Aktualności arrow Wyprawy arrow Liban i Syria arrow Syryjskim PKP do Palmyry (I.2006)
Syryjskim PKP do Palmyry (I.2006) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 21 January 2006

     Dawno, dawno temu, kiedy byliśmy piękni i młodzi, a dokładniej 3 tygodnie temu, przyszło nam skorzystać z oferty syryjskich kolei państwowych, dotowanych w stopniu wielokrotnie wyższym niż nasz narodowy przewoźnik. A zaczęło się od tego, że kiedyś nasi rodzice zapragnęli mieć dzieci i wyszło jak wyszło, tzn. odpowiednio 24 i 25 lat później dwaj niespełna rozumu młodzieńcy postanowili dostać się jak najbliżej do irackiej granicy. W Aleppo, gdzie zaczęła się nasza kolejowa podróż, najpierw należało odnaleźć dworzec. Nie jest to łatwe, w Syrii głównym środkiem transportu są minibusy, autobusy, tudzież taksówki i dworzec główny nie jest najważniejszym budynkiem w mieście. Baaa, nie jest nawet powszechnie rozpoznawalny. Ten w Aleppo również stał na uboczu, gdzie po chwili znaleźliśmy się, jadąc za przysłowiowy uśmiech taksówką (bo jak bez uśmiechu na twarzy potraktować 1-dolarowy rachunek). Miła niespodzianka, na dworcu urządzenie do prześwietlania bagażu i stanowisko informacji, ponoć w języku angielskim. Stanowisko było, ale informacji już nie - nijak nie można tak nazwać kurtuazyjnej rozmowy po arabsku z zaczadarowaną panią w okienku.

W starożytnym Aleppo

       Za równowartość 3 dolarów udaje nam się zakupić bilety na I klasę do Deir-az-Zur. To najbardziej na wschód wysunięta większa miejscowość w Syrii, a stamtąd już wielbłądzi skok do Iraku. Nie wiem co nas tam ciągnie, ale czujemy się jak James Bond (ja) i Krzysztof Rutkowski (Marcin) - każdy ma, na co zasługuje. Jeden przed drugim się nie przyznaje, ale w głowie rozgrywamy już przeróżne rajdy przez pustynie na iracką stronę, niebezpieczne pościgi, namiętne romanse z córkami tamtejszych dygnitarzy. Nie da się ukryć, że można z Iraku wrócić krótszym o głowę, ale tego jednak nie chcemy sprawdzić. Podróż pociągiem w Syrii przewyższa zdecydowanie podróż w Polsce. Wagon nie jest podzielony na przedziały, znajdują się w nim wygodne fotele lotnicze, wszyscy spoglądają na Ciebie przyjaźnie i ufnie, co różni się bardzo od atmosfery w naszych pociągach, gdzie każdy w strachu patrzy wokół siebie. Na bardzo zżytych wyglądają mężczyźni, miło sobie gaworzą pewnie o ostatniej kolejce ligi syryjskiej, zbierają się wokół co bardziej sędziwych i nobliwych, aby z szacunkiem wysłuchać ich zdania. Marcin twierdzi, że okazują sobie takie uczucie, bo nijak nie idzie tego robić zakutym po sam czubek Arabkom, w każdym bądź razie może być w tej interesującej teorii źdźbło prawdy.

Intercity do Palmyry

      Po kilku godzinach podróży docieramy do Deir-Az-Zur, czy jak kto woli DAZ - Dołująco Astronomiczne Zadupie. Jest mocno po zmroku, czarno jak w d...omu u Murzyna, a pod dworcem nie ma nawet jednej taksówki, wydaje się, że to ostatni pociąg, jaki przez najbliższy miesiąc tu zawita. Przejmują nas jednak jak zwykle lokalni, dwóch młodych chłopaków, którzy jechali z nami. Idziemy za nimi, bo co mamy zrobić, łapią dla nas jakąś taksówkę, do której się pakujemy wszyscy. Jeden z młodych coś tam po angielsku kmini, ma 16 lat i jest bardzo miły, bo gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, natychmiast stwierdza, że jego ojciec uczył u nas przez wiele lat arabskiego. Hmm, a mój uczył w syryjskim przysiółku polskiego, tak obie wersje są prawdopodobne. Kierujemy się w kierunku dworca autobusowego, chcemy bowiem złapać transport do Palmyry, starożytnego miasta na środku Pustyni Syryjskiej. Kiedyś rządziła tam królowa Zenobia, jedziemy sprawdzić, kto teraz trzyma tam władzę. Po raz kolejni Syryjczycy okazują się być niesamowicie gościnni. Mimo błagań, nie pozwalają nam zapłacić za kurs, notabene coś około 5 zł za 10-15 km jazdy...Jadąc po drodze, zauważam ogromny drogowskaz z kierunkiem na Irak i Bagdad. Po krótkiej chwili zapragnąłem mieć z nim pamiątkowe foto. Byliśmy jednak już na dworcu, więc ciężko było to zrealizować. Jak się okazało, do odjazdu autobusu został szmat czasu, więc niezrażony późną porą, marnym oświetleniem i tajemniczymi postaciami w turbanach, które przemykały pod murem, ruszyłem zakuty w arafatkę na poszukiwanie znaku. Nie udało się, to było zbyt daleko, a taksa odpadła po dziwnym spojrzeniu kierowcy, gdy deklamowałem "to Iraq, please"...

Juice stand - powszechny widok na Bliskim Wschodzie

      Na dworcu witamy wraz z miejscową społecznością pana młodego, który przybył z Damaszku. Witamy go, jakby przybył zbawiciel, a to pewnie kolejny mężczyzna, który chce ubezwłasnowolnić kobietę. W końcu całkiem luksusowym Neoplanem dojeżdżamy do Palmyry, gdzie o 2.30 w nocy przejmuje nas amerykański Chevrolet rocznik 55, którym za 100 syryjskich lirów dojeżdżamy do naszego hotelu. Do którego pewnie byśmy trafili, ale panowie ze środka wozu nie wyglądali na lubiących sprzeciw. Jesteśmy w hotelu, oaza na środku pustyni i temperatura poniżej zera. Krystyna Kruk i Andrzej Szostek okazali się być dobrymi specjalistami, gdy najpierw w SP 10, a potem w "Nowodworku" wspominali o dobowej amplitudzie temperatur, dochodzącej na pustyni do kilkudziesięciu stopni.

Ulice Palmyry

       Dzionek zaczynamy z kurami, czyli o 9 z samego rana. Trzeba się oporządzić, zrobić poranną toaletę, wziąć dawno nie oglądany prysznic, ogolić, wypielęgnować. Jest prawie 10, gdy wyruszamy na miasto, do polecanego przez Lonely Planet lokalu Pancake Restaurant. Z tymi lokalami jest pewien problem. Pewnego dnia, dawno, dawno temu przed nami, większość miejsc na świecie przeszli, przejechali, przepłynęli, przelecieli wysłannicy i korespondenci LP. To co zobaczyli, to co zjedli, to co spowodowało w nich ostrą biegunkę opisali w swoich przewodnikach, które teraz stanowią biblię dla wielu "podróżników". Rodzi to pewne patologie. Kiedyś w LP w Sajgonie znalazłem poradę, że najlepsze połączenia autobusowe można zakupić w Wietnamie w Sinh-Cafe. Na ulicy, gdzie miało znajdować się to biuro, aż roiło się od podobnie brzmiących nazw. Był Sin Cafe, Sihn Cafe, San Cafe, Sinh-Cafe bis i tylko wprawne oko mogło odróżnić oryginał od wstrętnej podróbki. Tak samo w Palmyrze, którą tego dnia wizytowaliśmy. Na głównej ulicy aż roiło się od Pancake Restaurants i którą należy wybrać? Oczywiście wybraliśmy źle i już pod chwili przełykaliśmy okropną jajecznicę na pomidorach, przegryzając to cudo przypalonym naleśnikiem.

Palmyra o poranku

      Palmyra. Metodą Ctrl+C, Ctrl+V dokonam może teraz krótkiego przedstawienia tego starożytnego miasta, zagubionego gdzieś na Pustyni Syryjskiej. Nazwa Tadmur pojawia się już na glinianych tabliczkach z XIX w. p.n.e. Przez ponad tysiąc lat był to postój dla karawan i ważne ogniwo na starym Szlaku Jedwabnym z Chin do Europy. Główne źródło zysków mieszkańców stanowiły wysokie podatki ściągane od kupców. Za czasów rzymskich (I i początek II w. n.e.) miasto jeszcze bardziej zyskało na znaczeniu, stając się buforem między cesarstwem a państwem Persów.

Palmyra
 
       To właśnie Rzymianie zmienili dawną nazwę Tadmur (Miasto Daktyli) na Palmyra (Miasto Palm). Jak się wydaje, cieszyło się ono znaczną niezależnością i bardzo skorzystało na rozbiciu przez rzymskie legiony Nabatejczyków z Petry. W 130 r. n.e. bawiący tu cesarz Hadrian nadał Palmyrze status "wolnego miasta", a w roku 217 Karakalla uczynił je kolonią, dzięki czemu mieszkańcy otrzymali te same prawa co obywatele Rzymu i zostali zwolnieni z płacenia Rzymowi podatków. Kolonia stopniowo przekształciła się w królestwo rządzone przez Odenata, wybitnego dowódcę wojskowego, który zaskarbił sobie wdzięczność Rzymu, uwalniając z perskiej niewoli cesarza Waleriana. Upadek Palmyry zapoczątkowała podejrzana śmierć Odenata w 267 r. Władzę przejęła wówczas jego druga żona, pół-Greczynka, pół-Arabka Zenobia. Była to kobieta wyjątkowo zdolna, urodziwa, ambitna, wykształcona, władająca biegle kilkoma językami i wywodząca swe pochodzenie od Kleopatry. Wkrótce, wykorzystując słabość rzymskich cesarzy, ogłosiła pełną suwerenność, kazała w Aleksandrii bić monety z własnym wizerunkiem i rozpoczęła udane podboje na Bliskim Wschodzie. Miarka przebrała się, kiedy na tronie w Rzymie zasiadł Aurelian. W 271 r. Rzymianie pobili armię Zenobii i przystąpili do oblężenia Palmyry. Samozwańcza augustyna (cesarzowa) odrzuciła wspaniałomyślne warunki kapitulacji i przedarła się na wielbłądzie przez rzymskie pozycje, by szukać wsparcia w Persji, ale została pojmana nad Eufratem. Aurelian ostatecznie zdobył Palmyrę, zadowalając się okupem, a Zenobię przewiózł do Rzymu, gdzie podczas jego triumfu szła w złotych kajdanach. Resztę życia spędziła w willi ofiarowanej jej przez cesarza, choć według innej wersji zagłodziła się na śmierć, nie chcąc żyć w niewoli. Wkrótce potem mieszkańcy Palmyry podnieśli kolejny bunt, mordując stacjonujących tu rzymskich łuczników. Aurelian tym razem nie okazał litości i puścił miasto z dymem. Mimo częściowej odbudowy fortyfikacji przez Dioklecjana i Justyniana Palmyra nigdy nie odzyskała dawnej świetności. W 634 r. zajęli ją Arabowie, a w 1089 r. została doszczętnie zniszczona przez trzęsienie ziemi. Odkryli ją ponownie dwaj angielscy kupcy w II połowie XVII w., ale prace wykopaliskowe rozpoczęto dopiero w 1924 r. Od 1959 r. w Palmyrze pracuje też polska misja archeologiczna. Nie chce, abyście się przerzucili teraz na lecący zapewne gdzieś w eterze jeden z "popularnych polskich seriali", więc daruje sobie szczegółowy opis Palmyry. Pogląd na sprawę można wyrobić albo oglądając poniższe zdjęcia, albo przez osobistą wizytę w tym pięknym skądinąd zakątku kraju.
 
Rycerz Palmyry
 
       Palmyrę zwiedzaliśmy na wielbłądach. Przy wejściu do ruin dopadli nas naganiacze, którzy krzyknęli sobie na dobry początek około 10$ za głowę. "Special price, my friend, only for you" rozległo się wokół. Jako zblazowani i znudzeni młodzi Polacy, którzy pływali po Nilu na krokodylu i byli prawie w Iraku, prychnęliśmy pustym śmiechem, idąc w kierunku ruin. Chwile potem szliśmy na czele dziwnej karawany miejscowych wielbłądów i ludzi, będąc jedyną atrakcją w regionie o tej porze roku. Każdy z właścicieli wielbłądów przekrzykiwał swojego sąsiada i wtedy właśnie musiałem nieopatrznie na głos powiedzieć, że pojechalibyśmy, ale maksymalnie za jednego dolara. Ucieszony w duchu, że udało mi się przegnać to towarzystwo, nie zauważyłem, że jeden z nich nagle wychodzi przed korowód i proponuje za jednego rzeczonego dolara swoje usługi. Nie było wyjścia, słowo się rzekło, trzeba było pojechać, co dokumentują załączone zdjęcia. Trochę huśta, nazwa "okręt pustyni" została nadana wielbłądom o wiele słuszniej, niż przetłumaczono w Polsce tytuł filmu "Dirty dancing"...

Rycerz i jego miecz

     Kiedy już pobujaliśmy się na wielbłądach, trzeba było obejść raz jeszcze teren, aby dokonać dokumentacji fotograficznej. Trzeba udowodnić, że "my tu byli", choć ostatnio dowiedziałem się o istnieniu pewnej rosyjskiej firmy, która za sto dolarów dostarcza Ci "dowodów" pobytu w najbardziej egzotycznych miejscach globu. Może kiedyś... Cały czas kręci się za nami małe Arabiątko i nudzi, aby za 2 $ kupić u niego jakiś kiczowaty klaser ze znaczkami, czy też pocztówkami. Do gustu przypadł mu szczególnie Marcin, którego z reguły dzieci się boją, a to przez taką, ni to straszną, ni śmieszną twarz. Tym razem wytworzył się między nimi pewna wspólnota, której nie dało się zerwać nawet podarkiem postaci gumy do żucia. Nie dość, że nie pomogło, to jeszcze zaszkodziło: dołącza się drugi. Z braku prezentów Marcin częstuje ich - o zgroza! - papierosami. Mały jeszcze nudził, ale w końcu wypatrzył rosyjskich turystów, a my pozostaliśmy na miejscach, zniesmaczeni postępowaniem Marcina.

Marcin i bracia

     Z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że spotykamy grupę Chilijczyków, którą poznaliśmy w odległym o 300 km Aleppo. Z racji tego, że jest nas tu pewnie cudzoziemców turystów ze 100 w całej Syrii, spotkanie nie robi na nas wielkiego wrażenia. Wymieniamy poglądy, opowiadamy sobie gdzie zamieszkaliśmy i co jedliśmy, po czym każdy udaje się w swoją stronę. My z umówionym Arabem ruszamy do Tombs Valley, gdzie pasjonujemy się dawną, pustynną sztuką wznoszenia grobowców. Poznajemy Dave'a, Kanadyjczyka, który w Dubaju uczy angielskiego. Wydaje się, że przed czymś w życiu ucieka, niby wagabunda, ale ukraińskie korzenie każą nam patrzyć na niego nie przez różowe okulary. Ma żonę Irankę, co trochę nas szokuje, aktualnie pozostawił ją w domu. Niech gotuje i się domem zajmuje, a jak... Razem trafiamy do restauracji, gdzie ten drań zamawia najpiękniejsze pokarmy z fotek w menu, my zadawalamy się naleśnikami - ja z bananem, a Marcin with lamb, na czym zdecydowanie wygrywam, będąc przy tym "happy to eat anything"! Jeszcze tylko wizyta na wzgórzu górującym nad pustynią, gdzie stoi dumnie zamek Qabat ibn Maan, wszystko to przypudrowane lekką burzą piaskową i kierujemy się na miejsce odjazdu autobusów do Damaszku. Dobrze, że mamy bogatych kolegów, miejscowym tarpanem wynajętym przez Dave'a ruszamy pod sam autobus. Przez 4 godziny, prawie 400 km, podróżujemy do stolicy Syrii. Nic wielkiego raczej się podczas podróży nie dzieje, oprócz może małej kłótni z "podpitym" (sic!) muzułmaninem, ale słuchając "Love Generation" Boba Sinclaira niewiele sobie z tego robimy...

Demolka w Palmyrze
 
Zwiedzamy
 
Zameczek
 
Marcin i Dave - 2 wagabundy

JG
» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.
 
< Prev   Next >

Gościmy

We have 1 guest online

Szukaj

Kantor Bitcoin



TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2022 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.