nie ostatni na tamtej ziemi dzień w Libanie zaczynamy naprawdę z kurami. Po części wzięło się to z tego, że mieliśmy objechać całą południową część pięknego tego kraju, a po części, bo było francowato zimno w pokoju. Problemem Bliskiego Wschodu jest to, że tylko w styczniu i trochę w lutym i grudniu jest dość, jak na tamte warunki chłodno. Temperatura spada do 5,6 stopni w nocy, zdarzają się także przymrozki. Nie ma tych dni jednak na tyle dużo, żeby opłacało się tworzyć jakieś choćby podwaliny systemu ogrzewania. Nie do rzadkości należały więc chwile, kiedy spaliśmy w polarze, śpiworze i pod kocem, namiastkę wypraw z Markiem Kamińskim przeżywając w Krak de Chevaliers, gdzie Marcin spędził noc pod 5 warstwami, dającymi dopiero ciepło i ukojenie...

Bejrut, skoro świt, z rozpiętym rozporkiem

     Wracając do meritum. Z hotelu próbujemy wydostać się po angielsku. Naszły nas myśli, żeby z racji tego, że nie donieśli piecyka, zostawić właścicielowi zamiast umówionych 12 $, trochę mniejszą kwotę - 8 $. Próbujemy wydobyć spod jego poduszki klucze, niestety skurczybyk się budzi. Motyla noga, no nic, czas nas goni, nie ma co kruszyć kopii, staje na tych 12-tu. Naszym wypożyczonym dzień wcześniej Sunny'm robimy poranną przejażdżkę po opustoszałym Bejrucie - z racji chrześcijańskiego charakteru miasta, to właśnie niedziela, a nie piątek jest tu dniem wolnym od pracy. Wpadamy do jednego z niewielu lokali, gdzie można kupić kawę i coś do jedzenia, chyba jesteśmy jedynymi, którzy za ciepły posiłek tu płacą. Resztę klientów stanowią żołnierze i policjanci z amerykańską bronią przewieszoną przez ramię, która jest swego rodzaju talonem lub też kuponem jakie w McDonaldzie na Szewskiej kiedyś dawali. No cóż, Bacon stwierdził, że "ten ma władzę, kto ma wiedzę", ale w Libanie władzę ma chyba ten, kto ma guna...

Bejrut o poranku
 
Breakfast

     Po posiłku ruszamy na południe Libanu. Jawił się nam ten obszar jako miejsce, gdzie tomahawki latają w powietrzu i na który Izraelczycy wysłali kilka rakiet pod koniec grudnia, a więc 2 tygodnie przed naszym przybyciem. Sporo też nasłuchaliśmy się o osławionych grozą checkpointach, które mimo że nie miały być tak groteskowe, jak te w okolicach Groznego, gdzie żołnierze rosyjscy za papierosy sprzedają czołgi i amunicję, to jednak ponoć miały wywoływać sporo nagromadzonych w nadmiarze, w mężczyznach lat 24, emocji. Na południe biegnie bardzo przyjemna, nadmorska, trzypasmowa autostrada. Umowa jest jednak taka, że podróżuje się okrakiem między dwoma pasami, o dziwo nie przekraczając 110. Kontrolnie wysyłamy SMS'y do Polski, złośliwie, bo złośliwie informując, że u nas OK i że temperatura sięgnęła 20 kresek (w Polsce -10). Południowy Liban to mikroklimat, nawet w styczniu w przydrożnych sadach widać było leniwie rosnące pomarańcze i inne cytrusy.

Nadmorska autostrada
 
Bettedine

     Zjeżdżamy do Bettedine, letniej rezydencji prezydenta Libanu. Od razu jest pierwszy checkpoint, emocje sięgają zenitu. Hamujemy, atmosfera jest dość nerwowa, zaczynają się pytania, a gdzie, a do kogo, a po co. Porucznik albo i sierżant, dowódca checkpoint'a, prawie mi zęby chce wybić przyłożoną do twarzy lufą, ale staram się nie dawać poznać po sobie strachu - w końcu 20 lat przewoziłem w bagażniku BMW-u Marcina krem NIVEA do RFN-u. Oglądają samochód, ale w końcu się udało, przejeżdżamy, znów dostaniemy prowizję za przewiezionych pod podwoziem Chińczyków pracujących przy wyrębie cedrów. Chyba pora zmienić zawód, bo ileż można wmawiać rodzinie, że jedziemy na wyjazdową sesję kursu szydełkowania. Generalnie nie jest tak źle, pokonywanie checkpointów polega na sprawdzeniu dokumentów, wypytaniu o cel podróży i na pobieżnym obejrzeniu samochodu, ale że wyglądaliśmy jak bojówki Hamasu...

Generał Szwajrik na czekpoincie

      W Libanie niesamowite są bardzo drastyczne zmiany wysokości n.p.m., co odbija się trochę na spalaniu paliwa. Nagle, z poziomu słonej wody, lądujemy na 1000 m n.p.m, krajobrazy wzięte żywcem jak z okolic Turbacza. Trafiamy do Pałacu Prezydenckiego, gdzie pod czujnym okiem George'a Clooneya w mundurze i z bronią (chyba dorabiał sobie tam do emerytury!) kupujemy bilety (oczywiście prosząc o zniżki, nie przyniosło to wielkiego skutku, bo w Libanie ulgi często dotyczą tylko miejscowych studentów). Nie wychodzimy jednak na tej wizycie najgorzej, bo przejmuje nad nami opiekę sam dyrektor kompleksu. Bardzo miły pan, w jego gabinecie prowadzimy interesującą konwersację na temat spraw egzystencjonalnych, charakterystyczną dla osób na tzw. poziomie.

Z dyrektorem w Bettedine
 
Kraina cedrów 
 
    Nawiązujemy nić porozumienia, Dyrektor zaprowadza nas nawet do najbardziej zakazanych i tajemniczych miejsc w pałacu. Pokazuje ciekawe miejsce, mozaikę w suficie, dopiero patrząc w odpowiedni sposób można dostrzec krzyż, umieszczony tam w tajemnicy przez chrześcijan, gdy pałacem i całym Libanem władali muzułmanie. Pan Dyrektor jest bardzo miły, ma fizjonomię Jean-Paula Belmondo, Marcin stwierdza, że musi mieć piękne i bardzo interesujące córki, to się nazywa czytanie miedzy wierszami. Była okazja poznać, bo zapraszał następnego dnia na masaż w arabskiej łaźni, ale nie mogliśmy skorzystać. Szczyt konfidencji pokazał, gdy przyciszonym głosem zezwalał na fotki, gdy wokół aż roiło się od znaków "NO PHOTO!", postawionych notabene na jego żądanie. O Pałacu w Bettedine można by mówić wiele dobrego, szkoda, że jak zwykle łapę położył na takiej atrakcji prezio. W stylu przypomina Alhambrę w południowej Hiszpanii, nie ma się co dziwić, bo była ona zaprojektowana i zbudowana właśnie przez Arabów.
 
Pałac prezydencki w Bettedine
 
     Po wizycie w pałacu ruszamy dalej, odgrywamy małą scenkę okolicznościową na opuszczonym checkpoincie, poszła fama, że nadjeżdżamy. Pokonujemy kilkanaście kilometrów w góry, gdzie już mocno śnieg leży, a wszystko to robimy, bo chcemy zobaczyć cedry. Być w Libanie i nie zobaczyć cedrów, to jak być na Placu Pigalle i nie ... spróbować kasztanów. Misję uznajemy za zakończoną, gdy namierzamy drzewa, które wyglądają jak cedry, a stwierdzamy ich tożsamość na podstawie pieczątek wjazdowych w paszporcie (są na nich właśnie te drzewa).
 
Sunny i cedry
 
Drzewa jak drzewa
 
     Nasz Nissan ciągnie jak PeKaEs do Kielc, umiejętności kierowcy bardzo mu przy tym pomagają, już po 45 minutach jesteśmy z powrotem na wybrzeżu śródziemnomorskim, miejscowość Sidon. Sidon to bodajże czwarta pod względem ludności miejscowość w Libanie. Okna otwarte, zimny łokieć, w tle lecą Uniting Nations, a my wjeżdżamy do miasta, którego największą atrakcją jest Sea Castle. Zamek zbudowany prawie tysiąc lat temu, którego rolą było bronić miasto przed wyprawami krzyżowców. Zamek na wodzie, po 3$ za łebka bilet, nie wchodzimy więc do środka, tłumacząc się przed sobą, że pewnie zaraz się zawali i zatonie (pamiętajcie, że stoi tu już tysiąc lat).
 
W drodze do Sidonu, niedługo potem bombardowanego przez Izraelczyków

      Zagłębiamy się za to w przepiękne stare miasto, pełne wąskich uliczek i ukrytych meczetów, życie i czas jakby stanęły tu kilkaset lat temu. Co chwile mijamy a to salon golarza, a to małą masarnię, sklep z przyprawami czy handlarza bananów (1/6 dolara za kg, to chyba nieźle, banany z poletek miejscowych działkowców). Chwila zadumy w jednym z meczetów, oczywiście ściągając przed wejściem obuwie. Modlący się ludzie nie wyglądają na terrorystów. Z żalem musimy odmówić miejscowemu dziadkowi zaproszenia na fajkę wodną, czeka już na nas dalsze południe Libanu.
 
Ulice Sydonu
 
Sydon
 
Przyszłe kamikadze
 
      Naszym celem był Beaufort Castle, zamek położony na granicy Syrii, Libanu i Palestyny. Jedziemy tam z zamiarem zdobycia tej twierdzy, ponoć "nie do zdobycia". Widać, że jesteśmy na gorących terenach, na przydrożnych znakach co chwilę wiszą wielkie portrety miejscowych męczenników, którzy zginęli w samobójczych zamachach za wiarę i za ideę. Gdy już nam się wydaje, że jesteśmy na miejscu, 1000 m przed zamkiem górującym nad okolicą pojawia się uzbrojony po zęby checkpoint. Biorą dokumenty i po chwili stanowczym, acz kulturalnym tonem stwierdzają, że nic tu po nas i pora wracać. Dowódca oddziału każe zrobić w tył zwrot, przez myśl przechodzi mi by wcisnąć gaz do dechy i zdobyć tą twierdzę, ale obawiam się, że byłaby to ostatnia taka twierdza w mym krótkim, acz pięknie przeżytym żywocie. Jest nadzieja, każą nam jechać na sąsiedni posterunek, kilkanaście kilometrów toczymy się przez piękne pagórki, rodem z "Ukrytych pragnień" i krajobrazów Toskanii. Szukamy miejscowej Liv Tyler, a tymczasem zjawiamy się na wspomnianym checkpoincie, gdzie wiedzą już o naszej sprawie. Dostajemy nakaz wizyty w General Security w Sidon, jeśli chcemy w ogóle wjechać w te okolice. Chcielibyśmy bardzo , z tym, że w życiu już dużo rzeczy chciałem, miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.
 
Przygraniczny zamek
 
Męczennicy na rondzie

     Główną "atrakcją" tamtych rejonów był obóz wojskowy Hezbollahu i Fatima Gate - miejsce, gdzie wściekli Libańczycy i Syryjczycy mogą rzucać kamieniami w kierunku ziem izraelskich i gdzie często to robią, bo nienawiść do tego kraju jest dość powszechna na Bliskim Wschodzie, choć są to bardziej konflikty na szczeblu rządów, a nie zwykłych ludzi, którzy chcą żyć w pokoju i względnej chociaż przyjaźni... No cóż, nie udało się tym razem, może kiedyś się uda?? Twierdza BC więc nie zdobyta!
 
Na libańskich autostradach

     Skrajne południe. Dostajemy się tam nie wiem jakim cudem. 3 razy spotykamy jadące pod prąd na autostradzie samochody, kilka razy wyprzedzają się na trzeciego i na czwartego na drodze pokroju Pcim - Stróża. Święty Krzysztof jedzie chyba z nami na tylnym siedzeniu. W Tyrze, ładnym nadmorskim kurorcie, nie przymierzając jak Kadyks, sprawdzamy temperaturę wody. Jest środek zimy, w Polsce nadchodzi fala mrozów, a tu uwaga, uwaga, około 18 stopni, aż chce się popluskać i wzajemnie podtopić. Nie mamy skrzydełek, więc rezygnujemy, strzelamy tylko sesję zdjęciową. Głównym celem naszego tu przybycia był starożytny hipodrom z czasów panowania rzymskiego, najlepiej zachowany na świecie. Ale żaden z mieszkańców nie wiedział gdzie się znajduje, a odwiedziłem nawet miejscową siedzibę Armii Libańskiej, no ale zawsze mówiono, że wojskowi mądrością nie grzeszą. Dopiero spotkany jogger z Europy wskazał nam ten znajdujący się na liście UNESCO przybytek. Bardzo ładne miejsce, zaraz obok znajduje się jednak obóz uchodźców palestyńskich, który robi bardzo przygnębiające wrażenie. Kilkanaście tysięcy żyjących bez nadziei od kilkudziesięciu już lat ludzi, czeka na utworzenie niepodległego państwa. Wielu z nich się nie doczeka. Liban postępuje bardzo humanitarnie przyjmując palestyńskich uchodźców, ale cieplarnianych warunków na pewno im nie zapewnia. Ot, taka wegetacja w tekturowych budowlach, świetne miejsce do wylęgania się różnego rodzaju bakterii.
 
Tyr na południu, w ten sam dzień widzieliśmy śnieg
 
Na trzeciego
 
Tyr
 
Tyr
 
Wzmożone czekpointy - południowa granica
 
      Jako że dzień zbliżał się już ku końcowi, trzeba było się zbierać. Powrót 120 km do Bejrutu to była chwila, nie da się ukryć, że podwyższonego ciśnienia. 110 km/h, 3 pasy, zderzak w zderzak, przy padającym pod koniec deszczu. Stolyca stolycy równa, czy to Wagadugu, Bejrut czy też Warszawa, do każdej z nastaniem wieczora ciągnie sznur kacyków spędzających weekend w okolicznych kurortach. Ostatnie machnięcia naszym Nissanem, którego traktowaliśmy już jak członka rodziny i stawiamy się pod wypożyczalnią z kolejną porcją życiowych doświadczeń w bagażu...
 
Bliskowschodnie klimaty
 
Na salonach

          JacekG - kronikarz etapu Liban 2006

 

 


 
BEJRUT - luksus wśród ruin (III.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 14 January 2006

       Dzień po przylocie do Syrii podjęliśmy wspólną, męską decyzję, że opuszczamy na 2-3 dni gościnny ten kraj i udajemy się do Libanu. Co do wjazdu do tego drugiego, sytuacja jest następująca: przysługują bezpłatne wizy tranzytowe do 48 h, co w praktyce oznacza, że można wjechać o godz.: 00.01 np. 1 stycznia i wyjechać o 23.59, 3 stycznia, daje to pełne 3 dni. Marcin nie dowierzał, bo myślał, że wpisują dokładną godzinę i minutę wjazdu i ze stoperem i batami czekają, aż ją przekroczysz po czasie, ale ja swoje wiedziałem. Na stronach Ministerstwa SprawZagranicznych Syrii wyczytaliśmy, że obywatelom Polski przysługują dłuższe wizy bezpłatne, ale jak się potem okazało, dotyczy to tylko przybywających samolotami. Busy do Bejrutu odjeżdżają z Baramke Garage, co chyba po syryjsku oznacza dworzec. Tam się skierowaliśmy i od razu niespodzianka: mimo że miały odjeżdżać co 15 minut, to panie w informacji oświadczają kategorycznie, nie przerywając cerowania sweterków, że "noł bus to Bejrut!". Przez kilkanaście sekund odbijamy piłeczkę, mówiąc, że "jes bus to Bejrut", ale w końcu pasujemy. Na szczęście od razu po wyjściu przejmują nas miejscowi stacze, którzy przerzucają nas z rąk do rąk jak worki ziemniaków i po 5 minutach stroimy już przy właściwym busie.

Baramke Garage
 
Nasza ekipa do Bejrutu

      Nie wiemy jak to się dzieje, ale na Bliskim Wschodzie człowiek szybko staje się ufny. Tu nasza ufność dała o sobie znać tym, że jak pocieszni przedszkolacy Jacuś i Marcinek oddaliśmy nasze paszporty pierwszemu lepszemu typowi, który gdzieś zniknął, pojawiając się jednak zaraz z biletami w rękach (5$ za sztukę). Ruszamy, ładujemy się na sam tył, jest fajnie, miejscowi co chwilę patrzą na nas z zaciekawieniem, dziewczęta w czadorach puszczają oczka, szkoda, że tylko w rajstopach. Po stronie syryjskie dwa godne odnotowania wydarzenia, które mocno nami wstrząsnęły: a) samochody jadące autostradą pod prąd, co będzie nam towarzyszyło przez cały już pobyt b) światła na autostradzie, bądźcie czujni, bo nigdy nie wiadomo, kiedy bus będzie musiał na pięćdziesięciu metrach zwolnić do ze 110 do zera... Dojeżdżamy do granicy, stoi już przed nią kolejka żółtych Chevroletów, Syryjczycy lubią wyskoczyć sobie taryfą do sąsiadów zza gór, powiedzcie mi, ilu Polaków jeździ w ten sposób do Pragi??? Pewni siebie, cykamy fotkę za fotką, mimo że wokół roi się od wojskowych.

Na granicy

     Pewność siebie tracimy, kiedy okazuje się, że Marcin zgubił tzw. Exit Card, którą dostaje się przy wjeździe do Syrii. Jest panika, ja prorokuję, że mogą go zabrać do Guantanamo, on twierdzi, że będzie tylko czekał na granicy do czasu jak wrócę, przezornie jednak wciska mi do ręki 50 dolarów i mówi: "zaopiekuj się moją rodziną i powiedz, ze ich kochałem, choć nigdy tego im nie mówiłem." Kończy się jednak na 2 $ kary i znalezieniu tej karty w plecaku, już chwilę za granicą... Widać, że granica budzi w nim strach i zdenerwowanie, czyżby to pamięć po licealnej lekturze??? Sakramentalne "Welcome to Syria" kończy pierwszy etap naszej syryjskiej przygody. To dopiero początek, po granicy syryjskiej następują 2 km ziemi niczyjej i dojeżdżamy do posterunków libańskich. Widać na czyim pasku chodzą, amerykańska broń i mundury, Wranglery pod budą strażników.

Libańskie realia

    Wpadamy jak po swoje, widzą kto my, bo od razu kierują nas do okienka dla dyplomatów. Chcemy dłuższe wizy, straszymy generałem Szwajri (naczytaliśmy się na forum, że to nazwisko powoduje w Libanie drżenie łydek), ale dostajemy 2 razy po 48. Na Bliskim Wschodzie zupełnie inaczej wygląda odprawa paszportowa: zgraja facetów przepycha się do kamiennego kontuaru, podwyższonego półmetrowej wysokości szybą. Między szybą, a tym kontuarem szpara, przez którą klienci wypychają paszporty do odprawy. Mundurowi siedzą po drugiej stronie i wszystkich mają w ...nosie. Teraz najciekawsze. Co jakiś czas mundurowy (po wklepaniu danych do komputera i wbiciu stempla) wykrzykuje czyjeś imię, a po chwili rzuca w górę (trajektoria balistyczna) paszport, który przelatuje nad szybą i ląduje w kłębiącym się tłumie Arabów. Wtedy z tej bandy wyskakuje, jak pies za rzuconą kiełbaską, jeden z nich i chwyta w locie swój paszport. Szczęśliwcowi pozostaje już tylko wycofać się ze zbiegowiska i oddać miejsce następnemu. Tłum momentalnie zapełnia powstałą lukę i ciągle napiera na okienko...

Espresso za granicą. Za pomyślną podróż!

      Jesteśmy w Libanie, wokół leży śnieg, bo to 2500 m n.p.m. Na odcinku, nie wiem, 80 km, trzeba zjechać nad samo morze, więc praktycznie cały czas zjeżdżamy, ratując dobytek współpasażerów swoimi ręcami, bo jak wiadomo, leży za naszymi plecami ułożony warstwami. Krajobraz zmienia się niesamowicie szybko, Libańczycy chwalą się tym, że jako jedyni na świecie do południa mogą jeździć na nartach, a po południu pluskać się w Morzu Śródziemnym. Nie chce ich denerwować, ale Hiszpanie z okolic Malagi i Sierra Nevada też mogą.

Przełęcz między Bejrutem i Damaszkiem

BEJRUT - to miasto ma swoją duszę. Całkowicie zniszczone podczas wojny domowej, która toczyła się między chrześcijanami, a muzułmanami, apogeum której przypadło na lata 80-te. Od tego czasu sporo się tu zmieniło, na powrót staje się finansowym centrum Bliskiego Wschodu, choć rany widać na każdym kroku. Kosztem wielu miliardów dolarów odbudowano całe Downtown, ciągle jednak straszą kikuty zniszczonych budowli. Najnowsze modele Hummerów i Mercedesów kontrastują z wybitymi szybami kamienic. No nic, próbujemy się zalogować w jakimś hotelu, ponoć brakuje tu tanich, ale my za 12 $ za dwójkę znajdujemy Al Shahbar, melinę prowadzoną przez dziadków żywcem wyjętych z kubańskiego klimatu dekadencji. Wychodzimy od 16 $, ale gdy okazuje się, że nie ma tu ogrzewania, zbijamy o 4, choć wydaje mi się, że dałoby się i więcej. To i tak chyba sukces, bo ciężko było nawiązać kontakt z recepcjonistą, bardzo zajęty był bowiem miejscową kanastą czy innym brydżem.

Taki to Bejrut

     Miasto chyba jest dość bezpieczne. Na każdym, powtarzam każdym rogu stoi albo ochroniarz albo żołnierz ze strzelbą. Non-stop patrole zaglądające z lusterkiem pod auta, panowie w hipermarketach sprawdzający plecaki. Jest chyba czego chronić, bo tyle Beemek nie widziałem w Monachium, a tylu Jaguarów w Londynie. Cieszę się, bo panie w Intercontinentalu wzięły mnie za swojego, a ja tylko wstąpiłem po mapkę. Z tego hotelu luksus wylewał się oknami i drzwiami, jak zwykle skromny Marcin stwierdził, że on zostanie przed, pooglądać podjeżdżające szejkówny (z tego co się domyślam miał plan rzucenia się pod koła i brania na litość). W Bejrucie bardzo ciekawy jest Uniwersytet Amerykański. Uczęszczają do niego miejscowe bananowe chłopaki, jak również bardzo ładne i światłe dziewczyny. Udajemy się tam niby pooglądać architekturę, ale kto uwierzy... Generalnie czesne wynosi kilkanaście tysięcy dolarów za rok, w zależności od kierunku, ale kto skończy tą szkołę, ten naprawdę ma życie jak w ... Bejrucie. Campus dla mnie żywcem wyjęty z Beverly Hills 90210, Marcin upiera się przy Harvardzie. Położony na wzgórzu, dysponuje własną plażą, amerykańską ochroną, kortami tenisowymi, ciekawym parkiem z jeszcze ciekawszymi drzewami. Naprawdę, bardzo przyjemnie musi się tu studiować!

Safe city

     Przy uliczce naprzeciwko uniwerka usadowiły się McDonald's, KFC, Dunkin Donuts, gdyby ktoś miał wątpliwości jakiego stylu życia tu uczą. Poznajemy jakieś licealistki, które wskazują nam drogę do czegoś tam, na fali hossy postanawiam wypożyczyć samochód, którym zamierzamy zwiedzić jutro południe Libanu. Powiemy szczerze: mieliśmy wątpliwości natury moralnej, ponieważ, czy backpackers'om przystoi wypożyczać samochód??? Backpacker's ma przecież żywić się robalami, podróżować na zderzaku, ewentualne na osiołku, unikać wydawania pieniędzy i wykłócać się z kambodżańskim dzieckiem, czy jego noga na pewno została urwana przez minę. Wyniesione z domów umiłowanie do luksusu bierze górę. Znajdujemy sobie Car Rental, jest w centralnym punkcie miasta. Sytuację komplikuje fakt, że jest sobota i chcą nam wypożyczyć samochód na całe 2 dni, a po co nam to?? Pani ze zdziwieniem patrzy na kolesi, którzy targują się o każdego dolara. W końcu staje na 40, wychodzimy z siebie i mimo że w niedzielę mają zamknięte, to specjalnie dla nas brat tej miłej niewiasty (notabene o aparycji nasuwającej skojarzenia z najstarszym zawodem) odbierze wieczorem od nas samochód.

Wojenne spustoszenia

     Nie da się ukryć, czar działa. Widzę, że trochę pękają, jak im mówimy, że jedziemy na południe gdzie jeszcze niedawno latały rakiety, pukają się w czoło jak stwierdzamy, że w jeden dzień zrobimy 60% Libanu i robią gały, kiedy się okazuje, że suma przejechanych przez nas automatikiem kilometrów równa się 10, ale w końcu dają kluczyki. Pusty śmiech wzbudza pytanie, czy tu autostrady są płatne, no ale rzeczywiście nie było to pytanie na miejscu, w regionie gdzie w wielu krajach nie ma w ogóle podatków. Jak zwykle zgrywamy cwaniaków, ale nowiutkim Nissanem Sunny nie idzie w ogóle wyjechać. Głupi ja, głupi, myślałem, że jak pomrugam migaczem, to się włączę do ruchu. W końcu ruszyłem, ale się z fotela kierowcy na fotel pasażera, a Marcin ruszył, choć minę miał nietęgą.

Sunny
 
 
Największa atrakcja Bejrutu
 
 Bejrut

     Powiem Wam, że Polakom nietrudno się przystosować do ruchu. Po dobrej godzinie jazdy już bez żadnych zahamowań dajesz na czerwonym, skręcasz w prawo ze skrajnie lewego pasa, zapominasz o kulturze na drodze, zapinaniu pasów, włączaniu kierunkowskazów. Bujamy się po mieście, jest super, robię małą grandę na stacji, bo myślałem, że benzyna będzie zdecydowanie tańsza (jest po 2,40 zł), w końcu trafiamy do miejscowego Społem. Tam Marcin poznaje Palestynkę, która musiała prosić o azyl, otacza ją swoją opieką i zainteresowaniem, a że jest to "mocna ósemka" traktujmy tylko w kategorii przypadku, bo wiemy jak Marcin z sercem na ręku do każdej podchodzi... W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wracamy do hotelu, a że gubiąc się po drodze ze 30 razy, to już temat na inne opowiadanie...

Centrum Bejrutu


JacekG (klasa III b)

 
Słowo na czwartek i nie tylko (XII.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 11 January 2006

      Początkowo strona miała żyć życiem żywiołowym i energicznym, ale jak widać z aktualizacją jest średnio. Nie to, że zabrakło zapału i werwy, brakuje po prostu czasu. Wiem, że pojawiają się nowe grupy czytelników, zakładane są fun-cluby, adresy przekazywane są jak ulotki Solidarności w czasie stanu wojennego, a my zawodzimy na całej linii, bo to ostatnia przedwyjazdowa notatka. Początkowo planowaliśmy słać niczym korespondenci wojenni relacje live, ale sprzęt i możliwości mniejsze niż CNN, tłuc za sobą laptopa nie ma wielkiego sensu, a i obsługiwanie arabskich windowsów też może być kłopotliwe. Więc po pierwsze primo: będziemy tworzyć na papierze, a wszystko zaczniemy regularnie przelewać parę dni po przyjeździe. Pod drugie primo: jak nam odbije, to wyślemy coś z trasy, a nasza obsługa techniczna postara się to zamieścić. Po trzecie primo: po przyjeździe strona ulegnie znaczącym ulepszeniom, dojdzie piękna galeria i w ogóle będzie fajnie! Na razie jednak w nerwowej atmosferze przeglądamy prognozy pogody, które nie zostawiają na nas suchej nitki, bo kto to widział, żeby na pustyni i w ogóle na Bliskim Wschodzie padało! Powoli się jednak już szykujemy do czwartkowego wyjazdu, nasza marszruta wiedzie przez krakowskie dzielnice willowe (Ruczaj i Senatorska), 9.50 do Wawy, 16.05 do Moskwy i 22.15 do Damaszku. Potem na chwilę schodzimy ze sceny i 24.I rano meldujemy się na powrót w Krakowie. Wszystkich serdecznie pozdrawiamy i przepraszamy, że być może zdenerwowaliśmy swoim wyjazdem wszystkich pracujących, marznących na przystankach i przygotowujących się do egzaminów i kolokwiów zaliczeniowych. Nie przejmujcie się, może nam kiedyś tych parę dni zabraknąć do III filaru. Trzymajcie kciuki, ze staropolskim pozdrowieniem "pozdro 600"!!!

Jacek Gabryś - dyrektor generalny ds. Syrii, zastępca dyrektora ds. Libanu

Marcin Mika - dyrektor generalny ds. Libanu, zastępca dyrektora ds. Syrii


 
<< Start < Prev 1 2 Next > End >>

Results 1 - 10 of 11


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.