Aktualności
Irlandia (25.X.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Irlandia nie wygląda na bardzo egzotyczny kierunek, przecież mieszka tam około (?) 150 tysięcy Polaków, czuć się tam można jak w domu, choć wierzyłem, że Polak czai się tu za każdym rogiem, a jednak trzeba było trochę poniuchać. Jak na wyspę, na której mieszka w sumie 4,6 mln ludzi, to całkiem dobry wynik, a dziś po 21 na pewno się jeszcze polepszy!!

  Do Irlandii warto się wybrać (z Polski w 2 strony można polecieć poza sezonem już za 150-200 zł tam i z powrotem, irlandzkie miasta - Dublin, Shannon, Cork, Belfast - obstawiły równo Ryanair i Wizzair, wożąc spragnionych dewiz Polaków w zasadzie z każdego większego miasta, które posiada lotnisko - a w Polsce posiada je np. Radom, Gdynia i Szymany), bo tam po prostu jest fajnie!
 
  Krótka obserwacja miejscowej społeczności mówi mi jednak, że asymilacja nie przeszła do końca idealnie, ciężko Polaków spotkać w irlandzkich pubach, ani po jednej, ani po drugiej stronie kontuaru. To że nie ma ich po stronie klienteli to pewnie i dobrze, choć chyba nie ma nic bardziej irlandzkiego niż irlandzkie puby, ale to że nie ma ich po stronie nalewającego, będąc równocześnie obecnymi na zapleczach w kebabiarniach i hamburgerowniach, napawa mnie smutkiem!
 
 
  Ale nie idźmy tą drogą, nie dokonujmy analizy sytuacji emigrantów z Polski na Wyspach. Przykładowe 4-5 dni rekonesansu w Irlandii może wyglądać tak:

Dzień 1

- przylot do Shannon, tam nic oprócz lotniska nie ma, obok jest Limerick (ujdzie), skansen w Bunratty (wraz za zamkiem) i Adare (jedna z najstarszych irlandzkich wsi)

Dzień 2

- Moherowe Klify, zdecydowane nr 1 w Irlandii, dojeżdżamy klasycznymi lokalnymi dróżkami, kamienne murki, farmy, trawa, konie i ocean na horyzoncie. Niekoniecznie trzeba wchodzić czy wjeżdżać przez główne wejście, bo to koszt ponad 10 euro, 1-2 kilometry dalej da się wejść na obiekt "od strony pastwiska", wygląda na całkiem legalne wejście, korzystają z niego obywatele nie tylko Polski, a również Hiszpanii i Portugalii, których w Irlandii jest zaskakująco dużo. Wysokość klifów to nieco ponad 200 m, niby niewiele w stosunku do norweskich fiordów, ale upadek z nich może być równie bolesny. Robią wrażenie!
 
Klify

- Zamek w Kinrava -  po drodze, więc niczego nie tracimy i zdecydowanie niczego wielkiego nie zyskujemy

- Ashford Castle + Lough Corrib - 5* hotel, za bodajże 5 euro można ogrzać się w jego blasku, obejrzeć jego ogrody, jezioro, ale do środka wstępu mieć nie będziemy. Zdecydowanie jednak numero uno irlandzkiej sztuki zamkowej. Po 18-tej wpuszczają na teren kompleksu za darmo.
 
Ashford

 
Dzień 3

- przenieśmy się na południe, do Killarney National Park, choć w Polsce znajdziecie zdecydowanie ciekawsze...
 

- Cork i zamek w Blarney... też przy odrobinie zachodu do pokonania bocznym wejściem (do czego nie zachęcam) ... sam zamek nie jest zbyt imponujący, ale Poison Garden (ogród z trującymi roślinami) już jak najbardziej

Dzień 4

- Hook Lighthouse - reklamuje się jako najdłużej wciąż operująca latarnia morska na świecie. Dlaczego im nie uwierzyć, okolica też bardzo ciekawa
 

- Kilkenny - taki irlandzki Kraków, swego rodzaju skansen, warto zobaczyć tą irlandzka cepelię z typowym zamkiem, katedrą, cmentarzem, wszystkim otoczono idealnie przystrzyżonym trawnikiem
 
- Wicklow Mountains National Park - rzucić okiem, przejechac, pojechać dalej

Dzień 5

- Dublin, czyli Muzeum Guinessa, którego w stałej cenie 4,50 euro poza Dublinem kupuje się na każdej irlandzkiej ulicy (na świecie dziennie pije się 10 milionów kufli tego ciemnego piwa), do tego przyjrzeć się życiu w jednej z kilkudziesięciu europejskich central amerykańskich gigantów (Google, Facebook, Twitter mają swoje EMEA HQ właśnie w Dublinie), Phoenix Park, czyli Błonia razy kilka w centrum, Trinity College, the Spire (120 metrowa antena stojąca na głównym deptaku), i parę innych. W Dublinie żyje około 40% mieszkańców Irlandii, tu Polaków jest ponoć najwięcej, ale giną w tej międzynarodowej mieszance, na wsi też występują, ale tam giną z kolei w tej sielskiej atmosferze, w której jednak ton nadają irlandzcy wieśniacy w swetrze znanym z filmów o IRA
 
 
 
Dzień 6

- opuścić Dublin na pokładzie zawsze gościnnego Ryanaira, albo przejechać za 15-17 euro do Belfastu, gdzie zdołować się klimatem tego podzielonego murem miasta (podobne cuda można zobaczyć jeszcze w Izraelu, w Meksyku, w Nikozji czy u Orbana na Węgrzech). Takiej beznadziei nie widziałem nawet w Radomiu. I za prawdę lepiej Wam będzie w Polsce przez kolejne 4 lata, niż w katastrofalnym Belfaście
 
 
   Generalnie Irlandia jest finansowo w zasięgu przyjeżdżającego na kilka dni Polaka. Noclegi za około 20 euro, posiłki w pubie za około 15 euro z Guinessem, auto za 20 euro za dzień. A jakość dostajemy całkiem wysoką, widziałem już gorsze miejsca do życia i do podróżowania i nie dziwię się miłości, którą Polacy Irlandię obdarzyli.

 
Mołdawia (26.IX.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Jeśli komuś wpadł do głowy tak dziwny pomysł, jak wycieczka do Mołdawii, najbiedniejszego kraju Europy (PKB bodajże 2 razy niższe per capita niż na Ukrainie), to ja mówię: "dlaczego nie?". Krępujący będzie tylko dojazd, z Krakowa do granicy węgiersko-rumuńskiej jest mniej więcej 6 h (Satu Mare), a do granicy rumuńsko-mołdawskiej kolejne 8 h jazdy.

  Rumunią już absolutnie nie można straszyć dzieci, coraz trudniej spotkać na drodze wszechobecne jeszcze kilka lat temu nieoświetlone wozy z sianem, praktycznie nie można ujrzeć już dziur w nawierzchni (dawniej bywały leje po bombach), miasta przypominają te austriackie, a ludzie tych z Champs Elysee w Paryżu. Ameryka. Setki odnowionych monastyrów umilają drogę północnymi rubieżami Rumunii (w kierunku granicy w Iassy), słynną Bukowiną, która nie tak dawno pozostawała jeszcze pod polskim jarzmem. Nie ma już na rumuńskich drogach osławionych patroli, które wyciągały rękę po jakąkolwiek walutę, zdecydowanie polecam tak do Mołdawii dojechać i absolutnie nie kierować się przez Ukrainę (ryzyko kilkugodzinnego postoju krajoznawczego na obu granicach). Tylko autostrad nie widać zbyt wiele.
 
Rumunia 

  Zabawa zaczyna się na granicy mołdawsko-rumuńskiej. Rozbieranie auta na części, niemiła obsługa, zielona karta (5 euro), podatek wjazdowy (4 euro)... ale jest WiFi! Czego się nie robi dla klienta, żeby się nie nudził, podczas "wykonywania czynności". Jeszcze tylko 100 km do Kiszyniowa (2 h jazdy dość wyboistą, ale znośną drogą) i jesteśmy w stolicy, która na pewno robi lepsze wrażenie niż takie radzieckie cudeńka jak Duszanbe czy Biszkek. Blokowiska wyglądają całkiem przyjaźnie, w centrum setki kwiaciarni, jest McDonald, BMW X5, eleganckie "Lounge", w których mołdawska klasa wyższa omawia jak biznesowo lawirować między UE, a Rosją, choć wielu Mołdawian głośno myśli i marzy o Mołdawii jako części Rumunii. W końcu nikt nie chce być pariasem kontynentu, na którym mieszka, choć po tych wszystkich zapowiedziach spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.
 
 

  Ceny są bardzo przystępne, hotele w centrum od 60 PLN za dwójkę, restauracje od 40 PLN za parę. No i większość atrakcji jest praktycznie maksymalnie poł godziny od Kiszyniowa (na sam Kiszyniów kilka godzin wystarczy). Oto ich krótka lista:

No1. - Milestii Mici - potentat na rynku winiarskim, 1,5 mln butelek wina pochowanych w kilkudziesięcio kilometrowych korytarzach podziemnych... pomiędzy tym wszystkimi jeździ się samochodem... notowane w Księdze Rekordów Guinessa, atrakcja na skalę światową. 60 zł bez degustacji, 70 zł z degustacją. Po wyjściu z lokalu obowiązkowy sklep, gdzie chyba całkiem znośne wina sprzedają już od 5 zł za butelkę. Idealne miejsce dla krakowskich centusiów.
 
 

No2. - Cricova, jak wyżej, ale już bez możliwości manewrowania bolidem pomiędzy beczkami i butelkami. Obowiązuje wcześniejsza rezerwacja, wydaje się być bardziej wysublimowana niż jej konkurentka.

No3. - Monastyr Orheiul Vechi - wart krótkiej przejażdżki, kilkuset letni, położony na skale. Choć Meteory greckie to jednak zdecydowanie wyższa liga
 
 

No4. - Soroca Fortress - dla bardzo dużych koneserów fortec...chyba nie warto tłuc się dla tej fortecy po mołdawskich drogach.

Reasumując - 2 dni w Mołdawii to wystarczający czas na obejrzenie głównych atrakcji. Z ludźmi się bardzo nie zaprzyjaźnicie, ale wina napijecie i wszechobecną atmosferą "mam wyje..ne" się zachłyśniecie. Wszystko wśród pól, lasów i winnic.

POLECAM.
 
 
 
 

 
Europa w ruinie (31.VIII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Podróż po Polsce w ruinie kilka tygodni wcześniej okazała się dużym sukcesem, wróciłem cały i zdrowy, postanowiłem więc powąchać trochę Europy w ruinie.
   
   Tym razem budżet się zwiększył i mogłem na peronie w Krakowie udać się na peron dla VIP'ów, czyli tam, gdzie stało słynne Pendolino. Już na starcie 20' poślizgu, heheszków i docinków w kierunku PKP końca nie było, ale po 2h10' trzeba było wszystko odszczekać, bo Pendolino dojechało do Warszawy o czasie. Poziom obsługi na najwyższym poziomie, bardzo profesjonalne tłumaczenia o "naszych najlepszych ludziach pracujących nad implementacją WiFi", szkoda tylko, że odebrali słynny poczęstunek od PKP Intercity, to chyba było ostatnio małe Prince Polo. Teraz to luksus w tylko w pierwszej klasie, choć trzeba oddać, że woda i sok oraz kawa jest dalej. Przypominam zawsze w tym miejscu, że za taki sam odcinek w Czechach płacimy połowę stawki.

   Po drodze oczywiście dworce odpicowane jak panny z Frantica, ale o tym już było w poprzednim odcinku.

   Celem pośrednim była Warszawa, a bezpośrednim w Polsce Gdynia. My, ludzie z południa, zawsze z pewną dozą podniecenia odwiedzamy Trójmiasto i wybrzeże Bałtyku, takie same emocje towarzyszą tym z "góry mapy", kiedy jadą do Krakowa i dalej w Tatry. Nie inaczej było tym razem, powietrze nasycone mitycznym jodem wesoło wchodziło w nozdrza.
 
Plaza w Gdyni 

   Sam Bałtyk, szczególnie ten nad Zatoką Gdańską, to jest jednak porażka. Czerwona flaga, zakaz kąpieli, sinice, nowe modne zjawisko upwelling (czyli 9 stopni Celsjusza temperatura wody), bardzo duże stężenie "kur.w" w powietrzu, gofry za dychę i tłumy (choć nie było zbyt wielu parawaniarzy, wbrew szerzonej propagandzie) - ja mówię Bałtykowi NIE, choć szanuję zdanie romantyków, którzy uwielbiają spacery po władysławowskiej plaży, nawet w sezonie (mam informacje, że puste plaże bez problemu znaleźć można między większymi miejscowościami i w środku lata i ja tym informacjom wierzę).
 
 

   Bałtyk mimo wszystko wciąż tańszy jest niż Chorwacja, ale to, co tam dostajemy, to towar na maks dostateczny. Oczywiście piękny jest Gdańsk, choć zapchany tandetnymi straganami Jarmarku Dominikańskiego, zza których ledwie co widać zabytki (Długi Targ, Dwór Artusa, Mariacka, Martwa Wisła to klasa światowa, o czym świadczą tłumy zachodniaków i dewizowców, oni zawsze wiedzą co najlepsze).

   No i w Gdańsku jest muzeum, które określam chyba mianem najlepszego jakie widziałem - Europejskie Centrum Solidarności, zaraz za bramą Stoczni Gdańskiej, szkoda jednak, że brama prowadzi teraz do muzeum, a nie do zakładu produkcyjnego. To jest też element Polski w ruinie, bo niemieckie stocznie radzą sobie świetnie.
 
 

   Ruszamy dalej, to zaskakujące jak tanio można polecieć z Gdańska czy innych Katowic, w środku sezonu, kupując bilety kilka dni wcześniej, w kierunku Zachodu, Północy czy nawet Południa Europy. Bilet do Hamburga to koszt 150-200 zł, praktycznie z ulicy. To dla emigrantów działa prawie jak Mega Taxi w Krakowie.

   Hamburg to jeden z największych na świecie portów, Niemcom opłacało się go zbudować nawet 100 km od morza, nie chcę nakłamać, ale chyba coś nawet kopali. Oczywiście jest i Czerwona Dzielnica, St.Pauli, wiadomo, że marynarz schodzący na ląd, to marynarz wygłodniały. Ale to wszystko już raczej melodia przeszłości, St.Pauli to raczej legenda, rzeczywistość jest taka, że dzielnicę opanowali hipsterzy i już wkrótce podzieli los Brooklynu, który powoli staje się jedną z najdroższych i najmodniejszych nowojorskich dzielnic.
 
 

  W każdym razie Hamburg to stolica niemieckich mediów, Spiegel, Bild itp., nawet James Bond w którymś z odcinków walczył tu z magnatem medialnym, który oczywiście miał w planie piękną, światową katastrofę. Hamburg jest bogaty, jest ładny, jest określany jak tuzin innych miast Wenecją Północy no i w okolicach Dworca Głównego szokuje - nie widać tam rodowitego Niemca, są za to Turcy, Syryjczycy, Ghanijczycy i Albańczycy. Kilka kilometrów dalej 2 piękne sztuczne jeziora, na których "prawdziwi" blond Niemcy pływają na swoich żaglówkach, wieczorem obsiadając jedną z setek wytwornych kawiarenek, bo Hamburg to wielkie pieniądze z handlu i właśnie z portu, stojąc jakby ponad tymi wszystkimi historiami o emigrantach szturmujących Europę Zachodnią. Czy słusznie, czas pokaże.
 
 

  Wart jest Hamburg 17 euro i noclegu w Generator Hostel, wart jest jednego dnia, chociażby dla spaceru tunelem pod rzeką (auta zwożone są windą kilkadziesiąt metrów pod ziemię).

  Z Niemiec już blisko do Holandii, tworu przeoranego przez człowieka na wszystkie strony. Tysiące kilometrów autostrad, śluzy, promy, kanały, rowerowe wielopoziomowe skrzyżowania, wiatraki, perfekcyjna kolej i zgrana karta - Amsterdam - ile można zachwycać się coffee shopami i paniami ze wschodu w oknach o czynszu 150 euro za dzień. Ładniejsze kanały spotkać można na przykład w Delf, gdzie chowa się holenderskich królów, Groningen jest bardziej swoiski, a w Rotterdamie klasa i szyk, bo to holenderski odpowiednik Hamburga, największy w Europie port kontenerowy, ciągnący się 50-70 km wgłąb lądu, zatrudniający 315 tysięcy ludzi. Miasto nie było odbudowywane ząb w ząb po II-giej Wojnie Światowej, rozdano nową kartę, nadano mu nowy kształt. Pieniądze wiszą w powietrzu, robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż zadeptany, cygański i łajdacki Amsterdam. W Holandii wszystko jest blisko, bez problemu i bez wysiłku można być jednego dnia i w Eindhoven i w Goudzie, i w Amsterdamie, i w Rotterdamie i w Hadze. Najlepiej to robić autem, bo ceny pociągów nie są najtańsze, choć po prawdzie cena parkingu może też boleć. 50 euro kosztuje całodniowy karnet na wszystkie pociągi, więc można spróbować w ten czas objechać co mniejsze holenderskie atrakcje, choć uprzedzam, że co chwilę człowiek będzie się zatrzymywał, zachwycając się aż czasem kiczowatym krajobrazem - młyn, wiatrak, kanał, rower, tulipan. Niczego nie oczekujcie od ludzi. Holendrzy to nieprzyjemny naród, już za II wojny znany z wydania prawie wszystkich Żydów Hitlerowi. A może jednak objechać Holandię rowerem ? Międzymiastowe rowerowe autostrady to norma.
 
 

  Niestety Holandia to droga impreza. 50 euro na dzień to absolutne minimum, celujmy w 70-80e, Lonely Planet wszystko poniżej 100 euro na dzień traktuje w kategorii ubóstwa i my Polacy musimy się w tym zmieścić. Pod tym względem Niemcy są sporo tańsze, nie wywołują też tak klaustrofobicznych odczuć jak Niderlandy. Tu jest tłoczno prawie jak w Indiach.

  Przykładowe ceny:

  • 7,50 euro - całodzienna komunikacja Amsterdam
  • 25 euro - pociąg Groningen - Amsterdam
  • 8-15 euro - lunch
  • 12 euro - wynajem roweru Rotterdam
  • 1 euro - Heineken z nalewaka na ulicy w Groningen
  • 20-25 euro - dorm i upodlenie z 8 osobami w środku w jednym z holenderskich hosteli
  • 5 euro - joint w coffee shopie.
 
 

   Darmowa jest tragiczna pogoda, w Holandii prawie cały czas leje, wieje i jest niefajnie, wyrazy współczucia dla imigrantów z Surinamu czy Indonezji, byłych holenderskich kolonii, ale przynajmniej będą żyć dłużej.

   I znów relatywnie tani lot z Eindhoven do Polski (299 PLN), "na jutro" i kolejny etap podróży, tym razem rodzinnie, więc samochodowo.

   Adriatyk i Szybenik to 12 h jazdy autostradami, za około 1000 zł w 2 strony (benzyna plus naklejki na szybę), do Zadaru to pewnie i 10-11h. Nie zalecam podróży powyżej Zadaru, czyli do nie-Dalmacji, tam pogoda też bywa w kratkę, morze nie jest już tak kuszące, a noce tak ciepłe. Chorwacja od Bałtyku na pewno jest droższa, ale czy za cenę paru stówek mamy sobie odmawiać komfortu i pełnego zadowolenia? Polacy najechali Chorwację już niczym Czyngis Han najeżdżał sąsiadów 1000 lat temu, ale dalej tych zatoczek, wysepek jest nieskończona ilość, na pewno dla każdego wystarczy. Czy to tekstylnego czy też nie, jak mówiłem, Polaków jest w tym roku więcej, więc i "ku.w" w powietrzu też więcej, ale ginie to jednak w zalewie innych nacji, głównie Czechów, Niemców i Węgrów. Po ISISie w Turcji, po Alfa Star i Egipcie, po strachach bankomatowych w Grecji, Chorwacja wydaje się najrozsądniejszą opcją na wakacje typu leżak, piwo i słońce. Polecam Rogoznica, Omis, wybrzeże miedzy Sibenikiem, a Makarską, nie ma co dalej jechać, bo chorwackie autostrady w sezonie dotknięte są przeciążeniem, czas jazdy do Polski może wydłużyć się o 3-4 godziny, w zależności od korka na bramkach i granicy ze Słowenią (Chorwacja jest poza Schengen). Chyba, że nie zachowamy się jak większość baranków i na wakacje ruszymy na przykład we wtorek albo chociażby w nocy.
 
 

      Piękna ta nasza Europa, prawda ?
 

 
Świat też jest w ruinie (23.VIII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

Zawsze popieramy takie inicjatywy! Sami jesteśmy na nie "za cieńcy". Do tego kilka zdjęć z Dolomitów.



 
Polska w ruinie (10.VIII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  Pewne ciemne interesy zawlokły mnie na kilka dni w Polskę. Jako człowiek światowy, Polski w ruinie unikam, ale chciałem mimo wszystko na własne oczy sprawdzić, jak żyje się na wyspie 25-lecia

- z racji małych funduszy (interesy były niewielkie) wybrałem do przemieszczania się pociąg marki TLK Stoczniowiec. Przypadek sprawił, że z tego samego peronu, o tej samej porze, odjeżdżały 2 pociągi w kierunku Gdyni - TLK właśnie i Pendolino
 
 

- to bezcenne obserwować 90% podróżnych, wchodzących na peron, którzy z zazdrością i nadzieją patrzyli w kierunku Pendolino, godnie jednak przeżywająca fakt, że to nie ich środek transportu. Nad morze 5,5h vs 11h, 170 zł vs 70 zł, to brzmi sprawiedliwie. W Pendolino zasiadło jakieś 100 osób, głównie zachodni turyści, korpo na delegacji, urzędnicy, senatorzy i posłowie, UBecja, szeroko pojęty establishment. Pozostali obywatele (około 400?) karnie, w tym ja, zasiedli w TLK, które na pierwszą stację wjechało z 10' opóźnieniem, do Bydgoszczy dojeżdżając prawie z godzinnym.

- tu dygresja, bilet na Pendolino w Czechach, na trasie Ostrawa-Praga, długość jak Kraków - Warszawa, kosztuje w zasadzie zawsze 50-60 zł, w Polsce 120-130 zł, mimo że teoretycznie Czechy są państwem lepiej sytuowanym

- co ciekawe, miałem też rower ze sobą, o ile bilet na człowieka można zakupić w Internetach, o tyle po bilet na rower trzeba pofatygować się na dworzec. Nie ma możliwości załatwić tego przez Internet

- po drodze muszę przyznać mijamy małe, urocze dworce, remontują na potęgę, dobrze to wygląda. Gorzej, bo gdy człowiek wychyli się bardziej z pociągu i wyjrzy za dworzec, to widzi tylko 3 znane wszystkim Polakom marki - Provident, Roban i Planeta. Ewentualnie Lidla. 
 
 

- ALE NIE WIDAĆ LUDZI!!! We wszystkich tych miastach nikogo oprócz kilku emerytów, miejscowej żulerni i pojedyńczej matki z dzieckiem (samej, bo mąż na robotach) nie ma !! Nawet tipsiary już wyjechały....Nikt też do pociągu nie wsiada, bo i po co ? Swój mikroświat ma opisany w punkcie powyżej. Jednak Kraków, Warszawa, Wrocław i Gdańsk to nie cała Polska
 
 

- W Bydgoszczy znów ten sam problem - pięknie odnowione Stare Miasto, ale ludzie padli chyba ofiarą epidemii, z rozmów wynikało, że Ci co byli widziani, przyjechali z UK na wakacje
 
 

- wszędzie eleganckie rowerowe ścieżki, świetnie oznakowane szlaki, powoli rezygnuje się z gustownej czerwonawej kostki brukowej, która była symbolem Polski przez ostatnie 25 lat i to mnie cieszy

- Toruń - klasą dorównuje Krakowowi, więc tam ludzie się pojawiają, znowu - elegancko wykończony, trochę jednak zaburzył dobre wrażenie fakt, że większość zebrała się rano na śniadaniu w barze mlecznym, za 5,50 zł jajecznicza + bułka z serem
 
 

  Podsumowując - jest dobrze, ale mam nieodparte wrażenie, że dosyć chu..owo. Perspektywa pracy do 80-ki jako nocny stróż na parkingu strzeżonym jest mocno prawdopodobna.

 
Azja Centralna - zakończenie (19.VII.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

Po 29 dniach zakończyliśmy włóczęgę po Azji Centralnej. Zapraszam na zdjęcia!

ZDJĘCIA 

 


 
Azja Centralna (17.VI.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

   Juz od jutra przez 4 tygodnie Azja Centralna. Tadzykistan, Pamir, Kirgistan, Uzbekistan, byc moze Kazachstan i znów Kirgistan.

  Jak zwykle tempo zabójcze, temperatury wysokie, post radziecki syf, biurokratyczne procedury i wysokie gory.

   Zaczynamy w Duszanbe, po kilku godzinnym locie z Pragi, przez Stambul, az do stolicy pieknego Tadzykistanu (wiza ponoc wydawana na lotnisku...ale to sie okaze). Nie ma czasu na agende. Stay tuned.

RELACJA

 


 


 
Cyklady - Mykonos i Santorini (11.VI.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
  
 

 
 
 
Co to jest ?

To mityczne wyspy, o których śpiewał Maanam. Kwintesencja greckiego stylu życia, słynne białe domki i niebieskie dachy. Miliony turystów z okupujących Niemiec i nie wiedzieć czemu z Australii i USA. Piękne plaże i smakowita musaka. Młode, ponętne Skandynawki, dysokteki Mykonos dla jednych, przyjazne plaże dla rodzin z dziećmi dla innych. Relatywnie niedaleko od Aten.
 
 
  
 
Kiedy jechać ?

Jeszcze niedawno twierdziłbym, że od początku maja, do połowy października. Dziś jestem bardziej sceptyczny. Optymalny czas to II połowa czerwca i cały wrzesień. Odpuściłbym szkolne wakacje i skrajne okresy. Słynny wiatr meltemi wieje tam na okrągło i nawet pływanie jachtem z serii "Love and Drink Boat" może okazać się wymagającym wyzwaniem. Z początkiem czerwca Morze Egejskie może mieć jeszcze temperaturę Bałtyku. Absolutnie nie kierować się tam w zimie i wczesną wiosną. Rozczarowanie pogodą może być ogromne.

 
Jak dotrzeć ?

Chyba najlepiej do Aten (np. Ryanair z Warszawy lub Bratysławy, Easyjet z Berlina, 250-400 PLN). Z lotniska za 5 euro przez całą dobę kursuje autobus i do Pireusu (główny port) i do centrum Aten. Jest jeszcze jeden port (Rafina), dużo bliżej z lotniska, niż ten w Pireusie, ale dojazd nie jest już tak oczywisty i nie jest dostępny 24/7. Z Rafiny wydaje się być bliżej na większość z Cykladów.
 
W porcie "sky is the limit". Promów jest multum, w sezonie pływają po kilka razy dziennie. Wolne promy, co zrozumiałe, są najtańsze (ok 30 euro na Mykonos, dzieci do 5 lat za darmo, starsze za pół ceny, 5h), te szybsze (50-60 euro, 2,5-3h) są droższe i bardziej huśtają.
Oprócz naprawdę wyjątkowych sytuacji, nie ma problemów z zakupem biletów nawet tuż przed "odlotem", na prom można wejśc nawet kilka minut przed jego odpłynięciem, dopóki lina nie zostanie bezpowrotnie odwiązana. Między Mykonos, a Santorini pływają tylko szybkie promy, więc 60 euro płynnie opuści nasz portfel.

33 wyspy Cykladów są zamieszkane, więc z nich najlepiej coś sobie wybrać. Santorini i Mykonos są najbardziej popularne i oblegane, ale są jeszcze takie skarby jak Paros, Naxos, Tinos, Milos...

Na wyspy latają z Aten. Np Ryanair na Santorini. Albo Aegan Airlines w zasadzie na każdą, która ma lotnisko.
 
 

 
Gdzie mieszkać ?

www.mina-studios.com - pani sprawdzona na Mykonos.
 
Z reguły w porcie stoją naganiacze i oferują pokoje od 20 euro za osobę, choć w sezonie zapewne cena idzie w górę. Pani/Pan z przyjemnością przywiozą/zawiozą z portu, więc o transport nie ma się co martwić. Jeśli chcemy coś wcześniej - nie będę Was uczył jak szperać w necie. Jest tego multum. Np Villas.com, booking.com, airbnb.com. Na Santorini mityczne miejscówki na szczycie wulkanu (Oia, Thira) są baaardzo drogie, ale już takie kilkaset metrów dalej zamieniają się w baaaardzo tanie. Na Santorini płacimy za widok.

 
Co jeść ?

W restauracji greckie dania średnio od 9 do 15 euro za musakę/rybę/gyros/sałatkę grecką, a w budzie już od 2 euro za gyros pita. 
 
 Cyklady
 

Jak płacić ?

Bankomaty jeszcze działają... ale jak długo ? Walutą jest euro.. ale jak długo ? Generalnie średnie europejskie ceny, choć wyspy z natury bywają droższe niż stały ląd.
 

Czy na wyspie potrzeba auta ?

Nie, nie ma to sensu. Lokalna komunikacja działa wybitnie. często przez całą dobę (ok.1,5 euro za bilet), a żadna z wysp nie jest aż tak wielką atrakcją, żeby zwiedzać jej każdy kąt. Wszystko można załatwić komunikacją publiczną, auta na wyspach to koszt minimum 35 euro za dzień.
 



 
Dolny Śląsk (3.V.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

  Nie zawsze człowiek zasłuży, żeby pojechać na Kubę, Słowację, do Australii czy RPA. Czasem trzeba się przeprosić z najbliższą okolicą i wraz z karawaną Passerati w Dieslu zwiedzić wcale niewiele brzydsze niż wspomniany Orient okolice. 

 Klasyczna Majówkowa trasa to jest na przykład 3-dniowy objazd po Dolnym Śląsku. Niestety Małopolska w porównaniu z Dolnym Śląskiem prezentuje się średnio, szczególnie miernie wypadamy w konkurencji małych, średnich miasteczek z pięknymi rynkami. Przerażający jest stopień wymarcia tych miejsc, prawdopodobnie wszyscy co bardziej mobilni mieszkańcy znajdują się za zachodnią granicą. Proponuję zdjęcia i przykładową trasę po Dolnym Śląsku.

 ZDJĘCIA

 Swiatyna Pokoju  

Dzień 1

- najdroższa autostrada świata Kraków - Katowice

- Otmuchów - do podarowania sobie

- jezioro Otmuchowskie - na 15 minut

- Lądek Zdrój - ku chwale Misia

- Kłodzko - godzinka w Twierdzy

- Bystrzyca Kłodzka - nie warto

- Góry Stołowe - cz.1

- nocleg w Kudowej Zdroju, dancing z kuracjuszami - opcjonalnie Polanica Zdrój, Duszniki Zdrój, jeśli gdzieś już zostaniesz spalony

Skalne Miast 

 Dzień 2

- Góry Stołowe - cz.2

- Skalne Miasto w starożytnej Czechosłowacji - zdecydowanie klasa światowa

- Krzeszów - opactwo cystersów - klasa reprezentacyjna

- Karpcz - cukrowa wata, parking za 15 zł, baby z dziadem nie brakuje, postraszyć dzieci Hotelem Gołębiewski

 Swiatynia Wang

Dzień 3

- Sudety i Śnieżka, zdecydowanie tutaj Tatry biją towarzystwo - to nokaut

- Szklarska Poręba, po drodze na 15' zajrzeć pod jeden z niewielu wodospadów w tym kraju - Kamieńczyk albo Szklarki

- kawa na Rynku w Jeleniej Górze

- na wieczór jeden z największych zamków na polskiej ziemi - Książ (zaraz po Wawelu i Malborku)

- i Świątynia Pokoju w Świdnicy

 

 

Dzień 4

- Wrocław 

 


 
Borneo, Brunei, Katar - THE END (21.III.2015) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   

Zakończono raport z Borneo. Relacja i zdjęcia tutaj.

 ZDJĘCIA 

  

 
<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>

Results 21 - 30 of 243


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2017 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.