Aktualności arrow Wyprawy arrow Peru i Boliwia (vol.2)
Peru i Boliwia (vol.2)
La Paz (19.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by lukpilch   
Monday, 19 March 2012
    Do Boliwii z Puno ruszamy nieco dłuższą droga, ale za to zdecydowanie ciekawszą. Pierwszy przystanek - granica. Zostajemy wyproszeni z autobusu i kolejno przechodzimy przez budkę celników peruwiańskich, mostek na którym babinki handlują mydłem i powidłem by na koniec zgłosić się po pieczątkę wjazdową do Boliwii. Dziwna to granica ludzie chodzą tam i z powrotem jeżdżą na rowerach nikt ich o nic nie pyta, nie zatrzymuje. Można przewieść kilo koki i nic.
 
Estadio
 
    Kolejny etap to miła miejscowość Copacabana (tak, tak nazywa się tak samo jak ta plaża W Brazylii). Samo miasto przypomina Chorwacką miejscowość poza sezonem. Hoteliki na wzgórzach zwrócone w stronę zatoki, w której zacumowano masę różnego rodzaju obiektów pływających. W samym mieście znajduje się kościół z wizerunkiem czczonej w Ameryce Płd Matki Boskiej z Copacabany (ponoć plaża wzięła od tego nazwę ale czy ktoś to pamięta? Jacek jest na bieżąco więc się pewnie wypowie)

    W drodze do stolicy czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Otóż po środku niczego zostajemy wyproszeni z autobusu. Przed nami rzeka, mostu brak, więc my za 1zł zostajemy przerzuceni motorówką na drugi brzeg, a autobus na rozklekotanej tratwie powoli przepływa tylko z kierowcą na pokładzie.

    Dzień w La Paz zaczynamy godnie, jajeczniczka i kawka w hoteliku i dopiero ruszamy w drogę. Po La Paz chodzi się dosyć ciężko, miasto położone jest w  kotlinie i mówiąc w wielkim skrócie wszędzie jest pod górkę. A nie łatwo chodzi się pod górkę będąc na 3800 mnpm. Tlenu jest podobno mniej. My na szczęście  tylko chodzimy. Są tu tacy którzy muszą tu grać w piłkę. Znajduję się tu stadion piłkarski który jest zmorą wszystkich reprezentacji Ameryki Płd, które muszą się tu mierzyć z Boliwijczykami. Najwyżej położony stadion, wyjątkowo dopuszczony przez FIFA do meczów międzynarodowych, 3,637 metrów, nie ma lekko mało kto tam potrafi wygrać (ale wygrali kiedyś tam Polacy, jak jeszcze potrafili grać w pilkę czyli w 77' wygraliśmy 2-1 a brameczki strzelali prezes Lato i niezatapialny Zdzisiu Kapka)
 
La Paz
 
    Po stadionie przechodzimy w stronę wiezienia San Pedro. To chyba najsłynniejsze więzienie na świecie. Takie państwo w państwie. Więźniowie muszą sobie kupić cele i zapracować na jedzenie. są więc tacy co mieszkają w celach przypominających hotele 5 gwiazdkowe i jedzą lepiej niż Ryszard Kalisz. W więzieniu funkcjonuje także liga piłkarska, mecze rozgrywane są pomiędzy "blokami". Ja podają źródła zdarzają się transfery a obstawianie meczów jest ważnym elementem życia "mieszkańców". Więzienie przy odrobinie szczęścia i sprytu a także chyba odwagi można zwiedzić. Trzeba mieć kogoś na zewnątrz, kto zna kogoś wewnątrz. Kto zgodzi się na widzenie z nami oraz oprowadzi nas po obiekcie i zadba o nasze bezpieczeństwo. 
 
San Pedro
 
Dzień kończymy na kolacji w Steak Housie prowadzonym przez Angola, jedząc słynna argentyńską wołowinę, ot globalizacja.... 

 
Titicaca czyli w drodze do Boliwii (9.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by lukpilch   
Saturday, 10 March 2012

WRITTEN BY Łukasz Pilch

    Swiat nas chcial oszukac, ale znow sie nie dalismy znow jestesmy bohaterami. Z kanionu wychodzimy po 9 rano po wspominanej juz wspinaczce od samego switu (prawie). Wchodzimy w miejscowosci Cabaconda. Naszym celem jest Chivay oddalone o 55 km z tego polowa drogi posiada taki luksus jak asfalt (pierwsze 15 i ostatnie 7). Nasz nieco juz przeterminiowany przewodnik podaje ze o 10 odjedza autobus w kierunku nas interesujacym i za 2h zawiezie nas na miejsce, ale ow autobus juz nie jezdzi, a na pewno nie o tej porze.  

Od lat powtarzam na swoich prelekcjach w krakowskich klubach ze ksiazki, telewizja, radio i ... klamia - tylko in vino veritas.

Dobra do rzeczy sytuacja jest taka. Jest 9.30 rano najblizszy autobus o 11.30 czas przejazdu 2h do miasta w ktorym mamy zarezerwowany bilet na dalsza trase odjazd o 13.00

Matematyka mowi nie zdarzymy, fizyka zawsze ma Einsteina, ma E=mc(kwadrat). Miasteczko to zabita dziura aut prawie brak. Prawie bo stoja dwa pickupy. Szukamy wlascicieli. Jednego latwo namierzamy to lokalny cwaniaczek wlasciciel sklepu, hotelu, restauracji. Oferuje nam swoja pomoc za ponad 180soli  (ok 215PLN) za taka pomoc serdecznie mu dziekujemy zyczac zdrowia calej jego rodzinie 2 pokolenia w przod i w tyl.

Drugiego auta miejscowi nie znaja. Za chwile pojawia sie dwoch chlopaczkow Ci oferuja pomoc dojazd do miejscowosci oddalonej o 7km. Jest ok zawsze to blizej zawsze to do przodu. Podroz byla jednak trudna. Pierwszy problem slonce. Znow zapomnialem posmarowac kremem z filtrem. Konczy sie to pozegnaniem sie ze skora na nosie juz po raz drugi w Peru. Drugi problem zaczyna sie po 5km chlopaki zmienaniaja sie za kolkiem i ten drugi... uczy sie prowadzic, biegi sie nie za bardzo zmieniaja we uczekiwanym kierunku. Hamowanie ostro przed lagodnym zakretem albo za pozno i ledwo miescimy sie w zakrecie. A to wszystko wzdluz kanionu jest skad spadac!

Dobra udaje sie jestesmy w jednym kawalku i zostaje nam do pokonania 7km. tu mamy szczescie po 5min marszu lapiemy stopa. Rada wioski jedzie na spotkanie rad wiosek wielu. Piekny pickup wladza wszedzie ma dobrze. Udalo sie Swiat vs. my 0 -1.

Przejazd do Puno nad wspomniane w tytule jezioro jest dosyc ciekawy. Z dwoch powodow. Pierwszy pokonujemy przelcz Patapampa 4950 mnpm (my z Michalem bijemy swoje rekordy wysokosci, Marysia nadal ma nad nami pareset metrow przewagi) drug: pisalem ze spieklem skore na nosie pare godzin wczesniej. Teraz zaczal padac snieg. 

    Normalnie w tym Peru jak w Polszy "w marcu jak w garncu"

Po 6h docieramy  do Puno polozonym nad jeziorem Titicaca (najwyzej polozone zeglowne jezioro, bla bla bla) Slabe to, nic tam sie specjalnego nie dzieje.

    Wycieczka obowiazkowa to zwiedzanie sztucznych wysp. Sztucznych bo zrobionych z jakis szuwarow, ktore sztuczne nie sa bo zarastaja jezioro. Mieszkaja tam Indianie Uros i kasuja turystow za wszystko co sie da i ile sie da. Zaliczone, jak egzamin z elektrodynamiki falowej, do dzis nie wiem po co. 

Ale stad juz tylko kilkadziesiat kilometrow do Boliwii a o tej juz wkrotce :)


 
Kanion Colca (08.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Damian Grela   
Thursday, 08 March 2012

WRITTEN BY Łukasz Pilch

    Pozegnalismy jungle standardowym przybiciem piatki z Anakonda. Na koniec zwiedzamy miasto, o ktorym juz wspominalem czyli Iquitos. Nie ma potrzeby zebym o nim pisal cos wiecej, za to zapraszam do ogladniecia programu W. Cejrowskiego Iquitos miasto dla zuchwalych . Bylismy we wszystkich tych miejscach a pancerniki jadly nam w Belen z reki :).

Nastepnym etapem podrozy byl Kanion Colca poprzedzony krotka wizyta w Arequipie. O samym miesce slow tylko pare bo nic tam specjalnie ciekawego nie ma. Glowny plac na nim katedra wszystko to takim samym stylu jak wiekszosc miast, ktore mialy zaszczyt byc kolonia hiszpanska. Warto wspomniec o zakonie, ktory to stworzony byl jeszcze za czasow wspomnianych przodkow Casillasa i Xaviego. Mieszkankami, a wlasciwie zakonicami byly tam corki z tzw. dobrych domow, dobrych czyli w tamtych czasach bogatych. A bogaci tatusiowie nie pozwola przeciez zeby ich coreczki w biedzie i ubustwie zyly i nie ma to zadnego znaczenia ze zycie poswiecaja Bogu modlitwie itp. W kazdym razie klasztor stal sie osobnym ociekajacym przpychem i bogactwem miastem. Pozniej ktos sie jednak w Watykanie zorientowal ze cos jest nie tak i zrobil tam porzadek. Legenda jednak trwa do dzis.

Wracajac do kanionu. Postanowilismy to zrobic porzadnie. Nie tak jak niemieccy turysci ktorzy podjedzaja busem do punktu widokowego, robia zdjecia szybujacego kondora i z powrotem na obiadek do restuauracji i do cieplego hotelu w Arequipie (poprawcie mnie jesli sie myle, ale wlasnie tak ogladal kanion Pan Jacek G. - Panie Jacku komisja 3 osobowa zwolania w trybie przyspieszonym na terytorium Peru podjela decyzje o NIE zaliczeniu Panu tej atrakcji :) ).

Poprawne wykonanie zwiedzania kanionu zawiera zejscie po jego zboczu w dol, spacer wzdluz rzeki plynacej jego dnem, nocleg w kanionie i wspinaczke z powrotem. Tak wlasnie poprawinie wykonalismy cwiczenie o nazwie Kanion Colca. Powem wam szczerze nie zycze tego nawet wroga. Himalaje moga sie schowac. Schodzenie po ekstramalnie stromym stoku w tanich adidaskach z Decathlonu (ja mam takie) bez kawalka przeplaszczenia, bez mozliwosci odpoczynku dla nog, katastrofa. I tak 1200m roznicy w pionie.

Noc spedzilismy w Oazie ktora z gory wygladala jak hotel w slynnej Hurghadzie, basen z blekitna woda i pieknie bungalowy z kolorowymi dachami. Rzeczywistosc z bliska byla zupelnie inna. To najgorzej wygladajacy obiekt w jakim spalem. Najgorzej wygladajacy z zewnatrz, bo w wewnatrz byl dopeiero pod koniec pierwszej piatki. Slowa nie opisza tego  a zdjecie pojawi sie po przyjazdzie.

I na koniec slow pare o powrocie na gore kanionu. Wolalbym tego uniknac, wolalbym o tym nie pamietac, wolalbym, ale miesnie mnie do dzis bola, a jak mam ochote wypic CocaCole to juz nie mowie ze chce "kolke", bo wtedy lzy cisna sie do oczu. Bo 1200m roznicy wysokosci do pokoniania i to bez przerwy bez momentu wytchnienia caly czas pod gore. A to wszystko na wysokosci powyzej 3000 mnpm, gasnie swiatlo, w uszach slychac religijne piesni, swiat sie konczy.

Nawet Michal mowil ze myslal ze nie da rady.....


 
Amazonia (2.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Friday, 02 March 2012

WRITTEN BY LUK PILCH, stonowana relacja, ze względu na ostatnie wydarzenia

  Iquitos to największe miasto świata, do którego nie prowadzi żadna droga lądowa. Można tam się dostać albo łodzią, co zajmuje bardzo dużo czasu albo samolotem, co zajmuje tylko 2 h. Oczywiście wybraliśmy opcję drugą i pewnego pięknego poranka zameldowaliśmy się na lotnisku w Iquitos. Tam czekał na nas Pan Guido, z jednej z agencji organizującej wypady do jungli. Pan Guido został nam polecony, a właściwie my jemu, przez niezastąpioną Panią Rosalię z wspominanego wcześniej Hotelu Espana.

   Negocjacje nie trwały długo i zdecydowaliśmy się na 4 dni i 3 noce w
  amazońskiej dżungli (600 soli = 700 zł). Mógłbym pisać o tych paru dniach bardzo długo, bo to jedno z najlepszych doświadczeń podróżniczych w moim życiu, ale wspomnę tylko dwie historyjki.

Amazonka

   Idemy sobie grzecznie przez dżunglę, prowadzi nas przewodnik, człowiek, który o dżungli ma wiedzieć wszystko, ekspert i specjalista, my, wychowani na książkach Cejrowskiego mamy pełne zaufanie i wiarę, że nic z nim nie może się złego wydarzyć. Spacerek wydaje się być miły, oglądamy różne krzaczki, drzewka, próbujemy owoców, miło jak na spacerze po lesie. Ja idę 2 metry za przewodnikiem, nagle przewodnik się odwraca i zaczyna uciekać, a właściwie to się odwrócił i zrobił parę szybkich kroków do tyłu. Ja automatyczne to samo, reszta naszymi śladami. Poziom adrenaliny osiąga maksimum. Okazało się, że ekspert w ostatniej chwili zobaczył na gałęzi ślicznego węża, dobrze się dziad zamaskował, ponoś niebezpieczny, śmiertelny. Cóż, przekarczowaliśmy maczetami małe obejście i obchodząc (nie)spodziewanego gościa wróciliśmy na ścieżkę, a puls spadł do normalnego poziomu.


   Druga przygoda to spanie w namiocie, rozbitym na platformie widokowej w  głębi dżngli. Wysoka wieża obserwacyjna wznosząca się ponad konary drzew i na niej nasze namioty iglo. Było to twarde i niewygodne doświadczenie, ale wrażenia niepowtarzalne. Tam też (tzn nie na platformie, ale w jej okolicy) mieliśmy zaplanowane nocne polowanie na kajmany. Piękna przygoda, płynie się czółnem między drzewami ciemno, straszno i tylko sami się motywujemy, żeby nikt nie spanikowal jakby nastąpił niespodziewany atak kajmanów, bo chybotliwą łódkę łatwo przewrócić. Wtedy wskakuje nam do lódki jakieś zwierze. Opanowanie 100%, łódka mimo lekkiego poruszenia pozostaje w swojej zakładanej pozycji i dobrze, bo wpaść do wody pełnej krokodyli z powodu małej żabki, to byłby lekki wstyd.... 

   Poza tym w dżungli jak to w dżungli - łowienie piranii, kąpiel z  delfinami, papugi z ręki jedzące, tukany na tropie i anakonda złapana w pół.

   Ruszamy dalej, po drodze przez Limę i Arequipę do Kanionu Colca, który czeka na nas od piątku rano czasu peruwiańskieg (-6 h do Polski).


 
Homeless in Paris (26.II.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 26 February 2012
WRITTEN BY ŁUKASZ PILCH
 
    Czy kiedyś będziemy jak zepsuci zachodni turysci, którzy wsiadają w samolot i lecę bezpośrednio tam, gdzie sobie zaplanowali? Czy dalej bedziemy szukac opcji żeby ciąć koszty wyjazdów? Czy dalej najbardziej cieszyć nas będzie sam fakt bycia w drodze, czy to do Pcimia, czy to do Limy?

   Na razie i oszczędzamy i cieszy nas bycie w trasie. To, co może zająć 12h, nam zajęło ponad 30. Ale po kolej.

   Zaczynamy w Balicach, lotnisku które pewnie byłoby prawie martwe, gdyby nie irlandzki tani i zawsze o czasie Ryan, który przenosi nas do francuskiej wioski na B, której nazwy ani nie potrafię wypowiedzieć, ani tym bardziej napisać. Wioska ta oddalona jest o 80km od Paryża, więc jej lotnisko dumnie zwie się paryskim (choć to tak, jakby Tarnów nazwać Krakowem albo Radom Warszawą).

   Kolejny lot mamy z właściwego paryskiego lotniska, czyli z Orly, tuż po 8 rano dnia następnego. Wielu pewnie skorzystałoby z hotelu gdzieś w okolicy lotniska, ale my nie widzimy takiej potrzeby, tak samo jak nie widzieliśmy potrzeby zakupu bagażu w Ryanie, więc przynajmniej plecaczki mamy lekkie (7 kilo na 3-tygodniowy wyjazd). Bez obciążenia łatwo się spaceruje, dlatego postanawiamy wieczorem zerknąć na wieżę Eiffla. Wzruszeni tym widokiem kierujemy się w stronę naszego noclegu, czyli lotniska Orly. Nie wiem, które miejsce ma ów przybytek w serwisie sleep@airport, ale ja dałbym mu ostatnie. Dlaczego?
 
Wzruszenie

   Powód jest bardzo prosty, o godzinie 1.30 lotnisko jest zamykane, wszysktkie drzwi poblokowane, na zewnątrz co prawda jest 10 stopni na plusie, lecz słaby to pomysł spać pod drzwiami lotniska. Plan jest prosty, trzeba znaleźć lukę w systemie. Haju zauwazył, że na końcu jednego z terminali odbywają się prace remontowe, a jak są remonty, to są i robotnicy, a robotnicy nie pracują nonstop, tylko czasem muszą zapalić, a palić na lotniskach nie można, więc będą palić na zewnątrz...

   Uff, skomplikowane to logicznie, ale faktycznie majster wyszedł na szluga, a gdy wracał, my za nim. Dobry to człowiek był i wytłumaczył, że na lotnisku ochrona i że nas wyrzucić mogą, ale jak schowamy się za filarem, to powinno być dobrze. I było. Rano obudziliśmy się już w normalnych lotniskowych okolicznościach, gwarze, atmosferze pośpiechu i burdelu.

   Dobra, lecimy dalej, Paryż -> Madryt, lot skandaliczny, podczas blisko 2 godzin nie serwowano ani małego snacka, ani symbolicznej coli. Chwila przerwy w Madrycie, w którym spędziłem pół roku mojej młodości, a następnie 12h lotu do Limy. Nuda, ale takie życie, co począć.

   Jesteśmy w Hotelu Espana w Limie, tak polecanym przez Jacka i Michala M. Pani na recepcji dalej ich pamięta i gorąco pozdrawia! (załączam filmi z tego zacnego hotelu - przyp. JG).
 
 
    Jak już jesteśmy przy gorącu, to standardowo muszę napisać, że nie ma lekko. Spędzamy dzień nad Pacyfikiem, w ekskluzywnej dzielnicy Miraflores, bogato i sympatycznie jak na Lazurowym Wybrzeżu. Panie w pięknych kostiumach kąpielowych pokazują swoje opalone ciała, panowie lansują się łapiąc fale na desce surfingowej, dzieci chlapią sie w ciepłej wodzie, a my.. My zapomnieliśmy kremu do opalania i teraz wyglądamy jak raki gotowe do podania na stół. Boli, ale czujemy, że żyjemy.
 
Miraflores

   Plan na najbliższy czas (Lima jest 6 godzin do tyłu w stosunku do Polski):

- niedziela rano - lot z Limy do Iquitos (Amazonka)
- poniedziałek, wtorek, środa - dżungla, polowanie na zwierza, normal stuff
- czwartek rano powrót do Limy

   W dżungli nie ma dobrego Internetu...

 


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.