Etiopia
To już jest koniec! (17.III.2011) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 17 March 2011

Niedziela - Krokodyle i hipki z Nechisar Park

    Nechisar National Park to kolejny stop na naszej trasie południowej. Park jest oddalony od Arba Minch o kilka kilometrów. Zamieszkują go plemiona Kori i Guji Oromo. Ze względu na ich roszczeniową postawę - czasem zabierają turystom pieniądze i inne wartościowe przedmioty - władze parku narzuciły obowiązek wynajęcia skauta z karabinem i przewodnika. Drogi w parku są prawdziwym wyzwaniem dla 4x4, dlatego zdecydowaliśmy się na drugą opcję zwiedzania - rejs łódką motorową po jeziorze Chamo. Rocznie dociera tu około 1500 osób (5 dziennie? coś ściemniasz :) - przyp. JG), przez co park nie jest tak skomercjalizowany jak np. Góry Siemen. Niestety  jest i druga strona medalu. Przez niski budżet oraz małe zainteresowanie władz stolicy losami parku, tubylcy systematycznie zmniejszają liczbę gatunków dużych zwierząt. Z łódki mogliśmy podziwiać piękne okazy krokodyli i hipopotamów (na wyciągnięcie reki). Te pierwsze leniwie wygrzewają się w słońcu i nic sobie nie robią z przechadzających się obok marabutów - widocznie głodem nie handlują. Hipki w stadach z małymi pluskają się w płytkiej wodzie. Podpływając bliżej zauważyliśmy jak samce momentalnie ruszają w stronę łodzi, żeby odwrócić uwage od młodych ktore sa bliżej brzegu. Miejscowi rybacy czują duży respekt do hipopotamów. Podobno jednym trąceniem przewracają one 10-cio osobową łódkę, reszty dopełniają krokodyle.

   Wracając do Addis zatrzymaliśmy się na śniadanie w Sodo. Tutaj spróbowaliśmy po raz pierwszy etiopskiego śniadania (po złych doświadczeniach z kuchnią etiopską nie odważyliśmy się tego zrobić wcześniej :P). Special foul to pasta z fasoli pomieszana z jajkiem i przyprawami, podawana z pomidorami, ostrymi papryczkami i cebulą. Palce lizać - numer jeden wśród potraw kuchni etiopskiej. Dzięki tej potrawie nasze zdanie o kuchni etiopskiej uległo diametralnej poprawie. Do tego świeże soczki z mango, papaji , awokado i guaw  (Ania naraz wypija po 4).

Podsumowanie:


   Pętle południową zamknęliśmy w 6 dni - krócej już się nie da. Dla tych, co chcą to robić całkowicie na własną rękę (tj. stopem lub lokalnymi busami) polecam zarezerwować ponad 2 tygodnie. Celem dotarcia do plemion i tak trzeba podłączyć się pod kogoś z 4x4, bo nic innego tam nie jeździ. Zwykle biura pośredniczące w wynajęciu 4x4 wraz z kierowcą mają 10-cio lub 8-mio dniowe programy. Zobaczyliśmy wszystko, to co planowaliśmy. Śmiało mozemy polecać innym naszego organizatora Adimasu Tours (lub Lights of Ethiopia), którego biuro znajduje się w hotelu Taitu (hotel równiez wart jest polecenia) - pytajcie o Aiu - kierowcę i przewodnika w jednej osobie.

    Jeśli trasa północna to tzw Ethiopian Highlights, tak południe to kwintesencja Afryki. Dzikie plemiona, powoli cywilizowane i niestety "psute" przez bialych przybyszów, piękno afrykańskiej przyrody i odległość od prawdziwej cywilizacji, nadają niepowtarzalnego klimatu. Budowa drogi asfaltowej do Turmi (miejsca wypadowego do plemion) będzie miała ogromny wpływ na rozwój turystyki i może zmienić życie rdzennych mieszkańców nie do poznania. Myślę, ze w odstępie 5-10 lat widok hammer dude'a na motocyklu czy anten na dachach lepianek może stać się nieodłącznym elementem afrykańskiego buszu. Jedźcie póki czas! :)


 
Na południu Etiopii (15.III.2011) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 15 March 2011
Środa, czwartek, piątek - Hangin' out with tribal dudes - południe, plemiona, party i czat

    Udało nam się skompletować grupkę backpackersów na eksplorację południowych plemion. Jedzie z nami moja młodsza koleżanka po fachu, a raczej studiach - Alison, do tego dwóch kolesi z Kalifornii, social workers z Long Beach, LA - Jessie i Justin - musimy przyznać, że dawno nie uśmialiśmy się tak jak w ich towarzystwie, próbując lokalnego i legalnego dopalacza, tzw. czatu. Czat to roślina o rozmiarach małej brzozy, której małe liście, przeżuwane odpowiednio długo, dają uczucie podobne jak amfetamina. Z tym, że trzeba to zielstwo rzuć jak krowa przez 4h, żeby doznać 5-cio minutowego kopa. Tak czy inaczej, więcej śmiechu było przy czatowaniu, niż jakiegoś efektu. Po drodze mijaliśmy ogromne plantacje bananowców (5 kg bananów = 1,8 pln - czy można chcieć czegoś więcej? ) -> (Marcinie drogi, można chcieć od życia czegoś więcej niż bananów - przyp. JG), położone w dolinach wokoło jezior  Abaya i Chamo. Południe to o wiele cieplejsza część Etiopii, bliżej Równika, ale też na niższszej wysokości (1300 m n.p.m). Arba Minch, gdzie nocowaliśmy, otoczone jest przez trzytysięczniki - widoczki jak z pocztówki z Pcimia. Przez wzgląd na sąsiedztwo jezior skusiliśmy się na smażoną tilapię - tym razem nie były to kawałki jak paluszki kapitana iglo, tylko całe ryby podane na stojaku z papryczką w pyszczku. Wyśmienite i doskonałe - jakby to ujął prof. Pakulski z Hobart , Tasmanii - vide relacja z Australii.
 
czat

     Kolejne dni tj. czwartek i piątek, poświęciliśmy na odwiedzenie plemion i jak to ujął Justin - kopia Zack'a Galifinakas'a z "Kac Vegas" i "Due date" - Hangin' out with tribal dudes (bujanie się z plemiennymi ziomkami. W downtown Turmi (około 100 mieszkańców, baza wypadowa do plemion) zamieszkaliśmy na dwa dni w lepiankach pokrytych blachą, których jedynym meblem na wyposażeniu było łóżko. Na podłodze zamiast deski barlineckiej lekko pomalowana wylewka, na ścianie lokalny barwnik z jakiego kaktusa, pomieszany z wodą w gliną, blaszane okienko i drzwi zamykane na zasuwkę - prostota i funkcjonalność, motto dla tych, co urządzają swoje mieszkania, domy, wille i inne gniazdka. Prysznic to beczka wody za domem umocowana na rusztowaniu z pociągniętą do małej komórki rurą. Kibelek standard: dziura w ziemi otoczona giętą blachą celem zapewnienia intymności. Luksus to może nie jest, ale za 10 PLN za dwójkę na zadupiu, gdzie prąd pochodzi z generatora, a do większej miejscowości jest 8h jazdy po wertepach, trudniej o droższą i lepszą alternatywę. No chyba, że wycieczki z naszym kochanym Orbisem. I dla nich znajdzie się miejsce w wypasionym bungalowie, choć bez plazmy, to z bieżąca woda z pobliskiej rzeki Omo i prądem 24h/dobę, co jest tutaj ewenementem. To wszystko za jedyne 100 dolców za dobę, wydaje się być grubo przepłaconym luksusem - dla tych, co chcą sprawdzić podaje namiary: Boska Lodge ok 3 km od Turmi (www.buskalogde.? jacek sprawdź stronkę dla zainteresowanych - Jacek nie sprawdzi, bo ludzie nie głupi i Google obsłużyć potrafią - przyp. JG).
 
Buska lodge
 
     W tym miejscu muszę przyznać, że idziemy na łatwiznę i zamiast jeść z lokalsami indżerę za indżerą polaną sosem indżerowym jemy europejskie potrawy w afrykańskim wydaniu. Żeby dotrzeć do wiosek plemion Hammer czy Karo trzeba pokonać kjilkadziesiąt kilometrów po wertepach wśród afrykańskiego buszu. Co jakiś czas mijaliśmy grupki tańczących dzieci, kobiety przemierzające kilometry w poszukiwaniu opału (oczywiście tachają te kilkanaście kilogramów na plecach), odziane w skórzane wdzianka, przepaski na biodrach, czasami z podwieszonymi przy piersi maluchami - klimacik jak z National Geographic. Wizyta w wiosce to wielkie wydarzenie. Każdy chce mieć zrobione zdjęcie, za które oczywiście żąda opłat.  To trochę burzy nastrój.  Chatki zbudowane z wyschniętych drągów, pokryte strzechą albo czymś w tym rodzaju, mają wejścia pół na pół metra - ponoć łatwiej zamknac taki właz, może i tak, ale wchodzi się na kolanach. Domek ma formę walca o średnicy 2 m i wysokości ok 3 m. Wysokość wewnątrz izdebki to zaledwie metr i parę centymetrów, więc chodzi się w kucki. Reszta przestrzeni nad głową stanowi spiżarnia, czasami klilka kur chilluję się na grzędach nad głowami. Jest miejsce na palenisko, gdzie kobiety przyrządzają strawę, pieką podpłomyki z sorga. Razem z turystami do wiosek wdziera się cywilizacja. Playstation jeszcze nie mają, ale dzieci bawia się starymi komórkami podarowanymi przez białych - nowe i tak by się nie przydały, bo prądu brak, a zasięgu tym bardziej.
 
Targ w Dimeka

     Można powiedzieć, że życie wiele im się nie zmieniło od setek lat, no chyba że w kwestii kontaktu z białymi. Co kilka dni we wsiach odbywa się targ.  W sobotę w Dimeka, czwartek Key Afar, poniedziałek Koko. Dziesiątki tubylców przemierzaja dziesiątki kilometrów w 40 stopniowym upale niosąc swoje wyroby na handelek. Na targu zawsze się coś dzieje. A to można pogadać z ziomkami z innego plemienia, a to jakiś białas nowego birra odda (starych nie chcą przyjmować). W wiosce plemienia Hammer uczestniczyliśmy w lokalnej imprezce. Najpierw kobiety w dwóch rzędach tańczą chodzonego, potem w półkolu tajniaczą się, prezentując swoje wdzięki kawalerom. Ci w rządku dwójkami skaczą w rytm klaskania, zbliżając sie do panien. Jeśli te nie są zainteresowane chłopcem, to skaczą, ustawiając się bokiem do niego. Myślę, że nie odbiega to wiele od zachowania na naszych dyskotekach. Albo kobieta daje sie zaprosić na drinka albo odwraca się mówiąc, że zostawiła włączone żelasko. Ania z koleżanką z Obamalandu dołączyła do tubylców. Kilkukrotnie została wybrana przez plemiennych ziomków - taniec będzie dołączony wkrótce:)

 
Pon i wtorek w Etiopii - z poślizgiem (14.III.2011) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Monday, 14 March 2011

Poniedziałek -  W Afryce nie należy się śpieszyć

   Życie ma inne tempo. Po ulicach nikt nie biega, nie widać pośpiechu, mało kto nosi zegarek. W poniedziałkowe przedpołudnie ruch jak zwykle. Potencjał ludzki siedzi na ławkach, murkach, szwęda sie bez celu. Potencjał ludzki drzemie w marazmie. Etiopia pokonywana w tempie Azji frustruje – nie rozumieliśmy tego na początku. Autobusy na Czarnym Lądzie nie mają żadnego rozkładu jazdy. Jak podstawią, to będzie stał i czekał, aż ludzie wypełnią go po brzegi. Czasami trwa to kilka minut, a czasami kilka godzin. W małych miejscowościach nawet dzień lub dwa. Jeśli chętni na jazdę chcą wysiąść w miejscowości nie leżącej na trasie busa, kierowca może zmienić drogę i zamiast trzech godzin skazani jesteśmy tłuc się 5. Najlepiej więc nic nie planować do końca, być otwartym na modyfikacje.

Dziś wracamy samolotem, do stolicy. Udało nam się kupić lot, jeszcze w Lalibeli, za promocyjną cenę około 600 birr (około 120 zł).


Wtorek - Addis Abeba, czyli nowy kwiat Etiopii

    Addis założone w 1887 roku jak przystało na stolicę kraju jest największym miastem Etiopii i jedną z największych aglomeracji Afryki (około 4,5 miliona mieszkańców oficjalnie). Położone na wysokości 2400 m n.p.m.,  wśród wzgórz ma dość skomplikowany rozkład ulic: cześć meandruje wśród wzniesień, a inne przecinają je, wznosząc się na kilkunastometrowe pagórki. Do tego co jakiś czas łączą się w ronda. Poruszanie się po tak zawikłanym systemie ulic wydawałoby się nie lada wyzwaniem dla turysty w kilka godzin po przylocie, ale dzięki komunikacji, na którą składają się minibusy i autobusy, jest to całkiem proste. Ważne jest, żeby znać nazwę dzielnicy, do której chce się jechać . Minibusy w kolorze niebieskim, w Europie dawno już nie dopuszczone do ruchu, w Afryce dostają drugie życie. Co jakiś czas na skrzyżowaniu dużych ulic stoją, bądź podjeżdżają wysłużone busiki. Przez otwarte okno, na współ wychylony naganiacz w kółko powtarza stacje końcową i stacje pośrednie. Przejazd kosztuje średnio 1-2 biry (tj. 18 gr) Po dzisiejszym sprawdzeniu salda konta na necie, prostujemy dotychczasowy przelicznik (tj błędne 24 gr za birra).

    Na pierwszy rzut oka Addis może zniechęcić ilością naganiaczy, żebraków, weteranów bez kończyn, powykręcanych ofiar polio, czy też zwykłych kieszonkowców, ktorzy opanowali swój fach do perfekcji. Myślę, że po powrocie z północy Etiopii, zaznajomieni z realiami tego kraju, o wiele łatwiej odnaleźliśmy się w buzującym kotle Addis. Korzystając z dnia przerwy (jutro ruszamy na południe, do doliny Omo), zwiedziliśmy jedno z ciekawszych miejsc w Addis - były pałac cesarza Hajle Selassie, w którym obecnie mieści się wydział nauk o Etiopii, a z pozostałymi budynkami tworzy kampus uniwerku AA - nasz kampusik na Ruczaju za morzem to betonowa pustynia w porównaniu z tutejszymi ogrodami Edenu. W pałacu można zobaczyć sypialnie z łazienką wielkiego Hajle Selassie. W rzeczywistości Cesarz był prezydenckiej postury, co widać chociażby po jego mikroskopijnym łóżeczku. Miał swojego poduszkowca (dla tych, co namiętnie spędzają urlop nad Bałtykiem - nie chodzi tu o wodolot), który w odpowiednim momencie podkładał siadającemu cesarzowi poduszkę pod stopy. Mimo tak prostej roboty chłop musiał się nastresować, żeby trafić w odpowiedni moment. Gdyby za późno podłożył, dyndające nogi cesarza naraziłyby władcę na śmieszność, a siebie na ścięcie bądź w najlepszym razie degradację, wyrzucenie z dworu i pewnie przymieranie głodem. Dwór cesarski opiewał w różnych dziwnych sługusów. Był tam kłaniacz, który co godzinę wychodził przed cesarza i składał ukłon, żeby władca wiedział, że minęła godzina. O innych dziwadłach Hajle Selassie przeczytacie sami u Ryszarda Kapuścińskiego w "Cesarzu". Przyległe do sypialni cesarza i cesarzowej łazienki mogą posłużyć za natchnienie dla niejednego z was - proponuję Jackowi, żeby wziął przykład z Cesarza i machnął na Rucaju za morzem podobną kompozycję, zamiast angażować dekoratorów wnętrz, architektów i innych kuglarzy ;)

    Po całym dniu negocjacji, rozmów telefonicznych (co ciekawe rozmowy telefoniczne w Etiopii należą chyba do najtańszych na świecie - minuta kosztuje mniej niż 1 gr! - warto zabrać ze sobą komórke ze ściągniętym simlockiem), udało nam się znaleźć grupę trzech Amerykańców na podróż na południe kraju. Koszt 130 USD za dobę wynajmowanego Land Cruisera z kierowcą. Południe kraju, przez to, że słabiej rozwinięte jest dużym wyzwaniem dla podróżników. Problem pojawia się jeśli chce się zobaczyć coś więcej niż kolejne mijane miasteczka na głownej trasie. Dlatego też, jedynym sposobem na dokładne zwiedzenie południa jest wynajęcie własnego samochodu.


 
Nil Błękitny (8.III.2011) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 08 March 2011
Sobota - Odpust na Lake Tana

     "Jedziemy do Wieliczki". Skuszeni dobrą ceną - manager Ghiona ma slabość do backpackersów - nie szukaliśmy innego samozwańca z łódką, żeby zobaczyć kilka kościołów na okolicznych wyspach jeziora Tana. Mówiąc kościoły nie dajcie się zwieść, że będą to budowle przypominające nasze kościółki z Pdogórza czy nawet nawet te z Lalibeli. Bet Maryam, Ura Kidane Mihret i Kibran Gabriel to lepianki wzmocnione bambusami, czasami na kamiennych fundamentach i co najwyżej obłożone kamienistym murem. Pochodzą z XIV wieku, zamieszkiwane były przez mnichow, którzy w izolacji kontemplowali Biblię. Z tego powodu, a także, żeby nie kusić młodych adeptów, do niektórych kościołów kobiety nie mają wstępu. Zniechęceni zaporowymi cenami za wstępy do kościołów (dziękujemy w tym miejscu zorganizowanym grupom Orbisu, które za pokazanie małpy na drzewie gotowe są płacić grube baksy) chillowaliśmy się w cieniu limonek i drzewek pomarańczy, odpierając namolnych sprzedawców szmelcu, widła i powidła. Dzieciaki próbują opchnąć papirusowe miniaturki piróg, którymi lokalesi przemieszczają się po jeziorze. Ogólnie trąci to mega odpustem, z tym że zamiast plastikowych wisiorków i kiczu made in China, mają metalowe krzyże, ozdoby z fałszywego złota i srebra, kieliszki z rogów zwierząt, apaszki ręcznie tkane itd..  aha, waty cukrowej brak. Oczywiście nasi przyjaciele z Orbisu wszystko to kupują bez względu na cene i tachają na łódkę. W drodze do ostatniego kościółka doszło do małego handelku wymiennego. Nie chcąc rozpuszczać dzieciaków przy dorosłych, postanowiłem wymienić małego misia za dwie guavy, przy okazji sobie pogwarzyliśmy o rolnictwie, posługując się  podstawowym amharic-english.

Kosciolki

      Jezioro Tana jak już wspomniałem śmiało może być porównane do Śniardw, tyle że 2 razy większe, a średnia głębokość to 14 m. Poza rekreacją tj. pływaniu pirogą lub domowej roboty rowerkami wodnymi, służy ono głównie jako źródło Tilapii (ryb, które każda z restauracji serwuje na wymarzony przez klienta sposób) - całkiem dobre, smażone lub grillowane fileciki, trochę jak nasze ukleje - podawane z ryżem i duszonymi warzywami np. słodkimi ziemniakami, marchewką lub kapustą. Ciekawe, że Etiopczycy nie kąpią się w jeziorze - może boją się hipków? Druga wersja, którą słyszeliśmy jest taka, że mało który Etiopczyk umie pływać. Jeszcze inna teoria zasłyszana mówi, że w wodzie są demony, dlatego do niej nie wchodzą, jeśli nie muszą. Jesteśmy skłonni w to uwierzyć , bo podróżując z lokalesami busem, co chwilę zamykali okna, które my z powrotem otwieraliśmy, argumentując to krótko : "Close, deamons go in bus!" - co kraj to obyczaj. Po powrocie do naszego wypasionego Ghiona i szybkim prysznicu pod natryskiem dla karłów ruszyliśmy w miasto dać szansę innej restauracji. Zaszliśmy do Summerland Hotel – wymienionego przez nasz przewodnik spośród średniej klasy hoteli.

Lake Tana

    To był strzal w dziesiątkę. Pomidorówka jak u mamy, spaghetti jak w Neapolu, Tilapia jak z Lake Tana. No i kawa - czarna i wyśmienita. Kilka słów o kawie. Kawa to w Etiopii świętość. Pije się ją częściej niż shay (herbatę) i podawana w sposób tradycyjny smakuje rewelacyjnie. Proces przyrządzania to rytuał. Najpierw ziarna palone są na rozżarzonych węgielkach, w miedzyczasie gotowana jest woda. Następnie ziarna mielone są w czymś przypominającym nasz moździeż. Swieżo parzona, podawana jest z mlekiem - buna watat lub solo jak espresso - buna, w czarnych glinianych dzbanuszkach. Niebo w gębie. Ciśnienie podnosi o wiele skuteczniej niż włoskie espresso, a smakuje jeszcze lepiej niż ta z Syrii czy Jordanii. Kawa jest glównym produktem eksportowym Etiopii, poza biegaczami ;) Ciekawej obserwacji dokonaliśmy jadąc porannym busem z Gondar do Debark. Kilka grupek młodzieńców w dresikach i całkiem fachowych laczkach cwiczyło bieganie przed szkołą albo wracało z "zakupów" w Intersporcie. No cóż, każdy ma jakieś marzenia, Jacek chce być drugim Lato, Ania marzy o serku topionym, a oni chcą powtórzyć sukces swojego rodaka Haile Gebrselassie, który na okładce autualnego Ethiopian Air Magazine reklamuje Johnny Walkera – „He ran to school, now he's running for gold. Keep walking. Johhnie Walker black.”

Haile and Johnny

       W drodze powrotnej z wystawnego obiadu, mijając jednego z czyścibutów, przyszło mi na myśl, żeby spróbować zreperować
  moje wysluzone adidaski, pamiętające jeszcze czasy Ludwika XIV-stego. Bahir Dar cieszy się największą ilością czyścibutów, przewodników samozwańców i innych naganiaczy w całej Etiopii. Jakem pomyślał, takiem zrobił. W 15 min, przy pomocy dłutka zakończonego pętelką do przeciągania solidnej nitki, chłopiec zreperował trampki. Następnie je wypucował za pomocą pędzelka i proszku rozpuszczonego w wodzie z kałuży. Następnie białą pastą na błysk i glancował wytartą skórą adidasków. Skasował za to 7 birow (1,3 pln). Efekt proszę oceniać na fotach. Wkrótce JG uruchamia audiotele.

Niedziela - Wodospad na Nilu Blękitnym i wykład o ekonomii, czyli urlop jak w Ciechocinku.

     Dziś w planie wodpospad w Tis Abay, miejscowości oddalonej o godzinę jazdy po wybojach z Bahir Daru. Tis Abay, znaczy w amharskim nic innego jak dym Nilu. Wodospad Tis Isat, porównywano kiedyś do wielkich Wodpospadów Wiktorii, po wybudowaniu elektrownii wodnej stracił wiele ze swojej okazałości.

Tis Abay

     W busie do Tis Abay, spotkaliśmy Addisa, gościa, z którym uciąłem sobie wczoraj pogawędkę podczas wizyty u ulicznego szewco-pucybuta. Addis pochodzi z Tis Abay. Chodzi do szkoły hotelarsko-turystycznej w Bahir Dar i dorabia pracując jako przewodnik. Wcześniej kelnerował w naszym hotelu, ale z powodu niesnasek z managerem został wylany.

TEN WYKŁAD PROSZĘ PRZEMYŚLEĆ, BO COŚ MI SIĘ TU NIE ZGADZA, MARCIN MIAŁ ZAWSZE PROBLEMY Z LICZENIEM! – przyp. JG

    Poza wydatkami na codzienny wikt płaci miesięcznie 200 birrów (34 zł) za prywatną szkołę i kolejne 200 za lokum do spania – tj. obskórną norę bez prądu i wody. Mowiąc o tutejszej walucie - żeby lepiej zrozumieć siłę nabywczą birra, trzeba by przyjąć że 1 birr = 1 pln. Kawa lub herbata w kawiarni to odpowiednio 3 i 4 birr. Bus lokalny do Tis Abbay (jak z Krakowa do Zakopanego) -  11 birr. Pyszny soczek z mango lub awokado – 7 birr (praktycznie bardziej przypomina mus niż sok). Obiad dla 2 osób w lepszym hotelu - 100 birr. Piwo na mieście 8 birr, a w hotelu na werandzie 12. Może to trochę na wyrost, ale większość turyściaków podróżujących z Orbisem nie czuje siły nabywczej birra, bo cały czas przeliczają na USD lub EUR.  I tak, nie ma dla nich zauważalnej różnicy czy dają komuś 1 biir (4 eurocenty) czy 10 birr. Dla nich to drzazgi, dla tubylców pół dniówki ochroniarza stojącego przy bramie do hotelu 24h na dobę - odpowiednik naszego ciecia, z tym, że z kałachem i bez normowanego czasu pracy. W Tis Abay - jak nas ostrzegano, nachalność przewodników samozwańców i dzieciaków wyciągajacych od białasków one birr czy pen, sięga zenitu. Niestety całą drogę wokół przełomu Nilu Błękitnego towarzyszyła nam sztafeta. Jedni rezygnowali, inni podłączali się. Trzeba się z tym pogodzić inajlepiej odpowiadać im tak, jak  oni sami zagadują. Np. jak chcą one birr to mówisz im: "you you! give me one birr!" lub "give me your shoes". Wtedy chyba uswiadamiaja sobie jak wygląda ich zachowanie dla nas i dają sobie spokój. Poza tym w kolo powtarzaliśmy jak mantrę, że szkoła to miejsce, gdzie powinny być (zwłaszcza , że dziś niedziela :P). Z wodospadem udało nam się jak ślepej kurze. W niedzielę zakręcała kurek od jednej z turbin i wody jest 50% więcej, co niby ma nakręcać turystykę – czy tak jest? Nie wiem, ale 90% towarzystwa było pochodzenia etiopskiego. W końcu jest niedziela, więc hejże na Kryspinów! Tak czy inaczej, uważam, że będąc w Etiopii warto odwiedzić pierwszy wodospad na drodze Błękitnego Nilu.


 
Jezioro Śniardwy (6.III.2011) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 06 March 2011

Czwartek - Góry Siemen, przybieżeli pastuszkowie, Niemcy z Orbisem, Paryż - Dakar do Gonder

     Po wieczornym telefonie od Charliego odetchnęliśmy z ulgą. Charlie na spokojnie przemyślał w domu z żoną przy szklaneczce shaju (tutejszej herbatce, którą jeśli parzyć w sposób typowy, ma nutę cynamonu), że chyba nie opłaca się robić pustego przebiegu i jadąc w Góry Siemen po grupę turystów, którą zawiózł trzy dni wcześniej, chętnie nas weźmie. Choćby za 300 birr (wyjściowo chciał 1000!! – 160 zł).
  Zajęło mu to około pół dnia lub też chciał nas wziąć na przetrzymanie.  Kto jak kto, ale polak wyrolować się nie da ;). Wyruszyliśmy o 6 rano minibusem Charliego w góry. Z Gondar do Debark zajęło nam to  4 godziny (około 100km). Droga jest przebudowywana - oczywiście przez wszędobylskich Chińczyków.  Jeśli i u nas będą tak budowali autostrady jak w Etiopii drogi to za 4-5 lat będą w nich większe dziury niż te z ulicy Kazimierza Wielkiego. Droga jest tak wyboista, że można by ja porównać do tej między granicą tajską a Phnom Phen, którą jednak nie jechaliśmy ;). Pierwszy raz widziałem jak cała deska rozdzielcza w Toyocie porusza się kilka centymetrów w górę i w dół (prawo- lewo też ) w rytm walenia głową w dach.  Ania kimając z tyłu lewitowała kilkanaście centymetrów nad kanapą. Do tego niewyobrażalny pył, który jest nieodłączny w całej Afryce. Pył wchodzi do nosa, włosy nabierają koloru gliny, a ciuchy koloru khaki. Nic nie daje zamknięte okno, wyłączony nawiew. Pył jest jak wierny towarzysz, gdyż większość dróg w Afryce nie jest asfaltowana. Widoczki kolorowego autobusu przecinającego afrykańskie pola z chmurą pyłu ciągnącą się na pół kilometra to tutejsza codzienność.

Góry Siemen

     Debark to afrykańska dziura. Poza centrum turystycznym parku Siemen Mts i hotelem 1,5 gwiazdki, gdzie nie było wody ani prądu - nie ma nic zasługującego na uwagę. Centrum turystyczne to maszynka do dojenia turystów - dosłownie. Każdy wjeżdżając do parku Siemen musi uiścić opłatę - to zrozumiałe, do tego musi mieć przewodnika i scouta, który nosi domowej roboty pepesze (prędzej strzelał z niej banie z kompanami niż kulami). Nic nie dały tłumaczenia, że jedziemy z Charliem do Siemen Lodge, żeby się przespacerować po okolicy (a nie zagłębiać w dzikie góry). "You must have a guide, scout and a guide!". Pytamy po co? Oni, że pierwszy dla ochrony, a drugi, żeby nam tłumaczył co, gdzie i jak. Ania spasowała. Ja walczyłem dalej. Na szczęście podjechali inni turyści. Okazało się, że to nasi sąsiedzi z zza Odry, ze Stuttgartu. Niereformowalni typowi Niemcy zachodni , dla których wydanie 3 tys. euro za 3 tygodnie po Etiopii to pestka. Płynnym bawarskim przedstawiłem im jak się mają sprawy. Zgodzili się na wzięcie wspólnego zestawu scout + guide. Pojechaliśmy do Lodge'a. Siemen Lodge (SL) jest położony na wysokości 3260 m. n.p.m. i oddalony od Debark o 20 km. Stamtąd w obstawie 70-cio letniego scouta z galopującymi suchotami i trzydziestokilkuletniego guide'a ruszyliśmy na trek po Siemen.  Trek trwał około 3h, widoki zapierające dech w piersiach. Po drodze co chwilę napotykaliśmy grupki kilkuletnich dzieciaków, które zamiast być w szkole, zarabiały na szlaku łażąc za turystami. Nauczeni przykładem Azji, że i tak wszystkim nie pomożemy, pouczaliśmy je żeby chodziły do szkoły i pilnie sie uczyły. Dając pieniądze, tylko utwierdza się dzieciaki w przekonaniu, że zebraniem zarobią więcej niż rodzice, którzy zajmują się wypasem owiec lub chałupnictwem. Oczywiście guide powiedział 2 słowa, a scout tylko szczerzył zęby, ale tak czy inaczej skasowali 275 birrów. Wzięli się pod ręce i zostawili nas.


     W Siemen Lodge wdałem się w dyskusję z paternalistycznym Klausem. Twierdził on, że dzięki turystom, którzy szastają pieniędzmi i każdemu dają na piwo, kraj ten zmieni się wkrótce w drugą Irlandię. Z grzeczności i różnicy wieku, nie wyprowadzałem go z błędu. Szczególnie, że mieliśmy wracać do Gondar z nim, jego uległą małżonką Marion i kierowcą - somalijskim piratem z pończochą na głowie. Niestety przez takich turystów cierpią wszyscy. Nie chodzi o 10 baksów dla dziadka z giwerą, który w 3h spacerem po szlaku dostał równowartość tygodniówki. Cierpią dzieciaki, które nauczone, że wyciągając rękę i wołając   "You! You! One birr!' dostają dziennie po 50-100 birr, nie pójdą do szkoły uczyć się, bo łatwiej stać na szlaku i potem zostać analfabetą. Cierpią inni turyści, obskakiwani przez żebrzące dzieciaki i dorosłych, bo to odpycha ich od bliższego kontaktu z tubylcami, ograniczając go do wyrzucania zwitków birrów przez okna Land Cruiserów. Cierpią wreszcie sami backpackersi, bo Etiopczycy przyzwyczajeni do tego, że turysta rzyga pieniędzmi i jest gotów zapłacić każdą cenę, przepłaca z każdym miesiącem 10 % więcej za usługi, transport, wycieczki. Chyba, że to ich inflacja tak rośnie - ekonomem nie jestem, mogę się mylić.

Mtyczny Land Cruiser

Piatek - z Gondar do Bahir Dar czyli Lake Tana first impression

    Jako że piątek - tygodnia koniec i początek, postanowiliśmy dziś pociągnąć spanie do 9 (od 21 można sie wyspać ;)),
 szczególnie po wczorajszych przeżyciach w Górach Simien. Po lekkim śniadaniu, które składało się z resztek z wczorajszej kolacji, tj. 10 małych bananów i zeschniętej bułki, ruszyliśmy na poszukiwanie transportu do Bahir Daru - siódme największe miasto Etiopii, 185 tys. mieszkańców, a to za przyczyną wielkiej zapory wodnej, produkującej energię dla  miasta i okolic. Dzięki tej budowie, Bahir Dar z małej rybackiej wioski nad jeziorem Tana, wyrosło na spory kurort z wieloma hotelami położonymi nad brzegiem malowniczego jeziora - trochę jak nasze Śniardwy, tylko zamiast leszczy i sandaczy - krokodyle i hipopotamy. Transport do BH sam się znalazł. Po zejściu do recepcji (dużo powiedziane - biurko z krzesłem) naszego Circle Hotel (tak, tak, hotel był naprawdę w kształcie koła, niczym Salwator Tower na Bronxie) zagadnął nas jeden z kolesi tam pracujących. Po 5 min podjechał mini bus, który za jedyne 65 birr zabrał nas w niezapomnianą drogę do kurortu nad jeziorem Tana. Nie zapomnimy jej z powodu niesamowitego ścisku jaki tam panował. 160 km w 11-osobowym busie w 20 osób w 4 godziny. Nawet z JG nie jeździliśmy tak skompresowani po Syrii, pamiętnego 2005 roku, vide relacja, notabene pierwsza w historii globtroterii.

Circle Hotel

      Po wysypaniu się na dworcu w BH i zaczerpnięciu kilku haustów świeżego powietrza ruszyliśmy do znanego nam z przewodnika Bradta Hotelu Ghion. Coś w rodzaju naszego Orbisu. Ghion ma sieć hoteli dla swoich gości, którzy za bagatela 12 tys. PLN kupują wycieczki po Etiopii, vide spotkana w dniu wczorajszym para Niemców. W 3 tygodnie przerzucają ich jak worek kartofli po Etiopii, to samolotem, to wypasionym Land Cruiserem za 200 tys. euro (cenę podał nam kierowca i raczej nie przesadził, bo samochody w Etiopii są około 2-3 razy droższe niż w EU z powodu wysokich podatków). Wracając do Ghion - Hotel Bahir Dar, hotel jest powalający (bez sarkazmu), mimo iż wyleciał z sieci (ale pozwolono właścicielowi nadal korzystać z nazwy - pewnie za drobną opłatą) jest chyba jednym z lepszych wśród budget accomodations, licząc sobie 300 birr za noc. Po szczerej rozmowie z managerem zbiliśmy cenę na 200 birr na noc, oczywiście nie wspomniałem, że jestem lekarzem, a Ania pracuje w PwC, bo pogawędka polegała na przeglądaniu książki meldunkowej, gdzie każdy gość wpisuje swoje dane, w tym zawód. Tak więc, co drugi wpisany tam był doktorem, co trzeci pilotem, a co czwarty executive managerem w wielkiej korporacji - tak więc historia Jasona Mrówki z Filipin znajduje naśladowców ;).

Tilapia

   Ale o hotelu, składa się on z około 30 bungalowów położonych wśród zółciutkich i błękitnych irysów, róż i innej maści afrykańskich chabazi - jak im to zdechnie to klapa, mogą zwijać biznes ;). Pokoik z narzutą jak u babuszki na wsi, a prysznic dla karłów z zamontowanym natryskiem na wysokości 150 cm. Ogród rulez! - zdjęcia potwierdzą, teraz siedzimy w beach  barze, sączymy soczki - ja piwo St George (w mojej ocenie 8/10). Zaraz ma wjechać rybka (Tilapia) z oddalonego o 10m jeziora Tana. Ciekawa sprawa, rachunek wjechał jeszcze przed spożyciem - zawsze można się przecież rozmyślić.


 
<< Start < Prev 1 2 Next > End >>

Results 1 - 9 of 10


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.