Malezyjska wyspa (7.VIII.2006)
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 08 August 2006

    Jesteśmy na wyspach. A dokładniej na wyspie Perhantian. Podroż z Singapuru długa i męcząca, jakby Malezja była co najmniej Australią. 14 godzin w pociągu (sleeper, ale spać nie za bardzo się dało, coś jakby młot bez przerwy uderzało w podwozie, do tego tory w Malezji są równie krzywe, jak w Polsce) za 47 RIM (1RIM = 0,90 PLN), potem dzieloną taxi (45 RIM/3os/1,5h) do przystani, skąd łodzią (30 RIM/1h/os)) a la Miami Vice pomknęliśmy do raju. Przed wyprawą zaopatrzyliśmy się w tutejsze chyba egzotyczne owoce, bo nigdy wcześniej nie widzieliśmy ich w krakowskim Tesco, a do większości z nich nie wiedzieliśmy jak się zabierać. Liczi to nie pierwszyzna, ale reszta (NO NAME) nie tylko fajnie wygląda, ale i niebo w gębie. Fotki załączymy w swoim czasie, bo net tu cholernie drogi (20 zł/h). Po wylądowaniu na Long Beach ruszyliśmy szukać dachu nad głową. I faktycznie w dosłownym tego słowa znaczeniu znaleźliśmy tylko dach (coś a la chata wuja Toma, jeśli ktoś pamięta tę frapującą lekturę). Myślę, że warunki podobne do tych z obozów pracy we Włoszech, no ale za to piękne widoki wokoło. Cena chyba niezgorsza, 27 zł za chatkę. Mamy łóżko i tzw. fan, nic więcej w środku nie udało się stwierdzić, oprócz może dziurawej podłogi, przez którą wysypujemy piach naniesiony z odległej o całe 8 m plaży. Są też współspacze: Waran Leon i Jaszczurka Jadwiga.

 

Nasza Chatka Puchatka na Perhantianie

 

 

    Poza tymi atrakcjami nuda: śnieżnobiały piasek, chylące się ku morzu kokosowe palmy, wszechobecne laguny pełne tęczowych rybek, "baby" rekinów, ukwiałów i wszelakiej maści rafy koralowej. Wzdłuż plaży rozłożyły się knajpki serwujące zimne Tiger'y (lokalne piwo) i kuszące wieczorem grillowanymi owocami morza. Dzień to już rutyna, pobudka o 10, śniadanie na plaży, a potem snoorkeling i polowanie na rekiny, itd. itp. No nic, pora wracać do naszej szarej codzienności, tym razem zapowiada się mała impreza na plaży w Palm Tree Club :) I znów Tiger'y... Pozdrawiamy wszystkich pracujących i odpoczywających, my tu też nie mamy lekko. W piątek rano ruszamy do Kuala Lumpur, jeśli się do tego czasu nie odezwiemy, nie martwcie się: te rekiny są wegetarianami, a przeszliśmy już też kurs łapania anakond (robimy z nich baloniki vide Shrek), więc w dżungli damy już radę przetrwać dłużej niż kwadrans! Malezja rulezzz!

 

Lost

 



 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.