Brazylia
Rio de Janeiro (22.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 21 March 2012

ZDJĘCIA:

BRAZYLIA I

   Dobra. Jest piątek wieczorem, cofnijmy się w czasie, dokonajmy tak zwanej retrospekcji. Jesteśmy w naszej melinie na Ipanemie, czyli jednej z najlepszych dzielnic Rio. 10 osobowy pokój w dzielnicy hosteli na Rue Baron de Torres mogę spokojnie polecić - smród skarpetek, zatęchła pościel, brudna łazienka - kwintesencja podróżowania. To najtańszy nocleg w tamtym rejonie - 45 reali (80 zł) za dobę per persona.

   Oddajemy samochód - przez 11 dni przejechał 5003 km, najtrudniejsze chwile przeżywał z Damianem, który stację benzynową zdobywał z prędkością 80 km/h.
 
Garbus

   Ale nie w hostelu człowiek żyje na Ipanemie. Żyje na plaży, która podzielone jest na sektory, w tym między innymi na sektor o nazwie "cmentarzysko słoni". Tam rezydują 60-70 letni geje. Mimo że nasza wycieczka to 7 mężczyzn i 1 kobieta (plus podążający naszymi śladami kolejnych 2 mężczyzn i 1 kobieta), to nie jest nasz rewir.
 
Ipanema

   Na Ipanemie można zabawić się dwojako. Kiedy Brazylijczycy (i Brazylijki) kompromitowali mnie na boisku do siatkonogi, Wolan postanowił wypłynąć za falę. Całość doskonale komponuje się na poniższym filmiku, który nie jest naszym dziełem, ale przedstawia wydarzenia analogiczne. Skończyło się happy endem, ludzie wiwatowali, kobiety rzucały się Maćkowi na szyje, mężczyźni ściskali dłoń. Przeżył i nawet nie będzie musiał pozbyć się części otrzymanej przez wyjazdem premii, bo takie akcje w Rio są w pełni dotowane przez miasto. Najlepsze rzeczy w życiu są przecież za darmo.
 
 
    Czyli jedno z niebezpieczeństw Rio jest zaliczone. Wysoka fala i prądy.

    Pora na kolejne. Ludzie z faweli. Do testów jako wolontariusz wyznacza się Andrzej, który o 2 w nocy bawi się w dzielnicy Lapa - imprezowym sercu miasta. To bohater. Kiedy my śpimy w hotelu, on brata się z miejscowymi (prowadzi badania etnologiczne), którzy w końcu w 10 pozbawiają go aparatu, pieniędzy i podkoszulki. To byli jednak kulturalni przedstawiciele faweli - jeden z nich dzieli się z nim swym podkoszulkiem i proponuje nocleg w kartonie pod jednym z mostów, połączony z instrukcją przygotowania posłania. Andrzej o 6 rano dociera do domu. Jest zmęczony, ale szczęśliwy - sława faweli nie jest przesadzona i przejaskrawiona.

    Żal tylko aparatu - na nim nagrane były dokonania Wolana.

Pora na główne atrakcje


- Głowa Cukru - Pau Acucar - stacja kolejki uszkodzona przez "Buźkę" jest już odbudowana - 53 reale za wjazd (prawie 100 zł)

 - posąg Chrystusa - prawie 40 metrowy pomnik na 700 metrowym szczycie (też stufka)

Chrystus

- Maracana - rekonstruowana na mundial 2014, dlatego za darmo, bo do oglądnięcia zza płota, idę o zakład, że po Mistrzostwach Tour po Maracanie też będzie po stówce

Maracana

- Sambodrom - tak chodzi o ten sam, na którym występują takie niegrzeczne panie...

Samba...

    Życie w Brazylii nie płynie w rytmie samby. Płynie w rytmie stówek - tu stówka, tam stówka, razem 3 stówki.

    Rio de Janeiro to mimo wszystko przepiękne miasto.

   Lecimy do Sao Paolo, pod nami 20 milionowy gigant. Stamtąd 10 000 km, 12 h lotu do Amsterdamu. Popatrzmy do statystyk. To mój okrągły, 259 lot, trzeba to jakoś uczcić. Koniecznie kolejnym wyjazdem. Macie jakieś pomysły?


 
The Pantanal (16.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Friday, 16 March 2012
    Po wycieczce do Iguazu, gdzie najwieksze wodospady jadly nam z reki, postanowilismy jeszcze dolozyc 2 godzinki innych przygod. A mianowicie wyprawic sie do Paragwaju, do granicznego miasta Ciudad del Este. W tamtych rejonach spotykaja sie 3 kraje - Argentyna, Paragwaj, Brazylia, dzieli je Rio Parana, a lacza 2 mosty. Ciudad del Este to bardzo przyjazne miasto, przewodnik odradza nawet spacer po moscie miedzy przejsciami granicznymi, bo napadaja i nawet nie pytaja o droge. Postanowilismy wiec przejechac, odprawa graniczna w 5 minut, ale potem poszlo z gorki - naganiacze, zebracy,naciagacze, w tym nowy typ - jadacy na skuterze i zajezdzajacy droge - oraz skorumpowani policjanci. Kupilismy po lodziku i w droge powrotna. Niestety, ale na naszej drodze stanal ostatni z tych typow. 200 m przed granica zatrzymal nasz pojazd i poprosil o liste pasazerow podrozujacych w busie, oczywiscie potwierdzona przez miejscowy wydzial ds.komunikacji. Tak, oczywiscie mielismy taki papier... jesli w ogole taki istnieje... Pierwsza propozycja to 800 PLN, uprzejmie odmowilismy, znalazl sie od razu pomocnik gliniarza, ktory zaproponowal swoje posrednictwo. Ich spolka swiadczyla nastepujaca usluge - przejmowanie pasazerow feralnego busa i przewozenie ich przez granice swoim wlasnym pojazdem. Przez granice, przez ktora z ciekawostek odprawic sie mozna dobrowolnie, jak nie chcesz, to idziesz lub jak masz auto to jedziesz - takie lokalne Schengen. Ta usluga kosztowala nas 90 PLN per grupe i byla o niebo lepsza. 
Reasumujac - Paragwaj paskudny kraj i napewno bedziemy do niego wielkrotnie powracac.

    Ruszylismy dalej.

   W planie byl Pantalan, czyli Amazonka dla ubogich, amerykanska odpowiedz na afrykanska sawanne. W realiach brazylijskich niedaleko  - 800 km, przez bardzo ciekawe tereny, biale twarze, wielkie hacjendy, pola kukurydzy - Mato  Grosso de Sul - czyli spizarnia Brazylii. Dlugie proste, pomaranczowa ziemia, ranczerzy, calkiem niezla podrobka Australii 2006.

   W Pantanalu zamieszkalismy w Fazenda San Fernardo. To ranczo, ktora zadba o to, zebys zobaczyl zwierza i zebyscie sobie krzywdy razem nie zrobili. Za 2 noclegi i 4 wycieczki w Pantanal zaplacilismy po 420 reali, ponad 700 zl od glowy. Na naszej liscie mamy: kapibary, kajmany, jakiegos jelenia (Marshalla), piranie, tapira, ocelota (taki kotek).Michal podpowiada, ze prawie widzielismy jaguara, prawie tez mrowkojada, ale prawie czyni roznice.... Gwoli sprawiedliwosci trzeba przyznac, ze zwierza bylo pelno, jak w prawdziwej Biedronce towaru. Dysponuje zdjeciami jak Wolan lapie 3 metrowego kajmana za ogon, co spotkalo sie z dezaprobata przewodnika. Naszym garbusem udalismy sie tez na jedna nielegalna wycieczke w Pantanal, zakopujac sie tuz przy wodopoju w bloto po pas, ale o tym wypozyczalnia nie musi wiedziec....

   Generalnie Pantanal mozna poleciec, choc ja wycenilbym go na 2 razy mniej. Nasza zadowolenie poglebila ekipa brazylijskiej TV (program Nuevo Campo, ogladalnosc 50 mln ludzi, leci w telewizji o tej samej porze co u nas Cejrowski), dla ktorej bylismy przez 2 dni prawdziwymi celebrytami. Do poznego wieczora Maciej W. przedstawial glownej prowadzacej w eksluzywnym interview swoje talenty. Program trwa 40 minut i ten z naszym udzialem bedzie bodajze w maju, o czym poinformujemy w specjalnym komunikacie.

    Dzis tj. w piatek zajechalismy do Rio. 1700 km, bezsenna noc, 4kierowcow, 20 bramek, jakies 4-5 wypadkow po drodze. Najmocnieszy z nich  jakies 100 km od miasta, jadaca w przeciwnym kierunku ciezarowka stracila rownowage, wywrocila sie, wiozla kilkutonowe klebki blachy, ktore ruszyly w przeciwnym kierunku, w tym na nas, rozwijajac sie tak pieknie, jak tylko wyglada zabawa z klebkami welny malego kotka... Niewiele brakowalo... Wolan, jak na prawdziwego project managera z Comarchu przystalo zorganizwal ekipe i wspolnymi silami polsko-brazylijskimi posprzatalismy autostrade (i tu slowa nie oddadza, co to za sytuacja byla, beda zdjecia, wszystk w swoim czasie).  To moze byc poczatek udanej wspolpracy obu narodow...

   Jestemy na Ipanemie, najbezpieczniejszej dzielnicy Rio, szkoda, ze pada. Poczekajmy jak to sie wszysko rozwinie, bo jest dopiero  17.30....

 
Dariusz Szpakowski (12.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Monday, 12 March 2012

    Ta jak zapowiadalem w poprzedniej relacji, Polska gościnność spotkała nas w dalekiej Brazylii. Ruszyliśmy aby zapoznać się z ofertą nocną miasta Kurytyba i po kilkuset metrach na ścianie jednego z budynków objawił się nam orzeł biały w koronie i Towarzystwo przyjaźni Polsko-Brazylijskiej im. Tadeusza Kościuszki. Było nas 4 kosynierów, chwyciliśmy szable i do środka. Tam dorodna młodzież brazylijska organizowała akurat spotkanie zapoznawcze, o Polsce nikt nie słyszał, sale wynajeli, bo była najtańsza, ale do 4 rano Brazylijki chętnie słuchały naszych opowiści o historii Polski okresu Piastów i Jagiellonow ;). W międzyczasie wyskoczyliśmy też na imprezę przywitania I roku medycyny do tzw. lokalu poliklinika, nie pytajcie mnie jak tam sie znalezlismy i co to za lokal (Kicz to przy nim oaza luksusu i elegancji), Wolanski Maciek twierdzi, ze czegoś tak pięknego nie widział nigdy w życiu, ucząc Brazylijki krakowiaka o świcie. A z takich ciekawostek praktycznych, Kurytyba będzie gospodarzem na World Cup 2014, stadionu jednak nie uwidieliśmy, najważniejsze to zachować spokój do samego konca jak my. Wracając do hotelu nad ranem minęliśmy jeszcze dwuprzegubowce, z których słynna jest Kurytyba. Dorzuccie do Ikarusa jeszcze jedna przyczepkę i wiecie o czym tu mowię (zdjęcie we wcześniejszej relacji). Rano start przewidziany był na godzinę 8.30. Nie udało się wyjechać przed 9.40. Kierownice wział w dłoń Damian (zaraz rzuce tabletem marki Asus o sciane, nie kupujcie nigdy tego chińskiego badziewia, to nie mój, ale mam ochotę to zrobić), który jest naszym pokładowym serwującym ciekawostki o Brazylii. Dzięki temu już wiemy, ze Brazylia to najwiekszy na świecie eksporter soi, a z Gdynii do Parnaguy co kilka dni odchodzi kontenerowiec, ktory z reguły wiezie szyny z Huty Katowice do Brazylii. Skomplikowane? Damian udzieli w Krakowie prywatnych konsultacji, szczególnie żądnym wiedzy młodym pannom z dobrych domów. Ciekawym zjawiskiem na brazylijskich drogach sa posterunki rodoviaria policia. Co kilkadziesiąt kilometrów znajduje się na drodze blokada, wokól niej budy, i sterty rozbitych, pokiereszowanych aut. Dowożone są one tylko z odcinka, ktory obsługuje dana jednostka. Jest tego sporo, na samym wczorajsztym odcinku (620 km z Kurytyby do Foz de Iguazu na granicy z Argentyną) mieliśmy do czynienia z 3 dachowaniami i  motocyklistą w częściach. Smutne, ale realia drogiej brazylisjkiej nomen omen drogi (150 zl za to co wyżej) są takie właśnie. Na 19 docieramy do celu, szukamy Itapiu Dam, największej na świecie hydroelektrowni (do wybudowania tamy zużyto tyle betonu, ile wystarczy na ułożenie autostrady z Lizbony do Moskwy), ale sprawa jest dziwna. Nie mozemy jej znaleźć, tak jakby zużyto na nia tyle betonu, ile na polskie autostrady. Wielkości miasta ma być, 8 km długości, 65 pięter wysokości. Miejscowy młodzieniec robi deal życia, twierdzi, że wie i dosiada się do nas, mówiąc że nam pokaże. W pewnym momencie mówi, że tu wysiada. Okazało się, w końcu że jesteśmy na moście do Paragwaju, nie na tym kierunku co trzeba. Nie chcemy chłopa do końca winić, może to wina mojego hiszpańskiego i Damianowego portugalskiego, ale niesmak pozostał. W końcu docieramy do tamy i bierzemy udzial w fajnej imprezie, oświetlamy ten biznes. Big wow, w stylu Vangelisa i koncertow Jean Michelle Jarra w Egipcie. Za 22 reale Brazylijczycy obwoża po inwestycji, ktora zapewnia 95 % energii Paragwajowi i 20 % Brazylii. Impressive. Będą zdjecia, a kapibary nam z ręki jadły. Dziś Argentyna i Iguazu Falls, największy chyba z 7 nowych cudów świata natury. Wstep 75 zl (100 peso) i ewnetualne 90 za wpływanie motorówką pod wodospady. Piękne, wspaniałe, cudowne, zajebiste, czadowe, wyśmienite, cool, fajowskie. Warte grzechu i przypominam cena biletu do Brazylii to jedyne 252 euro ;).

    Kończymy dzień argentyńska wołowina i będę sentymentalny... 15 lat temu wstałem o 3 nad ranem, żeby   obejrzeć mecz, Paragwaj grał z Polska. "Ze studia w Warszawie wita państwa Dariusz Szpakowski. Asuncion jest tak daleko, ze TVP nie zdecydowała się wysłać komentatora na to spotkanie". Drzącymi rękoma otwierałem atlas żeby palcem po mapie pojechać do Paragwaju. A dziś jem tam argentyńską wołowinkę. Marzenia sie spełniaja, tylko czasem trzeba pare całek rozwiazać, żeby do tego dojść. Panie Dareczku kochany! Jestem tu! Na granicy Brazylii, Paragwaju i Argentyny.


 
Kurytyba i okolice (10.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Damian Grela   
Saturday, 10 March 2012

WRITTEN BY Jacek Gabryś

    Po przyplynieciu z Ilha Grande do Angra puscily nam hamulce i przez miejscowa fawelke ruszylismy w kierunku dworca autobusowego piechota. Przejazd do Paraty, kolonialnego miasta, w ktorym z grubsza wszystko krecilo sie wokol trzech kosciolow (dla plantatorow, niewolnikow, i ex-niewolnikow) jechalismy specyficznym wynalazkiem - autobusem miejskim, z konduktorem, miejscami stojacymi, ludzie wchodzili i wychodzili - 80 km. 2,5 godziny. W tym czasie w Rio formowala sie grupa druga, ktora prowadzil Wolanski Maciek. To mocna grupa, po 12 godzinnym locie wypozyczyli auto i ruszyli 300 km naszymi sladami. To niezwykle auto, przypomina volkswagena, ktorymi NRDowscy hipisi jezdzili do Jugoslawi 40 lat temu.

    My w tym czasie walczylismy w Paraty w bardzo specyficznych warunkach. Zamieszkalismy w dormie, ktory mial podwojnie pietrowe lozka, wiem, ze sobie trudno to wyobrazic, ale wszystko to miescilo sie na 10 m2. wliczajac lazienke Po pierwszej wizycie w pokoju wrocilismy do recepcji z pretensjami, ze tam nie ma miejsc. Pan odpowiada, ze miejsc jest tam wiele, trzeba najpierw obejsc drabinka pietrowe lozko, ktore aktualnie juz jest zajete, a tam, na prawdziwym pieterku znajduja sie nasze wlasciwe poslania. Never mind. Droga impreza - 65 zl za osobe, ale takie sa tutaj ceny.

   

Konkurencyjna wyprawa do Peru byczy sie pewnie teraz nad hotelowym basenem w Sheraton Lima. My, prawdziwi backpackerzy nie mozemy sobie na to pozwolic ;)

Do rzeczy jednak. Poranne zwiedzanie Paraty. To ladne miasto, niskie budyneczki, elegancko pomalowane, kanaly, kanarkowo, przyjemnie. 2 godzinki, nie wiecej. Podobn uznane za jedno z 50 miejsc, do ktorych w 2012 nalezy przyjechac.

Zaczelismy prawdziwa przygode. Na pierwszy dzien w Garbusie rozmiar L poszlo 680 km do Kurytyby. Wolan szalal za kierownica, drogi sa bardzo przyzwoite, podroz sprzyja nawiazywaniu kontaktow. Z przodu jedzie dwoch kierowcow, drugi rzad zajmuje Ewa, Kania i Radek, a w trzecim rzedzie podrozuje grupa najbardziej imprezowa i awanturujaca sie. Sielanka brazylijskiej drogi (ocean, fale, gory, tankowce na widnokregu, lasy tropikalne, ocean, morze, 30 stopni) zaklocila nagle wszechogarniajaca cisza. Garbus nie jedzie. Najlepsze w tej sytuacji bylo to, ze rozkraczylismy sie ... 7 metrow od lokalnego warsztatu. Klucz 10tka i nasi firmowi specjalisci naprawili usterke. Co sie stalo ? Auto sie naprawilo...

Mijamy Sao Paolo, korki jak na Wielickiej, mijamy Santos, czyli miasto z klubem, w ktorym gral Pele, docieramy w koncu do Kurytyby, czemu nie przeszkadza gigantyczny luz na kierownicy naszego Garbusa. Kierownica zaczyna reagowac dopiero jak ruszysz ja o pol metra w prawo czy w lewo.

Fajna ta Brazylia. Przemysl, zabawa, slonce, dobre jedzenie, dobrobyt. Wyglada to znacznie lepiej niz w Rio

W Kurytybie zamieszkujemy w w hotelu Formula 1 (za trojke 103 reale = 185 zl, to dobra cena jak na taki hotel w Brazylii) i dzis krecimy sie po okolicznych miastach i plazach. Co ja bede Wam opowiadal, jest ciezko. Capoirinha, ocean, 30 stopni, kolonizatorskie miasteczka, rybka. Po kolei kazdzy zmaga sie z kierownica Garbusa. Nie zrazeni tym ciezkim dniem, zaraz ruszamy na podboj Curitiba by night, stan w ktorym jestesmy to miejsce, gdzie mieszka większość z 1.2 mln potomkow Polakow, ktorzy przybyli tu jeszcze przed wojna. Napewno dobrze sie nami zaopiekuja!


 
Ilha Grande (7.III.2012) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Wednesday, 07 March 2012
  
 
  Pierwszy pobyt w Rio postanowiliśmy zakończyć jak to tylko możliwie najszybciej. Taki był plan, ale pomógł nam w tym kolega z pokoju obok w hostelu (90 reali za trójke), który stwierdził, że jest tu 5 dni i  napadnięto go 2 razy, 2 razy napastnicy pomagali sobie bronią palną. Stracił I-Phone i aparat. O 6.30 stalismy juz pod hotelem, biorąc taksowkę na dworzec autobusowy. Psychoza strachu, pieniądze i dokumenty pochowane pozaszywane podskórnie, taksowka zamknięta od środka. Koledzy z fawel musieli się obejsc smakiem. Dworzec już przyzwoity i za 40 reali ruszyliśmy w kierunku Ilha Grande, tropikalnej wyspy 200km na zachód od Rio. Tam inny już świat, ludzie o dobrych sercach, zadowoleni, uśmiechnięci, 'bezbronni'. Przy wyspie akurat stacjonował lokalny kapitan Schettino i Costa Concordia, więc chwilowo liczba ludności podwoiła się, ale my przeczekaliśmy tam 2 dni i ruszamy zaraz w kierunku Paraty. Przeczekaliśmy godnie, robiąc wycieczki po lokalnej dżungli i zadając się z lokalnymi mieszkańcami na ukrytych plażach, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, mimo że po dżungli podróżowaliśmy w klapkach, Damian postanowił utrudnić sobie przygodę, uszkadzając ich system nośny. Plaże wzdłuż całego wybrzeża Brazylii lekko się zabrudziły, w każdej zatoce postawili platformę, port przeładunkowy, taka jest cena bycia 6tą gospodarką na świecie, na szczęście na Ilha Grande można znaleźć jeszcze przyzwoite miejscówki, co pokazuje zdjęcie. A jak jeszcze wieczorem rybkę podlać szklaneczką piekielnie mocnej Capoirinhni...

 


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.