Aktualności arrow Wyprawy arrow Maroko arrow cz. IV - Kaskady, Marrakesz i Casa (27.V.2007)
cz. IV - Kaskady, Marrakesz i Casa (27.V.2007) _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 19 June 2008

    Po pobycie w najtańszym hotelu w Maroku przed oczami stanęły nam zielone szkoły i kolonie z dzieciństwa - takie bowiem warunki tam panowały. Zjadłszy śniadanie, które najbezpieczniej kupować w Maroku w cukierniach (rogaliki i drożdżówki naprawdę niezłe, ceny trochę niższe niż w Polsce), można zaryzykować i kupić jakiś owocowy koktajl (5-10 DRH) w ulicznych straganach. Ryzyko nie jest chyba zbyt wielkie, bo dolewają do tego kefirek z kartonu, a i owoce wyglądają niezgorzej, ale to przecież Maroko, a nie Szwajcaria. Jeszcze tylko Marcin przejechał prawie parkingowego (przez to naciągactwo nie wiadomo kto legalnie, a kto nielegalnie pobiera w Maroku opłaty, lepiej więc nie płacić nikomu) i ruszyliśmy na wodospady. Jadąc drogą przez góry co chwilę zatrzymywały nas dzieci, które łapały stopa w drodze ze szkoły, ale jechać z nami nie chciały, widocznie mamy zabroniły im zabierać się ze wstrętnymi białymi (pedofilia). Rozdaliśmy parę waflów popularnych i dotarliśmy po 2-3 godzinach na wodospady. I tam znów naciągactwo - mimo że wodospady są zaraz tuż przy parkingu, pojawiła się grupa przyjaciół, która koniecznie chciała nas tam zaprowadzić. W końcu skusiliśmy się na obietnicę jakiegoś Hasana, który za kwotę 1,50 euro zaprowadził nas do fajnego naturalnego basenu i nawet 2 godziny tam z nami siedział, przyglądając się jak z Marcinem próbujemy wpłynąć pod wodospady. Niech sobie coś kupi ładnego za te 1,50 euro i niech nie wyda od razu. Co można powiedzieć o tych kaskadach: nic nie można, lepiej obejrzeć je na fotografiach.

 

Kaskady - niezgorsza część Maroka
 

 

     Podjęliśmy decyzję, że wracamy do Marrakeszu na wieczór, rozłożywszy się na tylnym siedzeniu co chwilę słyszałem rozlegające się komentarze z przednich foteli: "co za koleś!", "jak można wyjechać kombajnem bez świateł!", "uciekaj jeśli Ci życie miłe!", "o fak, widziałeś go, bo ja nie!". Marokańskie drogi, mimo że niezłe jakościowo, wypełnione są wieloma niespodziankami. W końcu po 1450 km w niecałe 3 dni oddaliśmy nasz samochód w hotelu w centrum Marrakeszu, nikt specjalnie nie zainteresował się jego stanem, wykorzystawszy go wcześniej do wizyty w nowej dzielnicy w McDonald, która to "restauracja" w Maroku jest uznawana za eksluzywną, z ceną prawie 4 euro za zestaw (niewiele mniej niż w Hiszpanii.) Następnego dnia rankiem spacer po Marrakeszu i w końcu o 13 wyruszyliśmy z dworca głównego pociągiem do Casablanki (84 DRH, 3 h jazdy, cena podobna jak autobusu, kilka kursów dziennie). Pociąg w Maroku to wypisz wymaluj nasz skład niech będzie do Łodzi, z reguły wszystkie miejsca zajęte, pierwsi niecierpliwi wskakują do niego jeszcze na długo przed tym, nim się zupełnie na peronie zatrzyma. W pociągu nawiązaliśmy kontakt operacyjny z miejscowymi studentkami zarządzania i marketingu, okazały się otwarte na przybyszów z bogatej Europy, ciekawym świata okazał się inny wspołtowarzysz podróży, który pytał jak się ma Lech Wałęsa i czy w ogóle żyje. Podróż do Casablanki to w sumie przyjemna sprawa, sama Casablanka już tak przyjemna nie jest. Post kolonialne francuskie zabudowy mocno już podupadają, na ulicy ruch wielki, słodko-mdlisty zapach spalin otacza cię, niby sporo w tej Casablance powinno być, ale nie spotykamy nawet Humpreya Bogarta. W tej francuskiej kolonii, w tym mieście szczególnie w czasie wojny schroniło się wielu francuskich obywateli, to tu do baru Humpreya weszła Ingrid Bergmann i ten wypowiedział popularne dość słowa, o których wspomniał znawca melodramatów Marcin: "do wszystkich barów w Casablance musiała wejść właśnie do mojego".

 

Meczet Hassana
 

 

     Cóż, więcej romantyzmu można się było po Casablance spodziewać. A dostaliśmy 3 mocne strzały: pierwszym była wizyta w meczecie Hassana, gigantycznej budowili wzniesionej w 1993 roku kosztem 600 mln dolarów, dumie Marokańćzyków, miejscu rzeczywiście opływającym przepychem i złotem. Jako niewierni nie mogliśmy wejść do środka, nagle strzegący obiektu strażnik wskazał nam drogę do środka. Pokazawszy nam łaźnie i coś jeszcze innego zażądał za tę usługę 10 euro. My jak to my: pusty śmiech, dostał 10, ale dirhamów, dobrze, że skończyło się jak skończyło, bo mogliśmy dostać 10 batożków, kumple jego bowiem zbliżali się już do nas. Kolejny kop to medyna - zatłoczona, zabidzona, zawalona najrozmaitszym dziadostwem. A trzeci kop dawał się nam we znaki przez następne 2 dni: zatruci przez rybki, które zjedliśmy w całkiem nieźle wyglądającej knajpie 2 kolejne noce i dni mogliśmy wykreślić z życiorysu...

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.
 
< Prev   Next >


TRIPS AND TRICKS

Trips and tricks


Karaiby - ranking


Świat - ranking


Zostań fanem na Facebook'u!

Kliknij aby zostać fanem!

bitcoin

JESTEŚMY SŁAWNI!

Artykuł w Dzienniku Polskim

Artykuł w Dzienniku Polskim


----------------------

PRODUKCJE FILMOWE


Filipiny 2009

Australia 2006

© 2022 Globtroteria.pl
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.