Aktualności arrow Wyprawy arrow Liban i Syria arrow WZGÓRZA GOLAN - czyli krótka wizyta na froncie (I.2006)
WZGÓRZA GOLAN - czyli krótka wizyta na froncie (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 22 January 2006

      Po okresie burzy i naporu, zwanym też sesją, można wrócić do czegoś zdecydowanie bliższego duszy niż protokół LAPD i modulacja QPSK. W przedostatni dzień wizyty na gościnnej, bliskowschodniej ziemi zaplanowaliśmy "wycieczkę" na Wzgórza Golan. Wyjazd w to, znane zapewne choć ze słyszenia każdemu miejsce, trzeba poprzedzić spacerem do dzielnicy rządowo-dyplomatycznej, bardzo ładnie położonej na zboczu gór opasających Damaszek. Idąc tam przechodziliśmy obok ambasad Danii, Francji, Stanów Zjednoczonych i kilku innych, wokół których parę dni później toczyły się regularne zadymy, spowodowane umieszczeniem w zachodnich mediach karykatur Mahometa. To chyba nasz czujny instynkt spowodował, że zaplanowaliśmy wyjazd do tamtych krajów na tydzień przed całą tą jatką. A z drugiej strony, obcując z tamtymi ludźmi przez kilkanaście dni, nie chce mi się wierzyć, że całe miasta ogarnęła taka gorączka. Arabowie są zapalczywi, ale to generalnie pokojowi ludzie i pewnie jak zwykle walki toczyły się na kilku ulicach, co skwapliwie CNN wykorzystała, aby ogłosić wszem i wobec zbrojne powstanie w całym świecie islamskim.

Tu odbieramy przepustkę

       Wracając do wyjazdu na Wzgórza Golan. Aby się tam dostać, trzeba otrzymać specjalne przepustki wydawane przez odpowiednią jednostkę syryjskiego MSW. Jednostka ta mieści się w domku za ambasadą amerykańską. Domek, nie przymierzając, jak chata wuja Toma, ale powagi dodają mu paradujący przed nim panowie z przewieszonymi kałaszami przez ramię. Jeden z nich przejmuje nasze paszporty, za 20 minut obiecuje przynieść z powrotem. Przepustka będzie albo nie będzie. Podenerwowani czekamy na murku kilkadziesiąt metrów dalej, jesteśmy w strefie działania ochrony kolejnej ambasady, która jak znikąd pojawia się i pyta nie wiadomo po jakiemu, co tu robimy. Krótka rozmowa i jak niepyszni spływają, w końcu są na Osi Zła, muszą się hamować, bo gdyby tylko nam włos z głowy spadł...!!! Jest pozytywna decyzja! Mamy info, że już przed Wzgórzami Golan będzie czekał na nas tajny agent syryjski, który zabierze nas na krótki objazd po okolicach. Pędzimy na Baramke Garage, wspominany już wcześniej w tych opowieściach. Szybko odnajdujemy busa na Wzgórza Golan, które leżą jakieś 40 km od Damaszku.

W tle Wzgórza Golan, a na nich śnieg

    Ciekawa historia, przeczytana u Kapuścińskiego: "...dlaczego Arabowie przegrali wojną 1967 roku, kiedy stracili wzgórza? Można było usłyszeć, że Izrael wygrał, ponieważ Żydzi są odważni, a Arabowie to tchórze. Żydzi są inteligentni, a Arabowie to prymitywy. Żydzi mają lepszą broń, a Arabowie gorszą. Wszystko to nieprawda! Arabowie też są inteligentni i odważni i mają dobrą broń. Różnica była w czym innym - w podejściu do wojny, w odmiennych teoriach wojny. W Izraelu udział w wojnie biorą wszyscy, a w krajach arabskich tylko wojsko. I kiedy wybucha wojna, w Izraelu wszyscy idą na front, zamiera życie cywilne. Natomiast w Syrii wielu ludzi dowiedziało się o wojnie 1967 roku dopiero po jej zakończeniu. A przecież w tej wojnie Syria straciła właśnie swój najważniejszy strategiczny obszar, Wzgórza Golan, na granicy z Izraelem i Libanem. Syria traciła Wzgórza Golan, a w tym samym czasie, tego samego dnia, o tej samej godzinie, o kilkadziesiąt kilometrów od Wzgórz Golan, w Damaszku, kawiarnie były pełne ludzi, a inni kręcili się zmartwieni, jak znaleźć stolik. Żołnierz nigdy nie wytrzyma, jeśli będzie czuł się jak skazaniec, jeżeli będzie wiedział, że jego brat siedzi w lokalu i gra w domino, drugi brat byczy się w basenie, a inni mają zmartwienie, jak zdobyć stolik. On musi mieć poczucie, że to co robi, jest komuś potrzebne, jest dla kogoś ważne, że ktoś na niego patrzy i ktoś mu pomaga, jest z nim. Inaczej żołnierz wszystko rzuci i pójdzie do domu!..."

Smutna przygraniczna rzeczywistość

    Syria straciła więc te rejony. Aktualnie dysponują tylko małym pasmem, którym zarządzają żołnierze Narodów Zjednoczonych, na te właśnie tereny wybraliśmy się my. Pozostała cześć, pewnie coś koło 90%, znajduje się we władaniu Izraela, o co żal, wrogość i smutek mają mieszkańcy Syrii. Załadowawszy się do busa, dostajemy do wypełnienia jakieś papiery. Władza kontroluje, kto jedzie w tamte rejony, jest dużo śmiechu, nie dość, że po arabsku ni chu chu, to jeszcze przez pomyłkę wypełniamy je od lewej do prawej, a to fundamentalny błąd! No ale jedziemy, w niecałą godzinę jesteśmy na miejscu, na dole piękna słoneczna pogoda, okoliczne wzgórza okryte jednak śniegiem. Jest pierwsza kontrola przepustek, wszystko się zgadza, przesiadamy się do kolejnego busa, gdzie poznajemy jakieś młode Arabki. Poznajemy, czyli kilka razy obrzucamy się wzrokiem, co i tak jest już wielkim przeżyciem. Nie wiem dla kogo większym, dla nas czy dla nich. Wraz z kierowcą rozwozimy ludzi po okolicznych wsiach, w końcu pojawia się ON: tajny agent jego prezydenckiej mości, lokalny James Bond, zza płaszcza wystaje kabura, zdecydowanie najlepsza partia w okolicy. Wsiada, nie znosi sprzeciwu, rekwiruje nasz przepustki i paszporty, siada obok kierowcy. Od teraz on jest panem sytuacji. Nadajemy mu pseudonim operacyjny: "Królik", choć długie i wystające zęby to na pewno jego jedyny defekt! "Królik" okazuje się bardzo przyjemnym człowiekiem. Kiepsko u niego z angielskim, ale stara się jak tylko może, choć jak wiadomo dobrymi chęciami piekło wybrukowane.

Na zgliszczach

     To powiedzenie pasuje jak ulał, jesteśmy w Quinatrze, ex 120-tysięcznej miejscowości, kompletnie zrównanej z ziemią przez Izraelitów. Przygnębiające wrażenie, wokół wszystko zrujnowane, wystające zbrojenia, kamień na kamieniu. Miasto kompletnie wymarłe, choć ponoć mieszka tam jedna rodzina, która dla celów propagandowych ma opowiadać jaki ten Izrael jest zły. Od czasu od czasu po opustoszałych ulicach przemyka patrol UN, wypasione Nissany dają poczucie tego, że pieniądze na armię nie zostały zmarnowane... Sporo jest tam Polaków, Szwedów, Austriaków, ale z żadnym nie udało nam się zamienić słowa. Robimy fotki kina, meczetu, kościoła, ale wszystko to w opłakanym stanie. Nasz tajny agent informuje, że jesteśmy stale obserwowani przez Izraelitów, ale my sobie z tego bimbamy. Widząc ogrom spustoszenia, jakie tu zostawili, przypominam sobie o mieszkaniu, które chcą odebrać mojej 80-letniej babci. Wrr, nie lubię tego narodu, choć Żydówki są całkiem niczego sobie... Chodzimy po ruinach, choć nie za bardzo możemy zbaczać z utartych szlaków, na miejscu dalej są miny. Chodzimy w trójkę, on + my, zaczyna nam ułańska wyobraźnia pracować. Wpadamy na plan, żeby podejść do niego od tyłu, wyrwać mu pistolet i pobiec gdzieś tam w kierunku Izraela. Ja mam go trzymać, Marcin obezwładnić, z tym pistoletem i szabelkami ruszymy na kolejną Intifadę. Przez takich głupków jak my, od lat światem targają wojny. 3 mld spragnionych wrażeń facetów zaczyna od strzelania z procy i ciągnięcia za warkocz. Adrenalina :/

Sodoma i Gomora

       Po skończonej wizycie na Wzgórzach Golan, wracamy ściśnięci do Damaszku, w nastroju zadumy. Nie jesteśmy typem facetów, którzy pełni wzruszenia przysłuchują się rosnącej trawie i karmią łabędzie całymi dniami pod Mostem Grunwaldzkim, ale obejrzane obrazki zrobiły na nas spore wrażenie. Pokazują bezsens wojny, która targa tamtymi rejonami od wielu już lat, wojny w której mało co jest li tylko i wyłącznie czarne lub białe. Myślę, że obok biedy, którą widziałem w Kambodży, można uznać Quinatrę za jeden z bardziej wstrząsających widoków in my life... Nastrój zadumy szybko jednak znika, kiedy wracamy do gwarnego Damaszku. Jako że głupich, aczkolwiek oryginalnych pomysłów nam nie brakuje, postanawiamy zagrać amerykańskich dziennikarzy (po chwili zmieniamy jednak na europejskich, słowo amerykański może się tu nie za bardzo dobrze kojarzyć),bo to jedna z niewielu możliwości poznania życia miejscowych kobiet... Parę pierwszych prób pali na panewce, w końcu jednak zatrzymujemy grupę 2+1 (2 studentki + 1 kolega dla przyzwoitki) i zaczynamy. Wydaje mi się, że z notesikiem Nesquik'a i telefonem komórkowym, grającym dyktafon, jesteśmy wiarygodni jak Aleksander Kwaśniewski, ale dowiadujemy się czegoś o młodych syryjskich dziewczynach. Studiują biologię i praktycznie jedyne, co mogą po zakończeniu studiów robić, to bycie nauczycielką tego przedmiotu. Jedna z nich była w poprzednim roku w Los Angeles, a kolejna z nieukrywaną dumą stwierdza, że niedługo się tam wybiera. Ciekawe, jak na naród o takich z Ameryką stosunkach. Studenci w Syrii nie mają żadnych stypendiów, z poprzednich kontaktów wiemy jednak, że studiowanie jest tu niewiarygodnie tanie. Szybko nam się znudziło gadanie, dziewczyny strasznie się przestraszyły naszą obecnością. Pod Baramke zaczepił nas zaraz Charlie, Syryjczyk bez nogi, który pracował jako przewodnik dla amerykańskich żołnierzy w Libanie. Przesiąknięty do cna miłością do Ameryki, przesiąknięty też amerykańską kulturą - z jego ust co chwile padało zgrabnie w nich brzmiące połączenie słów 'mother' + 'fucker'. Niesamowite, kraj bez przerwy atakowany (słownie, bo słownie na razie) przez G.W. Busha, a tak wielka tu miłość do amerykańskiej nacji...

Ulice Damaszku

     Popołudnie spędzamy jak na sinusoidzie. Najpierw wizyta w Muzeum Wojny Październikowej, zbudowanym z donacji Korei Południowej i Iranu, przed budynkiem prężą się na efektownych stelażach czołgi, samoloty, działka przeciwlotnicze. Potem przejazd taksówką na wzgórza otaczające Damaszek, gdzie próbują nam swoje wdzięki wcisnąć miejscowe przedstawicielki najstarszego zawodu świata, udowadniając, że "miłości" nie straszna nawet wizja ukamienowania i śmierci. Następnie wizyta w lokalu KFC, co może nie dziwiłoby w Nowym Jorku, ale pamiętajmy, że jesteśmy w kraju, gdzie oficjalny bojkot tego, co amerykańskie jest więcej niż wielki... Na koniec sklep z alkoholem, którego spożywanie w Syrii, jako kraju muzłumańskim nie jest oficjalnie zbyt popularne. Lokal w stylu "you wouldn't take your mother there", ale jest Amstel, jest Heineken, więc wystrój i atmosfera nie do końca miały fundamentalne znaczenie. Dzień kończymy dość wcześnie, robimy to jednak w bardzo ciekawy sposób. Na moją prośbę o wrzątek recepcjonista odpowiada zapytaniem o nację. Tu ciekawostka, dla "post-soviet countries" jest free, bo to ponoć "very poor countries". Moi drodzy, nie zdziwcie się, gdy niedługo do Waszych drzwi zapuka kurier z pomocą humanitarną z Syrii. Tam też wiedza już o "kaczej grypie"...

Damaszek z okolicznych wzgórz
 
KFC Damaszek

Jacek (smacznego Marcinie)

 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.
 
< Prev   Next >

Gościmy

We have 1 guest online

Szukaj

Kantor Bitcoin



TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2022 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.