Aktualności arrow Wyprawy arrow Liban i Syria arrow POŁUDNIE LIBANU - na osia zła (II.2006)
POŁUDNIE LIBANU - na osia zła (II.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 15 January 2006

       Nasz drugi, czyli ostatni do opisania, ale nie ostatni na tamtej ziemi dzień w Libanie zaczynamy naprawdę z kurami. Po części wzięło się to z tego, że mieliśmy objechać całą południową część pięknego tego kraju, a po części, bo było francowato zimno w pokoju. Problemem Bliskiego Wschodu jest to, że tylko w styczniu i trochę w lutym i grudniu jest dość, jak na tamte warunki chłodno. Temperatura spada do 5,6 stopni w nocy, zdarzają się także przymrozki. Nie ma tych dni jednak na tyle dużo, żeby opłacało się tworzyć jakieś choćby podwaliny systemu ogrzewania. Nie do rzadkości należały więc chwile, kiedy spaliśmy w polarze, śpiworze i pod kocem, namiastkę wypraw z Markiem Kamińskim przeżywając w Krak de Chevaliers, gdzie Marcin spędził noc pod 5 warstwami, dającymi dopiero ciepło i ukojenie...

Bejrut, skoro świt, z rozpiętym rozporkiem

     Wracając do meritum. Z hotelu próbujemy wydostać się po angielsku. Naszły nas myśli, żeby z racji tego, że nie donieśli piecyka, zostawić właścicielowi zamiast umówionych 12 $, trochę mniejszą kwotę - 8 $. Próbujemy wydobyć spod jego poduszki klucze, niestety skurczybyk się budzi. Motyla noga, no nic, czas nas goni, nie ma co kruszyć kopii, staje na tych 12-tu. Naszym wypożyczonym dzień wcześniej Sunny'm robimy poranną przejażdżkę po opustoszałym Bejrucie - z racji chrześcijańskiego charakteru miasta, to właśnie niedziela, a nie piątek jest tu dniem wolnym od pracy. Wpadamy do jednego z niewielu lokali, gdzie można kupić kawę i coś do jedzenia, chyba jesteśmy jedynymi, którzy za ciepły posiłek tu płacą. Resztę klientów stanowią żołnierze i policjanci z amerykańską bronią przewieszoną przez ramię, która jest swego rodzaju talonem lub też kuponem jakie w McDonaldzie na Szewskiej kiedyś dawali. No cóż, Bacon stwierdził, że "ten ma władzę, kto ma wiedzę", ale w Libanie władzę ma chyba ten, kto ma guna...

Bejrut o poranku
 
Breakfast

     Po posiłku ruszamy na południe Libanu. Jawił się nam ten obszar jako miejsce, gdzie tomahawki latają w powietrzu i na który Izraelczycy wysłali kilka rakiet pod koniec grudnia, a więc 2 tygodnie przed naszym przybyciem. Sporo też nasłuchaliśmy się o osławionych grozą checkpointach, które mimo że nie miały być tak groteskowe, jak te w okolicach Groznego, gdzie żołnierze rosyjscy za papierosy sprzedają czołgi i amunicję, to jednak ponoć miały wywoływać sporo nagromadzonych w nadmiarze, w mężczyznach lat 24, emocji. Na południe biegnie bardzo przyjemna, nadmorska, trzypasmowa autostrada. Umowa jest jednak taka, że podróżuje się okrakiem między dwoma pasami, o dziwo nie przekraczając 110. Kontrolnie wysyłamy SMS'y do Polski, złośliwie, bo złośliwie informując, że u nas OK i że temperatura sięgnęła 20 kresek (w Polsce -10). Południowy Liban to mikroklimat, nawet w styczniu w przydrożnych sadach widać było leniwie rosnące pomarańcze i inne cytrusy.

Nadmorska autostrada
 
Bettedine

     Zjeżdżamy do Bettedine, letniej rezydencji prezydenta Libanu. Od razu jest pierwszy checkpoint, emocje sięgają zenitu. Hamujemy, atmosfera jest dość nerwowa, zaczynają się pytania, a gdzie, a do kogo, a po co. Porucznik albo i sierżant, dowódca checkpoint'a, prawie mi zęby chce wybić przyłożoną do twarzy lufą, ale staram się nie dawać poznać po sobie strachu - w końcu 20 lat przewoziłem w bagażniku BMW-u Marcina krem NIVEA do RFN-u. Oglądają samochód, ale w końcu się udało, przejeżdżamy, znów dostaniemy prowizję za przewiezionych pod podwoziem Chińczyków pracujących przy wyrębie cedrów. Chyba pora zmienić zawód, bo ileż można wmawiać rodzinie, że jedziemy na wyjazdową sesję kursu szydełkowania. Generalnie nie jest tak źle, pokonywanie checkpointów polega na sprawdzeniu dokumentów, wypytaniu o cel podróży i na pobieżnym obejrzeniu samochodu, ale że wyglądaliśmy jak bojówki Hamasu...

Generał Szwajrik na czekpoincie

      W Libanie niesamowite są bardzo drastyczne zmiany wysokości n.p.m., co odbija się trochę na spalaniu paliwa. Nagle, z poziomu słonej wody, lądujemy na 1000 m n.p.m, krajobrazy wzięte żywcem jak z okolic Turbacza. Trafiamy do Pałacu Prezydenckiego, gdzie pod czujnym okiem George'a Clooneya w mundurze i z bronią (chyba dorabiał sobie tam do emerytury!) kupujemy bilety (oczywiście prosząc o zniżki, nie przyniosło to wielkiego skutku, bo w Libanie ulgi często dotyczą tylko miejscowych studentów). Nie wychodzimy jednak na tej wizycie najgorzej, bo przejmuje nad nami opiekę sam dyrektor kompleksu. Bardzo miły pan, w jego gabinecie prowadzimy interesującą konwersację na temat spraw egzystencjonalnych, charakterystyczną dla osób na tzw. poziomie.

Z dyrektorem w Bettedine
 
Kraina cedrów 
 
    Nawiązujemy nić porozumienia, Dyrektor zaprowadza nas nawet do najbardziej zakazanych i tajemniczych miejsc w pałacu. Pokazuje ciekawe miejsce, mozaikę w suficie, dopiero patrząc w odpowiedni sposób można dostrzec krzyż, umieszczony tam w tajemnicy przez chrześcijan, gdy pałacem i całym Libanem władali muzułmanie. Pan Dyrektor jest bardzo miły, ma fizjonomię Jean-Paula Belmondo, Marcin stwierdza, że musi mieć piękne i bardzo interesujące córki, to się nazywa czytanie miedzy wierszami. Była okazja poznać, bo zapraszał następnego dnia na masaż w arabskiej łaźni, ale nie mogliśmy skorzystać. Szczyt konfidencji pokazał, gdy przyciszonym głosem zezwalał na fotki, gdy wokół aż roiło się od znaków "NO PHOTO!", postawionych notabene na jego żądanie. O Pałacu w Bettedine można by mówić wiele dobrego, szkoda, że jak zwykle łapę położył na takiej atrakcji prezio. W stylu przypomina Alhambrę w południowej Hiszpanii, nie ma się co dziwić, bo była ona zaprojektowana i zbudowana właśnie przez Arabów.
 
Pałac prezydencki w Bettedine
 
     Po wizycie w pałacu ruszamy dalej, odgrywamy małą scenkę okolicznościową na opuszczonym checkpoincie, poszła fama, że nadjeżdżamy. Pokonujemy kilkanaście kilometrów w góry, gdzie już mocno śnieg leży, a wszystko to robimy, bo chcemy zobaczyć cedry. Być w Libanie i nie zobaczyć cedrów, to jak być na Placu Pigalle i nie ... spróbować kasztanów. Misję uznajemy za zakończoną, gdy namierzamy drzewa, które wyglądają jak cedry, a stwierdzamy ich tożsamość na podstawie pieczątek wjazdowych w paszporcie (są na nich właśnie te drzewa).
 
Sunny i cedry
 
Drzewa jak drzewa
 
     Nasz Nissan ciągnie jak PeKaEs do Kielc, umiejętności kierowcy bardzo mu przy tym pomagają, już po 45 minutach jesteśmy z powrotem na wybrzeżu śródziemnomorskim, miejscowość Sidon. Sidon to bodajże czwarta pod względem ludności miejscowość w Libanie. Okna otwarte, zimny łokieć, w tle lecą Uniting Nations, a my wjeżdżamy do miasta, którego największą atrakcją jest Sea Castle. Zamek zbudowany prawie tysiąc lat temu, którego rolą było bronić miasto przed wyprawami krzyżowców. Zamek na wodzie, po 3$ za łebka bilet, nie wchodzimy więc do środka, tłumacząc się przed sobą, że pewnie zaraz się zawali i zatonie (pamiętajcie, że stoi tu już tysiąc lat).
 
W drodze do Sidonu, niedługo potem bombardowanego przez Izraelczyków

      Zagłębiamy się za to w przepiękne stare miasto, pełne wąskich uliczek i ukrytych meczetów, życie i czas jakby stanęły tu kilkaset lat temu. Co chwile mijamy a to salon golarza, a to małą masarnię, sklep z przyprawami czy handlarza bananów (1/6 dolara za kg, to chyba nieźle, banany z poletek miejscowych działkowców). Chwila zadumy w jednym z meczetów, oczywiście ściągając przed wejściem obuwie. Modlący się ludzie nie wyglądają na terrorystów. Z żalem musimy odmówić miejscowemu dziadkowi zaproszenia na fajkę wodną, czeka już na nas dalsze południe Libanu.
 
Ulice Sydonu
 
Sydon
 
Przyszłe kamikadze
 
      Naszym celem był Beaufort Castle, zamek położony na granicy Syrii, Libanu i Palestyny. Jedziemy tam z zamiarem zdobycia tej twierdzy, ponoć "nie do zdobycia". Widać, że jesteśmy na gorących terenach, na przydrożnych znakach co chwilę wiszą wielkie portrety miejscowych męczenników, którzy zginęli w samobójczych zamachach za wiarę i za ideę. Gdy już nam się wydaje, że jesteśmy na miejscu, 1000 m przed zamkiem górującym nad okolicą pojawia się uzbrojony po zęby checkpoint. Biorą dokumenty i po chwili stanowczym, acz kulturalnym tonem stwierdzają, że nic tu po nas i pora wracać. Dowódca oddziału każe zrobić w tył zwrot, przez myśl przechodzi mi by wcisnąć gaz do dechy i zdobyć tą twierdzę, ale obawiam się, że byłaby to ostatnia taka twierdza w mym krótkim, acz pięknie przeżytym żywocie. Jest nadzieja, każą nam jechać na sąsiedni posterunek, kilkanaście kilometrów toczymy się przez piękne pagórki, rodem z "Ukrytych pragnień" i krajobrazów Toskanii. Szukamy miejscowej Liv Tyler, a tymczasem zjawiamy się na wspomnianym checkpoincie, gdzie wiedzą już o naszej sprawie. Dostajemy nakaz wizyty w General Security w Sidon, jeśli chcemy w ogóle wjechać w te okolice. Chcielibyśmy bardzo , z tym, że w życiu już dużo rzeczy chciałem, miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.
 
Przygraniczny zamek
 
Męczennicy na rondzie

     Główną "atrakcją" tamtych rejonów był obóz wojskowy Hezbollahu i Fatima Gate - miejsce, gdzie wściekli Libańczycy i Syryjczycy mogą rzucać kamieniami w kierunku ziem izraelskich i gdzie często to robią, bo nienawiść do tego kraju jest dość powszechna na Bliskim Wschodzie, choć są to bardziej konflikty na szczeblu rządów, a nie zwykłych ludzi, którzy chcą żyć w pokoju i względnej chociaż przyjaźni... No cóż, nie udało się tym razem, może kiedyś się uda?? Twierdza BC więc nie zdobyta!
 
Na libańskich autostradach

     Skrajne południe. Dostajemy się tam nie wiem jakim cudem. 3 razy spotykamy jadące pod prąd na autostradzie samochody, kilka razy wyprzedzają się na trzeciego i na czwartego na drodze pokroju Pcim - Stróża. Święty Krzysztof jedzie chyba z nami na tylnym siedzeniu. W Tyrze, ładnym nadmorskim kurorcie, nie przymierzając jak Kadyks, sprawdzamy temperaturę wody. Jest środek zimy, w Polsce nadchodzi fala mrozów, a tu uwaga, uwaga, około 18 stopni, aż chce się popluskać i wzajemnie podtopić. Nie mamy skrzydełek, więc rezygnujemy, strzelamy tylko sesję zdjęciową. Głównym celem naszego tu przybycia był starożytny hipodrom z czasów panowania rzymskiego, najlepiej zachowany na świecie. Ale żaden z mieszkańców nie wiedział gdzie się znajduje, a odwiedziłem nawet miejscową siedzibę Armii Libańskiej, no ale zawsze mówiono, że wojskowi mądrością nie grzeszą. Dopiero spotkany jogger z Europy wskazał nam ten znajdujący się na liście UNESCO przybytek. Bardzo ładne miejsce, zaraz obok znajduje się jednak obóz uchodźców palestyńskich, który robi bardzo przygnębiające wrażenie. Kilkanaście tysięcy żyjących bez nadziei od kilkudziesięciu już lat ludzi, czeka na utworzenie niepodległego państwa. Wielu z nich się nie doczeka. Liban postępuje bardzo humanitarnie przyjmując palestyńskich uchodźców, ale cieplarnianych warunków na pewno im nie zapewnia. Ot, taka wegetacja w tekturowych budowlach, świetne miejsce do wylęgania się różnego rodzaju bakterii.
 
Tyr na południu, w ten sam dzień widzieliśmy śnieg
 
Na trzeciego
 
Tyr
 
Tyr
 
Wzmożone czekpointy - południowa granica
 
      Jako że dzień zbliżał się już ku końcowi, trzeba było się zbierać. Powrót 120 km do Bejrutu to była chwila, nie da się ukryć, że podwyższonego ciśnienia. 110 km/h, 3 pasy, zderzak w zderzak, przy padającym pod koniec deszczu. Stolyca stolycy równa, czy to Wagadugu, Bejrut czy też Warszawa, do każdej z nastaniem wieczora ciągnie sznur kacyków spędzających weekend w okolicznych kurortach. Ostatnie machnięcia naszym Nissanem, którego traktowaliśmy już jak członka rodziny i stawiamy się pod wypożyczalnią z kolejną porcją życiowych doświadczeń w bagażu...
 
Bliskowschodnie klimaty
 
Na salonach

          JacekG - kronikarz etapu Liban 2006

 

 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.
 
< Prev   Next >

Gościmy

We have 1 guest online

Szukaj

Kantor Bitcoin



TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2022 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.