Aktualności arrow Wyprawy arrow Tajlandia, Kambodża, Laos
Tajlandia, Kambodża, Laos
Zdjęcia z wyprawy (3.III.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Ania   
Tuesday, 03 March 2009
     Część zdjęć z wyprawy do Indochin 2009 można już oglądnąć, klikając w poniższego linka:
 
 

 
The Beach Ko Tao - prawie jak w raju (1.III.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Marcin Mika   
Sunday, 01 March 2009
     Na zakończenie naszej wyprawy po Azji południowo-wschodniej udaliśmy się na rajska wyspę – Ko Tao. Po tajsku znaczy tyle co wyspa żółwia. Ko Tao to jedna z najchętniej odwiedzanych wysp Tajlandii ze względu na niskie ceny, piękne plaże i obfitość szkół nurkowania, które serwują spragnionym podwodnych wrażeń niezapomniane spotkania z morską fauna i florą. Nam udało się namierzyć płaszczki, rekiny rafowe oraz multum kolorowych rybek. Żółwia niestety nie spotkaliśmy żadnego (może JacekG wszystkie wystraszył swoim bikini podczas wcześniejszego pobytu – przyp. Marcin M.).
 
Rybki śpią
 
     Ko Tao to idealne miejsce na zdobywanie licencji nurkowych PADI. Za połowe ceny można w kilka dni zrobić „papier” zanurzając się w ciepłym (ok. 29 C) tropikalnym oceanie. Łącząc przyjemne z pożytecznym ukończyłem 2-dniowy kurs Advanced Open Water Diver (koszt ok. 800 PLN).
 
Bungalow

     Na wyspie dominują dwie plaże. Sai Ree Beach to ponad 2 km łacha białego piachu z licznymi resortami na każdą kieszeń. Co kilka metrów inny beach bar, wymarzone miejsce dla imprezowiczów.
 
Plaże tajskie
 
Paul Belmondo

     Druga najchętniej odwiedzana plaża to Chalok Ban Kao. O wiele spokojniejsza, ale też mocno zabudowana, co niestety przekłada się na czystość wody w zatoczce. Jednego popołudnia, wracając z nurkowania z powodu odpływu musieliśmy wysiąść z łódki i podholować ją do brzegu. Wtedy zrozumiałem co jeden z instruktorów miał na myśli mówiąc: „teraz przypomnisz sobie co miałeś wczoraj na kolacje”. Myjąc zęby, idąc do łazienki „zobaczyć czy rowery stoją” czy biorąc prysznic każdy mieszkaniec wyspy zanieczyszcza te rajskie plaże. Na razie nie wygląda na to, żeby Tajowie zawracali sobie głowę rozwiązaniem tego problemu. Ciekawe tylko za ile lat piękne tajskie wyspy przestaną się reklamować jako rajskie z białym piaskiem i krystalicznie czysta wodą.
 
     Chcąc zobaczyć inne plaże i miejscówki wynajęliśmy skuter. Jak się szybko okazało, w wiele miejsc na Ko Tao nie da się dotrzeć, nie mając terenowego pojazdu. Zrezygnowaliśmy z przedzierania się przez szutrowe drogi na drugi koniec wyspy i wybraliśmy oddaloną o niecałe 2km prywatną zatoczkę Thain Og Bay (Shark Bay). Mogę śmiało polecić ten resort wielbicielom bungalowów na plaży z widokiem na palmy i piękną rafę: www.haadtien.com (z tego co widzę nie wrzucili jeszcze opisu najnowszej oferty bungalowów na samej plaży; 2 oddane w grudniu, kolejne dwa były w budowie, ok. 800 PLN za nocleg – widziałem, oglądałem, nie spałem, ale full wypas).
 
      Na kolację chodziliśmy na Grill Bar do sąsiadującego z naszymi bungalowami Budda View Resort. Krewetki, ośmiornice, langusty, homary, marliny, tuńczyki, barakudy że palce lizać i to wszystko w cenie kebaba na Grodzkiej.
     Dla tych, co lubią wykazywać większą aktywność na wakacjach niż tylko smarowanie pleców kremem, pobyt na takiej wyspie może okazać się tańszą alternatywą nawet dla Pcimia (JackaG. ulubiony resort wkrótce stanie się Mekką backpackersów, ceny skoczą w górę i koniec z miesięcznym urlopem u Czarnego Lwa). Wykupując kurs nurkowy i kilka nurkowań rekreacyjnych zapłaciliśmy 12PLN/dobę za nasz wypasiony z łazienką i wiatrakiem bungalow. http://www.sunshine-diveresort.com/ 
 
     Dobrze, że podróż po Azji nie rozpoczęliśmy od ostatniego etapu, bo zapewne z tygodnia zrobiłby się 3 tygodniowy chillout na plaży. Ogólnie życie na wyspie jest raczej przyjemne.

       Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i po 5 dniach relaksu zawinęliśmy się promem do Chumpchon, żeby pod osłoną nocy wygodnym sleeperem dotrzeć do BKK, skąd robiąc hop przez Dubai znaleźliśmy się w zimnym Frankfurcie. Po 30h podróży w końcu zamknęliśmy kółko: Poland welcome to. Szkoda tylko, że tak chłodno.
 

 
W domku na rzece Kwai (16.II.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Marcin Mika   
Monday, 16 February 2009
 
     Zadekowaliśmy się rano, po 8 h jazdy z Chiang Mai i szybkiej przesiadce w lokalnego busa do Kanchanaburi (ok. 130 km na zachód od Bangkoku) w bungalowie na rzece Kwai. Moim skromnym zdaniem jest to najbardziej klimatyczny z hosteli - Sugar Cane I Hostel (300 B shower hot) - w ciągu całej podróży (zobaczymy jak będzie na tajskich wyspach, na które już jutro w nocy ruszamy). Klimat jak z "Good morning Vietnam" Barry'ego Levisona albo raczej "Apocalypse Now" Francisa Copolli. Dokładnie tak sobie wyobrażałem Indochiny. Domek z bambusa na wodzie, ściany cienkie, że słychać rechotanie żab, leniwie obracający się wiatrak na suficie, Amerykańscy chłopcy z Marines, rozgrywający partyjkę pokera na kasę, palący lokalne fajki i popijający ciepłą whisky w mokrych podkoszulkach - wife beatters :). No dobra, koniec tego fantazjowania, tych chłopców tu nigdy nie było, to nie Sajgon. Jest natomiast cmentarz poległych więźniów wojennych (w tym brytyjskich i holenderskich żołnierzy WWII), którzy zginęli, budując sławny "Most na rzece Kwai" (kto widział film lub czytał książkę ten wie, o czym mówię). Ok. 140 000 ofiar pochłąnąła cała trasa, most za kilkaset bahtów można przekroczyć w wysypującym się turystami pociągu (tak Jacek G.nim jechal;) - (co Ty chłopie insynuujesz, ja budowałem ten most w 1964 jak wracałem z Zatoki Świń ...- przyp. JG). My natomiast przeszliśmy go pieszo. Co jakiś czas są małe balkoniki, na który należy wskoczyć i przeczekać aż turystyczny pociąg przewiezie grupę turyściaków. Krótko o moście. Wybudowany w ciągu 16 miesięcy (a nie jak zakładali inżynierowie japońscy 5 lat, może dlatego pochłonął tyle istnień), miał połączyć tajską  trakcję kolejową z Birmą. Dzięki temu okupujący płd.-wsch. Azję Japończycy chcieli stworzyć sobie możliwość inwazji Indii. Niestety (albo stety), posłużyła im bardziej do szybkiego odwrotu i ucieczki skąd przyszli.
 
     Ok. 40 min jazdy od Kanchanaburi znajduje się sławna i bardzo, bardzo chętnie odwiedzana świątynia mnichów buddyjskich, którzy przygarniają osierocone tygryski i ponoć ratują je, żeby w przyszłości wypuścić na wolność. Tego, czy je wypuszczają, nie wiemy, ale wiemy, że mnisi mają łeb do interesów (cena w ciągu roku skoczyła prawie 100% za wstęp - obecnie 500 B). Założone w 1999 roku Tiger Temple przyciąga rzesze turystów z okolicy i nawet z odległego Bangkoku, którzy za wszelką cenę chcą zapozować do zdjęcia z dorosłym okazem tygryska. My też grzecznie zabuliliśmy i mamy pikne foty z królami dżungli (yyy, a to nie lew był? - przyp. JG) - jeden się na mnie chyba szykował, bo musiał interweniować opiekun, tyci tyci i tygrysek miałby nową zabawkę w postaci kończyny górnej - faktycznie mówili, żeby głaskać po grzbiecie, a nie pod pyskiem). Jutro planujemy wypad do Erawan National Park - Seven Tired Waterfalls, podobno najlepsza miejscówka na hike i kąpiel w naturalnych basenach pod wodospadami w Tajlandii.
 
Tygrysiątka

     Prowincja Kanchanaburi jest najbliższym miejscem od BKK, gdzie można zrobić trek po dżungli albo spływ tratwą po rwącej rzece - jak to przewodniki opisuja: "nie spodziewaj się wrażeń z Indiany Jonesa". My wybraliśmy jednodniowy trek po dżungli połączony z jazdą na słoniach i wizytą u plemion Kharen, Hmong i Akha w oklicach Chiang Mai. Ania koniecznie chciała "ustrzelić" Long Neck Tribe (foty wkrótce, musimy je przekonwertować). Jest to plemię Kharen, które w czasie wojny domowej w sąsiadującej Birmie (obecny Myanmar) przewędrowało na obszar Tajlandii (oczywiście nielegalnie, co tu się dziwić, oni raczej nie dbają o wizy i paszporty). Co ciekawe, kobiety Kharen noszą pierścienie miedziane na szyi, co powoduje, że w wieku 45 lat zostają kalekami z dyskopatią szyjną, nie mogącymi żyć bez  tej protezy. Zapytałem jedną z nich, czemu tak się katują. Tradycja nakazywała wszystkim dziewczynkom w 5 roku życia zakładać pierścienie, gdyż miały one moc magiczną (chroniły przed złymi mocami i atakami dzikich zwierząt, kiedy mężczyźni przebywali poza wioską), dodatkowo upiększały kobietę, czyniąc jej szyję łabędzią. Obecnie małe dziewczynki mogą odmowic tych pierscieni.
 
Bidulinki

    W całej wiosce wypatrzyliśmy tylką jedną odważną. Problem z plemionami, nie tylko Kharen, jest taki, że przebywają na terytorium Tajlandii nielegalnie, więc nie mogą legalnie pracować. Zresztą co tu gadać, nie wyobrażam sobie przywódcy plemienia składającego Big Maki w Maku lub sprzątającego ulice. Dlatego wiele plemion w odległych terenach żyje z uprawy opium, ktore sprzedają dealerom za kilka dolarów, którzy kg czystej amfetaminy sprzedają już za milion zielonych na rynku światowym. Tajska Policja Królewska walczy z tym procederem, a widać to szczególnie dobrze na autostradach. Co chwila są patrole policyjne, przeszukujące autobusy i prywatne auta. Nawet za posiadanie jointa można pójść za kratki - a propos, Singapur ma bardzo przekonywujący sposób odstraszania od przewożenia narkotyków - znak z szubiennicą i napis "Kara Śmierci dla drug trafficers").
 
    Poza trekiem przez dżunglę (40 min na prawdę zmęczy każdego zapaleńca od przebijania się przez dżunglę w 40 stopniach, odganiając się od komarów, much, wypatrując dmuchanych anakond i pluszowych tygrysów), odbyliśmy jazdę na słoniach. Nie należy to do najwygodniejszych sposobów podróżowania (buja jak cholera). Słonie notabene to niesamowicie mądre zwierzaki. Ponoć mają fenomenalną pamięć. Udomowione bestie są spokojne i grzecznie zjadają banany z ręki, delikatnie smyrając ją. Natomaist w wildlifie to jedne z najniebezpieczniejszych zwierząt - nie bez kozery to wladcy dżungli (to jak to z tymi władcami, słonie, tigry, czy lwy panie? - przyp. JG).
 
U słoników
 
    Koniec tego bajania pomału zamykają wyjące budki karaoke (o którym będzie jeszcze w następnych relacjach, bo jest to ulubione zajęcie Tajów) i pani mnie wygania z kompa. Tak więc ide jeszcze schłodzić się tajskim Chang Beer (23:20, ok. 30 C) i spać na falach rzeki Kwai. Dobranoc.
 
U dzieciaczków

 
Tajlandia welcome to vol.2 (14.II.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 14 February 2009
    Nadajemy już z Chiang Mai. Po Laosie zostały tylko wspomnienia i puszka Beer Lao, którą na pamiątkę będę tachał do Polski:). Droga z Luang Nam Tha była miłą niespodzianką. Świeżo oddany odcinek łączący Huang Xai z Chińską Republika Ludową (oczywiście w większości sponsorowany przez Wielkiego Brata) to najlepszy asfalcik po jakim sunęliśmy do tej pory w Azji. Zero dziur, tylko czasami zerwany asfalt. Chiński sposób budowania chyba nie wziął pod uwagę, że laotański klimat odbiega trochę od tego w ich kraju, dlatego w kilku miejscach nawierzchnia spłynęła z powodu braku odpowiedniego systemu odprowadzania wody (no ale odcinek 300 km przez dżunglę wybudowali w 3 lata, ciekawe kiedy wyskoczą koleiny od przeładowanych tirów, ciągnących do Chin produkty z Płw. Malezyjskiego).Posiłkujmy się kilkoma zdjęciami Bartka:
 
Laos
 
Laos by night
 
     Po 3 h wygodnej jazdy dotarliśmy na granicę. Po przeprawieniu się czółnem z silniczkiem przez mętny Mekong zaczęły się schody. Poinformowani przez naszego polskiego informatora Jacka G. (zawiodłem, idę wyskoczyć z drugiego piętra, nie piszcie do mnie więcej - przyp. JG), że od soboty wizy do Tajlandii zostały zniesione, szliśmy w zaparte, że nie musimy wydawać kolejnych 1000 bahtów na  stempel. Powoływaliśmy się na Ministerstwo, BBC i konsulat, oczywiście pogranicznik nie dawał za wygraną. Zadzwonił notabene do swojego przełożonego, który łamanym angielskim mówił mi, że Polacy nadal potrzebują wizy (równie dobrze mógł to być jego kumpel siedzący na przeciwko w budce, za lustrem weneckim). Do końca nie wiadomo o co chodzi, bo ponoć  paru osobom udało się wjechać, nie płacąc za wizę (jak donosi www.travelbit.pl).
 
Tajska kuchnia

    Po wielkiej szopce z pogranicznikami złapaliśmy busa do Chiang Rai (do Chiang Mai odchodzi tylko rano o 8:00, potem są tylko minivany za 250 B). Bus przeszedł najśmielsze nasze oczekiwania. Miejsca na nogi było jeszcze mnniej niż w Ryanair. Za klimę robiły przykręcone do sufitu wiatraki i wymontowane połowy okien. 3-godzinne wietrzenie przyprawiło mnie o przeziębienie. W Chiang Rai zadekowaliśmy się w uroczym hosteliku, ktory przez wychodząca parę Francuzów został ochrzczony mianem "like prison". Nam przypadł do gustu komunistyczny wystrój klitki i wszechobecne jaszczurki-albinosy (dwójka z showerem bez hot water 170 B = ok 17 PLN).
 
    Rano szybko zwinęliśmy się na dworzec i busem 2nd class pojechaliśmy do Chiang Mai (132 B). Znaleźliśmy całkiem miły hostelik, w którym upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ruszcie, oddając rzeczy do prania i wykupując zorganizowany treck (niestety, z braku czasu oddajemy się w ręce komercyjnego organizatora). Co ciekawe, zarówno w Tajlandii, Kambodży czy Laosie za niecałego dolara wypiorą ci kilogram ciuchów.
 
    Jutro treck po dżungli, a teraz na Night Market. Nas nie oszyją sloganem "special price for you my friend".

 
Droga do Luang Nam Tha (12.II.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 12 February 2009
    Ostatniego dnia w Luang Prabang postanowiliśmy wstać o 5 rano, żeby zobaczyć pochód mnichów. Panuje tu taki zwyczaj, że codziennie rano mnisi chodzą po ulicach Luang Prabang i dostają jedzenie od mieszkańców (najczęściej jest to ryż owinięty w liście bambusa). Już na samym początku złapała nas jakaś kobiecina i zaproponowała, że da nam ryż, żebyśmy również mogli wziąć udział w tym wspaniałym wydarzeniu. Jak miło... W całej swojej naiwności pomyślałam, że to może być za darmo, z dobrego serca ;) Ale oczywiście tak nie było... Taka przyjemność kosztuje bagatela 100,000 KIP (jakieś 12 dolców). Szybko się stamtąd zwinęliśmy i poszliśmy w stronę centrum. Jak się okazało, mnichom nie chce się już wstawać o 5 rano i na ulicach pojawili się dopiero kolo 6:00-6:30 (chce, chce, tylko najpierw idą do gymu i na basen - przyp. JG). Wtedy już było tam więcej białasów niż samych mnichów. Swoją drogą widok dość przykry. Widziałam może ze 3-4 kobieciny, które faktycznie dawały ryż mnichom, a cała reszta opylała ten ryż niemieckim lub amerykańskim turyściakom. Mega komercha. Szybko się stamtąd zebraliśmy i pojechaliśmy na dworzec takim dziwnym wynalazkiem, co przypominał trochę motorek z przyczepką z boku (15 000 KIP). Na dworcu, ku naszej radości, okazało się, że bilety do Luang Nam Tha kosztują 65 000 KIP (7 USD). Pięknie, biura turystyczne biorą jedynie 100% prowizji...
 
KILKA ZDJĘĆ Z KOLEKCJI BARTKA PUTZA:
 
Laotańczycy
 
Laos
 
Małe Laosiki
 
    Przejazd autobusem to była prawdziwa przygoda! Asfalt szybko się skończył i jechaliśmy mega krętą drogą z gigantycznymi dziurami. Myślę, że zwykły polski samochód zostawił by zawieszenie po paru kilometrach. Kierowca pomykał całkiem szybko (80 km/h), wyprzedzał pod górę i na zakrętach, momentami serce mi stawało w gardle... Przed każdym zakrętem donośnie trąbił, ale nie wiem, czy to by nam coś pomogło przy zderzeniu z TIRem. Tak czy owak, podroż była niesamowitym przeżyciem, także jeśli chodzi o poznanie zwyczajów lokalesów. Generalnie normą jest pakowanie skórek z pomarańczy do woreczka foliowego i wyrzucanie przez okno. Co nie wyrzuci się za okno (nóż się otwiera :/ - przyp. JG), to wrzuca się na korytarz autobusu. Do tego dochodzi regularne plucie i śpiewanie laotańskich piosenek. Klimacik był niezły, ale chyba nie przeżyliśmy największego hardcore'u, bo słyszałam, ze lokalesi lubią zabierać do autobusu całą swoją trzodę chlewną i kurczaki. Tego u nas nie było.
 
Krajobrazy

    Podroż trwała jakieś 9 godzin. Koło 18 byliśmy na miejscu. Oczywiście na dworcu wszyscy proponowali nam "za drobną opłatą" podwozkę do centrum, ale my nie daliśmy się naciągnąć (w końcu Lonely Planet mówił, że do centrum jest niecałe 500m) i poszliśmy pieszo. Idziemy, idziemy i... nic. Jakieś chatki bambusowe, kilkoro bawiących się dzieci. Generalnie Zadupin Dolny (to koło Pcimia Górnego jesteście?? - przyp. JG). Ja oczywiście wielka radość, że znaleźliśmy się na takim odludziu, bez białasów. Niestety radość była krotka, bo szybko zorientowaliśmy się, że raczej nie jesteśmy tam, gdzie byśmy chcieli. Jakiś miły gość powiedział nam, że do Luang Nam Tha jeszcze 10 km. Zaczęło się robić ciemno, wiec postanowiliśmy złapać jakiegoś tuk-tuka. O darmowym stopie w Laosie zapomnij! Każdy chce od Ciebie kasę. Chyba wydaje im się, że każdy biały jest milionerem i trzeba z niego wydusić ile się da. W końcu, po złapaniu piętnastego z kolei tuk-tuka zdecydowaliśmy się pojechać za 20 000 KIP. Nie rozumiem, czemu nie chcieli nas wziac za mniej - i tak każdy jechał w tamtą stronę. Koniec końców, znaleźliśmy się w hostelu (60 000 KIP za noc). Jest ciepła woda, czysta pościel - przybytek luksusu jak na te warunki ;) Wieczorem wybraliśmy się na night market zjeść coś w końcu, bo od śniadania o 7 rano nic nie jedliśmy. Zamówiliśmy przepyszną zupę (7 000 KIP) z jakimiś warzywami i mięsem mielonym. Pycha. Muszę się dowiedzieć jak się nazywa, bo zapomniałam sprawdzić. Do tego na deser banany prażone w cieście (1 000 KIP) - też rewelacja.I tak skończył się nasz pierwszy dzień w Luang Nam Tha - dużo nie zobaczyliśmy.
 
    Dzisiaj postanowiliśmy nadrobić zaległości, wypożyczyliśmy dwa rowery (Marcin chciał motor, ale ja chciałam być ekologiczna, rower na dzień - 10 000 KIP) i pojechaliśmy zobaczyć okoliczne wioski i wodospad. I to jest chyba właśnie prawdziwy Laos! Ludzie są mili, uśmiechnięci. Przez cała drogę dzieci machały do nas i krzyczały "Sabadee" ("Witaj"). Chętnie tez pozowały do zdjęć. Generalnie atmosfera bardzo miła. Turystyczne miejsca są zepsute przez bogatych amerykanów, którzy opróżniają tu swoje portfele w trybie natychmiastowym. Natomiast w małych wioskach jest zupełnie inaczej. Myślę, że jeśli jeszcze kiedyś uda mi się przyjechać do Laosu, wybiorę się na największe zadupie.

    Teraz mamy mała sjestę, bo słoneczko mocno przygrzewa, natomiast po południu wybieramy się zwiedzić okoliczne świątynie, zobaczyć jak produkuje się jedwab i sprawdzić kiedy i za ile odjeżdża jutrzejszy bus do Huay Xai. Może uda nam się też dojechać do plemion Akkha, ale nie wiem jeszcze jak to jest daleko. Zobaczymy ;)

 


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.