Aktualności arrow Wyprawy arrow Turcja (by Ania)
Turcja (by Ania)
Pamukkale (17.VIII.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Monday, 17 August 2009

PIĄTEK & SOBOTA

    Żeby nie było, że tylko leżę na plaży i nic nie robię, to chciałam się pochwalić, że dziś rozwiązałam kolejną teorię spiskową. Otóż wybrałam się dziś na dworzec w celu zakupienia biletu autobusowego z Kemer do Pamukkale (30TL!!! oni mnie wykończą) i co się okazało? Otóż Pan za biurkiem miał sobie zwyczajny komputerek ze zwyczajnym programem do rezerwowania miejsc w autobusie. Ale czy aby na pewno takim zwyczajnym? :) Otóż nie! W Turcji jest przepis, że nie wolno sprzedawać sąsiednich miejsc siedzących kobietom i meżczyznom, którzy nie są małżeństwem (ewentualnie rodzeństwem). Oo! Myślałam, że takie rzeczy to tylko w super konserwatywnych muzułmańskich krajach, a tu takie zaskoczenie. Oczywiście system ma swoje wady i zalety. Niewątpliwą zaletą jest to, że nie przysiądzie się do Ciebie obleśny gruby Turas z brudnymi łapskami i nie zacznie Cię obmacywać w środku nocy. Jednak główną wadą jest to, że kobiety rzadko podróżują same. Znacznie częściej z piątką lub szóstką dzieciaków i w efekcie gnieciecie się w siedem osób na dwóch fotelach :D Czad! Tak właśnie miałam na trasie Kemer-Pamukkale. Dzieciaki oczywiście nie potrafią usiedzieć sześciu godzin na dupie więc szaleją cały czas, wylewając na ciebie napoje i rozsmarowując czekoladę na twoich świeżo wypranych spodniach :P Muszę przyznać, że z radością wysiadłam z tego autobusu. I obiecałam sobie, że to ostatni raz! Do Istambułu jadę pociągiem. Dlatego też pierwszym miejscem jakie postanowiłam odwiedzić był dworzec kolejowy. Niestety, miła pani z okienka uraczyła mnie informacją, że linia kolejowa na trasie Pamukkale-Istambuł została właśnie rozebrana :D Czad... Turcy maja może 3-4 linie kolejowe i nawet ich nie potrafią utrzymać. No nic.. z bólem serca kupiłam bilet autobusowy do Istambułu (12 godzin męczarni). Jedynym pocieszeniem jest fakt, że zapłaciłam za niego tylko 45 TL, podczas gdy we wszystkich innych biurach kosztował 60TL. Mam nadzieję, że autobus będzie miał wszystkie koła na miejscu...
 
Pamukkale

   No ale dość o autobusach. Na dworcu złapał mnie jakiś koleś i zaoferował hostel za jedyne 10 TL ze śniadaniem. Nie zastanawiając się w ogóle, od razu się zgodziłam, bo najtańsze hostele w LP oscylowały w okolicach 15-20 TL. A koleś obiecał darmowy Internet, basen i pyszne śniadanko. Na miejscu okazało się, że zapomniał wspomnieć, że w basenie nie ma wody. No ale cóż, jakoś specjalnie mi na tym nie zależało :). Poza tym znowu trafiłam do hostelu z Japończykami :/ Na prawdę nie ogarniam tych ludzi. Chyba nigdy mnie nie przestaną zadziwiać. Dziś jeden z nich wyciągnął z plecaka nadmuchiwaną wanienkę, nadmuchał ją, nalał wody i zrobił sobie w niej pranie na środku pokoju :/ Poza tym zamiast kosmetyczek używają Tupperware'ów (tych plastikowych boxów do przechowywania żywności) WTF? No ogólnie są dziwni, nie ma co się rozpisywać. Jedyne co mają dobre, to przewodniki po Turcji. Muszę do przyszłych wakacji opanować japoński :D. We wszystkich miejscach mają namiary na hostele w przedziale 5-10TL :) Niestety tym razem autorzy LP dali ciala i zamieścili hostele w przedziale cenowym 15-25TL, z czego większość z nich już zdąrzyła podnieść ceny od ostatniego wydania...

Fajnie tu jest

    Ok, koniec o Japończykach! Szybki prysznic i ruszamy na zwiedzanie, bo strasznie się ostatnio rozleniwiłam przez tą plażę :P Oczywiście od samego początku nie miałam najmniejszego zamiaru płacić złodziejskiego haraczu wysokości 20 TL za wstęp do basenów wapiennych i Hierapolis. Szybko wyczaiłam boczną ścieżkę, która omijała główne wejście z kasą. Niestety, ścieżka była chyba dość często uczęszczana, bo po paru minutach zostałam namierzona przez strażnika z lornetką. Oczywiście zerżnęłam głupa, że myślałam, że to normalne wejście i oczywiście nie miałam pojęcia o żadnym bilecie oraz obiecałam grzecznie pomaszerować z powrotem do kasy w celu zakupu biletu. Jednak kiedy tylko strażnik się odwrócił, schowałam się za najbliższym krzakiem. Nie musiałam długo czekać, bo na szczęście świat jest pełen Polaków, którzy nie lubią uiszczać opłat za wstęp, więc strażnik miał pełne ręce roboty :P Kiedy tylko zabrał się do wyjaśniania następnej parze konieczności zakupu biletu wychyliłam się zza krzaczka i jak gdyby nigdy nic czmychnęłam mu za plecami :) Ahh jednak te godziny grania w Commandosa się na coś przydały :D

Spoko

    Pamukkale to dość dziwne miejsce. Nie wiem do czego można je porównać. Sami zobaczycie na zdjęciach :) Droga z miasta do Hierapolis prowadzi przez baseny wapienne, wypełnione ciepłą wodą. Oczywiście cała trasa jest zawalona tysiącami turystów, więc człowiek idąc na górę czuje się jakby brał udział w jakiejś pielgrzymce. Aczkolwiek mimo to przyjemnie zrobić sobie peeling stop chodząc boso po wapiennych skałach, bo są bardzo miłe w dotyku. Na końcu trasy mamy piękny widoczek z panoramą na Pamukkale i dalej zaczyna sie Hierapolis - dawne greckie miasto-spa. Nie znam się specjalnie na archeologii, ale jak na mój gust jest dość dobrze zachowane. Po prawej mamy całkiem pokaźny amfiteatr (nawet niektore rzeźby ze sceny zachowały się do dziś). Oprócz tego starożytny basen z naturalną wodą termalną (wstęp oczywiście 20 TL :P) oraz agorę i ruiny kilku mniejszych i większych świątyń. Ogólnie przyjemny spacerek, zwłaszcza, że dotarłam tam późnym popołudniem, więc słońce nie grzało już tak mocno. W drodze powrotnej czekała mnie jeszcze jedna misja, bo okazało się, że przy wyjściu strażnicy również sprawdzają bilety. Więc musiałam ewakuować się znów boczną ścieżką. Na szczęście tym razem nikt już nie zauwazył, bo zaczęło się robić dość ciemno...
 
Turcja

Amfiteatr
 
Turcja

 
Życie na ALL INCLUSIVE (15.VIII.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 15 August 2009

PONIEDZIAŁEK

    Jazda nocnym autobusem w Turcji to koszmar. Robię to tylko po to, żeby zaoszczędzić na noclegach (bo ceny samego przejazdu są i tak już powalające - 45 TL za przejazd Goreme - Antalya). Autobus zatrzymuje się średnio co godzinę, żeby każdy mógł się wysikać, bo oczywiście toaleta w autobusie jest nieczynna (nikomu się nie chce potem sprzątać) no i strasznie mało miejsca, więc nad ranem człowiek wychodzi z tego autobusu jako jeden wielki pokurcz.
 
    Tak czy inaczej na dworcu w Antalyi spotkała mnie miła niespodzianka :) Otóż będąc w Kapadocji kupiłam bilet do Antalyi (i zapłaciłam za bilet do Antalyi), tymczasem gość, który wypisywał bilet pomylił się i wypisał bilet do Olymposa. Czyli jestem 10 TL do przodu. W dobrym humorze przesiadłam się do busa jadącego nad morze :)
 
Olympos

   Olympos to niesamowita miejscówka. Tak wyluzowanego miejsca to jeszcze nigdy nie widziałam. Atmosfera przypomina trochę tą panującą na Półwyspie Helskim, a do tego dochodzi niesamowita lokalizacja pośród gór i ruin Olymposu. Zakwaterowałam się w niesamowitym hostelu z domkami na drzewach. Miejsce w dormie ze śniadaniem i obiadokolacją (rewelacyjne jedzonko) jedynie 25 TL - pierwsza taka cena w Turcji. 
 
Koleżanki

   W dormie poznałam dwie fajne laski (wow! wreszcie mam jakieś koleżanki - Jacek nie będzie narzekał -> JG: Dobrze, że masz koleżanki, za dużo z mężczyznami przebywasz, nie rozumiem co moja osoba ma tu do rzeczy ;)), Roxanne z Kanady i Annę z Rosji. Ogólnie co tu dużo pisać :). Miałyśmy iść zwiedzać ruiny Olymposu, ale było zdecydowanie za gorąco, więc jak to laski przeleżałyśmy cały dzień na plaży :P No a wieczorem imprezka. Olympos po zmroku po prostu tętni życiem.. w każdym hostelu, w każdym barze jest jakaś impreza :)
 
Turcja

    Po powrocie do dormu odkryłyśmy, że wprowadziło się do nas 3 dość mocno rozrywkowych Włochów. Chłopaki chyba dość mocno popiły tego wieczoru, bo około trzeciej nad ranem urządzili sobie pościg za kurczakiem, robiąc przy tym niesamowicie dużo hałasu.
 

WTOREK

    Dla tych co śledzą wątek miłosny tej wyprawy - ważna informacja. Ślubu z Hakanem raczej nie będzie. Cały czas odwleka termin przyjazdu do Antalyi.. tak więc zostaje jeszcze jeden dzień w Olymposie. W sumie jest mi to na rękę, bo dobrze się bawimy z dziewczynami :) Zapoznałyśmy już prawie wszystkich z naszego hostelu no i podbijamy plażę ;) Cały czas świetna pogoda!
 
Pięknie
 
    Pod wieczór Hakan w końcu odpisał, że jutro przyjeżdża nad morze, ale jak się okazało nie ma domku w Antalyi tylko w Kemer. W sumie to nawet lepiej. Lepsze plaże, mała miejscowość. Nie widzę potrzeby tłuc się do Antalyi.
 

ŚRODA

    Po rewelacyjnym śniadanku, pożegnałam się z dziewczynami (a w ogóle Roxanne mieszka jeszcze 2 miesiące w Istambule, więc umówiłam się z nią na poniedziałek na podbój miasta i może jakiś mały shopping jeśli mi w ogóle jakaś kasa zostanie) i wpakowałam się do busa do Kemer. Kemer jako turystyczna miejscowość prezentuje się nienajgorzej. Oczywiście nie ma takiego klimatu jak Olympos, bo głównie przeważają tu ruscy turyści z bransoletkami all-inclusive, ale nie jest źle :) Hakan ma fajny domek nad samym morzem. Oprócz niego jest jeszcze jego brat z kumplem.
 
Co to za Araby?

    Musze przyznać, że mieszkanie pod jednym dachem z trzema facetami jest dość osobliwym przeżyciem. Ogólnie jeśli coś spadnie na podłogę, to już tam zostaje, bo faceci nie znają takiego pojęcia jak mop czy szmata do podłogi. Mimo iż zaoferowałam się, że chętnie coś ugotuję na obiad, to chłopaki stwierdziły, że nie ma potrzeby nadwerężać kuchenki i zaserwowali mi parówki w sosie pomidorowym.. ble :P Mimo że przyjechali dopiero dziś to i tak mieszkanie wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun i wszędzie walają się puszki od piwa :) Nie wiem czy wytrzymam do soboty.
 
    Późnym wieczorem chłopaki postanowili mnie zabrać na 'imprezę życia'. W sumie muszę przyznać, że nie mylili się, bo tak wielkiego klubu nie widziałam nigdy w życiu! Wielkość mniej więcej stadionu piłkarskiego (no może nie aż takiego jak w Monachium, ale tak jak ten Wisły w Krakowie ;) ). Wstęp 25 TL (o matko) - na szczęście Hakan rządzi w Kemer i weszliśmy za darmo. A co w środkui Czego tam nie było... Światła - kolorowe, stroboskopy, migające, przygaszone, do tego sztuczne ognie, sztuczny dym, sztuczne laski... hehe.. stop.. laski były akurat prawdziwe i tańczyły na rurkach i w klatkach, robiąc striptiz przy okazji... ;) Ogólnie dużo szumu, głośnej muzyki i cała masa ruskich... Jedyny minus - małe piwo 20 TL. Wróciliśmy dopiero nad ranem.. i po prostu padłam na ryj :)
 

CZWARTEK

    Ogólnie niewiele się dzieje... Cały dzień spędzamy z chłopakami na plaży. O ile w moim przypadku to jest uzasadnione (Marcin mi się kazał opalać :P), to nie wiem jak faceci mogą tyle godzin wytrzymać leżąc na leżaku... Po południu pogoda zaczęła się trochę psuć, dużo chmur i nawet trochę deszcz popaduje.. Dziś wybieram się na dworzec i muszę się zorientować kiedy mam autobus do Pamukale. Planuję wyjechać albo w piątek w nocy albo w sobotę z samego rana... Yh, jak ja wytrzymam jeszcze jeden dzień na plaży :)
 
Turcja daje radę

 
Druga Japonia. Tym razem w Turcji (14.VIII.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Friday, 14 August 2009
NIEDZIELA
   
   Ostatni dzien w Kapadocji. Postanowiłam wybrać się do Uchisaru (jakieś 45 minut spacerkiem od Goreme). Na moje nieszczęście (jak się potem okazało) przypałętała się do mnie w połowie drogi Japonka. Mowię, że na nieszczęście, bo z moich trzydniowych obserwacji wynika, że Japończycy przynoszą pecha. OK.. raz mógł to być przypadek, drugi raz też przebolałam, ale za trzecim razem doszłam do wniosku, że nad tym narodem musi ciążyć jakieś fatum. Nie wiem jak udało im się przetrwać do tej pory!
 
    Ogólnie Japończycy nie wykazują choćby minimalnych zdolności nawigacyjnych, tak więc czają się po drodze na innych turystów, żeby ich łaskawie przygarnąć i pokazać im trochę świata, sprowadzając przy okazji na innych turystów całą masę nieszczęść. No ale do rzeczy. Sam Uchisar wygląda jak małe miasteczko w południowej Francji. Ładne francuskie domki, bagietki i cała masa żabojadów w beretach. Wszystko zadbane, wypicowane, ogólnie cud miód i orzeszki.
 
    Po drodze do zamku zaczepiła nas jakaś babuszka, wyglądająca z okna i zaprosiła do siebie do domu. Byłam bardzo mile zaskoczona, bo od opuszczenia Gruzji takie coś mi się nie zdarzyło. Kobitka pokazała nam swój dom (wykuty w skale oczywiście) i poczęstowała herbatką. Wszystko było by cudnie, gdyby na koniec nie wyszła turecka mentalność. Ogólnie jeśli ktoś Cię zaczepia w Turcji, to możesz być pewien, że chce ci coś sprzedać :) Tak było i tym razem (niestety, herbatka uśpiła moją czujność). Babuszka zaoferowała nam chusty, koronkowe serwetki i tonę innego badziewia. Nie było łatwo się wymigać, bo poubierała mnie w te wszystkie szmaty i nie mogłam się spod nich wydostać :P W końcu poszła po coś specjalnego i wtedy korzystając z chwili nieuwagi postanowiliśmy się ewakuować :) Uff.. nie zauważyła nas.
 
Babuszka
 
    Zamek w Uchisarze też robi wrażenie. Można powiedzieć, że jest taka wisieńką na torcie Uchisaru. Wykuty w skale na samym czubku wzgórza, widoczny ze wszystkich okolicznych miejscowości w promieniu 50 kilometrów. Ktoś, kto to zrobił, wykonał kawał niezłej roboty, mnóstwo korytarzyków, sal, niesamowite, że to się jeszcze nie zawaliło, bo góra wygląda teraz jak ser szwajcarski :).Szkoda, że nie mam przy sobie aparatu, bo mam kilka świetnych zdjęć z tego miejsca!
 
Zamek

    Po zwiedzeniu zamku postanowiliśmy wrócić do Goreme przez Pigeon Valley. Nazwa pochodzi stąd, że w tej dolinie jest mnóstwo domków ze specjalnymi otworkami do zbierania odchodów gołębi. Mieszkańcy wykorzystywali je do nawożenia pól. Podobno najwyższej klasy nawóz :P No i właśnie tu zaczęły się wszystkie moje nieszczęścia, wynikające z podróżowania z Japonką :P. Mimo że droga z Uchisaru do Goreme przez dolinę jest tylko jedna, udało nam się zgubić już po 15 minutach, bo Japonka, jak to Japonka musiała wszystko obfotografować, zbaczając przy okazji z trasy.
 
Kapadocja

    W końcu po pół godzinie łażenia w kółko natknęłyśmy się na jakieś babuszki zbierające jabłka. Uwaga.. nigdy nie pytajcie się miejscowych Turków o trasę! Oni na każde pytanie odpowiadają 'Yes, yes'. W ten oto sposób dotarłyśmy do kilkudziesięcio- metrowej przepaści (a niby ta droga miała prowadzić do Goreme). Japonka oczywiście wykazywała ogromny entuzjazm do pokonania tej przepaści, ale stwierdziłam, że mając ją za towarzysza podróży mam jak w banku, że się poślizgnę i spadnę na dół :)
 
Kapadocja

    Tak więc zostawiłam ją samą (jakby za parę miesięcy mówili, że znaleźli jakieś zwłoki w wąwozie nie daleko Goreme, to pewnie ona) i postanowiłam sama znaleźć trasę. Czas grał na moją niekorzyść, bo o 22 miałam kupiony bilet na autobus do Antalyi, a już zaczynało robić się ciemno. Na szczęście po pozbyciu się z teamu Japończyka szczęście usmiechnęło się do mnie i po 20 minutach byłam już na głównej drodze do Goreme. Słowo daję... jak jeszcze raz zobaczę jakiegoś Japończyka, to uciekam.

 
Kapadocja (10.VIII.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Monday, 10 August 2009
    Ostanio nie dzieje się jakoś nic specjalnie ciekawego... żadnych starć z dzikimi psami, o dziwo nikt nie próbuje mnie oszukać. Po prostu sielanka ;) Wynika to głównie z faktu, że moje poparzone plecy nie pozwalają założyć na siebie plecaka, a co za tym idzie wyruszyć w jakąś dalszą wyprawę. Tak więc przeprowadzam rekonwalescencję na basenie, a popołudniami, kiedy słońce już tak nie grzeje wyruszam na rekonesans okolicy.
 
Hostel u Anii

PIĄTEK
 
   Właśnie w ramach takiego rekonesansu postanowiliśmy się z Maki i Mattem (ten gość z Australii, który podróżuje już rok po świecie) wybrać na wycieczkę do podziemnego miasta. Tego typu miast jest kilka w Kapadocji. Wynika to z faktu, że stanowią one idealne schronienie przed upałem oraz skały tu są na tyle łatwe w obróbce, że z łatwościa można drążyć długie korytarze. Koniec końców postanowiliśmy się wybrać do miasta Kaymakli (50 km od Goreme), po konsultacji z mieszkającą tu już miesiąc Holenderką.
 
Tunele Czu Czi

   Wow! To naprawdę robi wrażenie! Tysiące wąskich korytarzy, różne rodzaje pomieszczeń (sypialnie, kuchnie, magazyny, pomieszczenia publiczne, a nawet stajnie!) i wszystko wykute w skale. Kaymakli ma aż 8 poziomów. Schodząc w dół coraz ciężej się oddycha, bo w środku jest cała masa turystów, a nikt nie raczył zainwestować w żaden system wentylacyjny - jest tylko ten, który został wykuty w skale przez pierwotnych mieszkańców. Musi wystarczyć, w końcu kiedyś mieszkało tu 3 000 ludzi.
 
Podziemne miasta

   Pomieszczenia są generalnie dość spore, ale prowadzące do nich korytarzyki mogą niejednego przyprawić o klaustrofobię. Czasem jest tak ciasno, że człowiek nawet nie może się obrócić. Moim zdaniem podziemne miasto robi wrażenie i było warte tych 15 lirów. W przeciwieństwie do Goreme Open Air Museum, gdzie życzą sobie podobną stawkę w zamian za możliwość obejrzenia kilku kamieni (na szczęście tam nie poszłam).
 
   Dzien zakończyliśmy na pobliskim wzgórzu, podziwiając niesamowity zachód słońca nad Kapadocją.
 
SOBOTA
 
   Dziś nie udało mi się nikogo wyciągnąć z hostelu. Boże, jacy Ci ludzie są leniwi! Generalnie nie ma tu prawdziwych backpackersów. No jest jeden koleś, który wybiera się do Gruzji, Azerbejdżanu i Iranu, ale poza nim są same lasencje z Australii, które przytargały ze sobą kosmetyczki wielkości mojego plecaka i głównie spędzają czas w okolicznych knajpkach i sklepach z rupieciami.
 
Rose Valley

   Tak więc dziś postanowiłam sama wyruszyć na podbój Rose Valley (bo okazało się, że w czwartek jednak nie dotarłyśmy do Rose Valley, tylko do jakiejś innej doliny). Ogólnie chodzenie po dolinach Kapadocji nie jest łatwe z dwóch powodów. Po pierwsze: skały są dość mocno wyślizgane i w dodatku pokryte cienką warstwą piasku o właściwościach mocno poślizgowych. A po drugie: szybko można się zorientować, ze znaki typu 'Rose Valley 1km' wcale nie prowadzą do Rose Valley, tylko do okolicznych knajpek wykutych w skałach. Chyba przez 2 godziny krążyłam w kółko pomiędzy tymi knajpkami, aż w końcu zdecydowałam się zaufać własnym zdolnościom nawigacyjnym i poszłam inną drogą.
 
Rose

   Swoją drogą te knajpki są niesamowie. Położone w tak odległych, trudno dostepnych miejscach, gdzie nie da się dojechać żadnym pojazdem. Zastanawiam się jak właściciele donoszą tam towar. No i nic dziwnego, że mała butelka wody mineralnej kosztuje 10 zł.
 
   W końcu po 3 godzinach udało mi się dotrzec do Rose Valley. Warto było, bo widoki przepiękne, w dodatku byłam całkiem sama - zero turystów, no i pogoda stawała się coraz bardziej przyjemna, bo zbliżał się zachód słońca. W drodze powrotnej zahaczyłam jeszcze o taką jedną miejscowość, której nazwy niestety nie jestem w stanie wymówić, a tym bardziej napisać. Coś na C... Ale w sumie poza skałami i paroma kościołami nie było tam nic wartego uwagi...
 
Kapadocja
 

 
Kanikuły (8.VIII.2009) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Friday, 07 August 2009
CZWARTEK    
 
   Z samego rana po przyjeździe do Kayseri spotkałyśmy się z Maki z typowym tureckim zachowaniem. Czyli namotać jak najwięcej, żeby nikt nie wiedział o co chodzi i wyciągnąć jak najwięcej kasy. Próbowałyśmy znaleźć jakoś busa do Goreme (niby mała mieścina, ale jest to serce Kapadocji i mekka wszystkich backpackersów). Oczywiście najpierw każdy napotkany Turas twierdził, że nie ma busów do Goreme, ale że jak wsiądziemy do innego, to potem możemy się przesiąść, będzie to trwało 2 razy dłużej i oczywiście zapłacimy 2 razy więcej :P. W końcu udało nam się znaleźć kogoś, kto sprzedawał bilety do Goreme za 10 TL i to w dodatku dopiero za 3 godziny. Masakra... pół godziny drogi i 20 zeta... Nie kupiłyśmy. W końcu znalazł się jakiś lovelas który zaoferował nam bilety za 7 TL i odjazd miał być za 15 min. Ok... niech mu będzie. W końcu zaczęła się cywilizacja to i ceny musiały skoczyć.
 
    Oczywiście po 15 minutach żaden bus po nas nie przyjechał. Po 30 też nie... Natomiast pojawił się łaskawie owy lowelas komentując to słowami: "We have a problem...". Nie, to ty masz problem koleś, oddawaj kasę, albo idziemy na policję. Policja poskutkowała i łaskawie oddał nam kasę. Cudem zdążyłyśmy na odjeżdżającego busa, niestety już za 10 lira.
 
Goreme

    Wszystkie te męczarnie na dworcu wynagrodziły nam niesamowite widoki w Goreme. Nie przesadzę mówiąc, że krajobraz wygląda jak z bajki ;) Setki skalnych domków, tzw. 'fairy chimneys', w różnych odcieniach... białe, miodowe, niektóre w odcieniach różu i szarości. Coś pięknego, takich kolorów nie ma nawet Wadi Rum. Ta niesamowita rożnorodność barw bierze się z tego, że różne skały pochodzą z różnych erupcji wulkanów. Niektóre skały są tak białe, że wygląda to z daleka jakby było pokryte śniegiem, a przecież mamy tu ponad 40 stopni.
 
Kapadocja

    Znalazłyśmy z Maki super hostel. Przede wszystkim super tani jak na warunki tureckie - 15 TL ze śniadaniem. Poza tym hostel jest niesamowicie klimatyczny. Pokoje są wydrażone w skałach, takie jakby groty. Do tego na dachu mamy basen, który bardzo przydaje się w obecnych temperaturach. No i jest darmowy Internet, a więc i szansa, że relacje będą częściej (o ile Jacek i jego skrypt wyrobią z transformacją i na i). Hostel jest w samym centrum Goreme i nazywa się Shoe String Cave.
 
   Koło 11 wybrałyśmy się pofocić trochę okolicę. Maki też jest zapaloną fotografką ;) Najpierw oglądnełyśmy panoramę miasteczka z pobliskiego wzgórza, a potem wybrałyśmy się na spacer do Rose Valley. Nazwa bierze się właśnie stąd, że wszystkie skały w tej dolinie są różowe. Niestety po naszej wycieczce jeszcze jedna rzecz była strasznie różowa, a mianowicie moje plecy :P. Zapomniałam kremu z filtrem, a słońce nieźle tu grzeje, więc wyglądam teraz jak prosiak pieczony na ruszcie. Resztę dnia spędziłam chłodząc się w hostelowym basenie, zapoznając się z okoliczną ekipą. Mamy dość mocny team Australijczyków. Jeden z nich podróżuje juz prawie rok (respect!), pozatym jest paru Włochów i Francuzów. 
 
Czas tu płynie błogo

    Jutro wybieramy się razem do podziemnego miasta Kaymakli lub Derinkuyu. Muszę się gdzieś schować przed słońcem, bo moje plecy czegoś takiego drugi raz nie przeżyją. I tak myslę, że do niedzieli plecaka na plecy nie włożę ;) Tak więc na razie koniec przygód. Przez najbliższe 3 dni jestem zwykłym turystą, leżącym dupą do góry nad basenem.
 

 


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.