MOSKWA - "kura nie ptica, Polsza nie zagranica!" (I.2006)
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 24 January 2006

       Moskwa. To słowo u niejednego z nas powoduje zmrożenie krwi, nerwowy oddech i odruchowy gest obronny. Z reguły kojarzy się z KGB, Łubianką, Stalinem, skorumpowaną milicją, czeczeńskim komando, Teatrem na Dubrowce, dziećmi z Dworca Leningradzkiego, zawalonymi dachami, wódką i nowobogackimi, którzy majątki zrobili na bandyckiej prywatyzacji. Co bardziej światli myślą o Placu Czerwonym, rosyjskiej gościnności i baletnicach. Ogólnie jednak miasto to kojarzy nam się z całkowitą degeneracją, którą to postanowiliśmy zweryfikować i może jeszcze bardziej pogłębić przy okazji podróży do Syrii, dzięki rozlicznym kontaktom Marcina.

Moskiewska ulica
 
Nasze kontakty w Moskwie

      Już na lotnisku, po nocnej podróży z Bliskiego Wschodu, pojawiły się schody. Ustawiwszy się w kolejkach wraz z handlarzami bronią, wracającymi z krajów arabskich z podpisanymi kontraktami, czekała nas niemiła niespodzianka. Podchodząc do okienek, brutalnie byliśmy informowani, że "ja siejcias zakrywaju", co w naszym języku oznacza, że właśnie zamyka. Dopiero za czwartym razem rosyjska primadonna w stroju celniczki pozwoliła nam opuścić mury lotniska, co zajęło nam jednak dobre półtorej godziny. Przed lotniskiem czekała już na nas przedstawicielka rosyjskiego oddziału Grupy Trzymającej Władzę, koleżanka Iriszka, która wraz ze swym tatą przyjechała po nas na Szeremietiewo. Dzię-ku-je-my!

Kreml i szerokie, moskiewskie aleje

  Jazda w kierunku Moskwy to niesamowite przeżycie. Mimo, że lotnisko leży około 50 km od centrum, to już zaraz po jego opuszczeniu zaczynają się wszechobecne bloki-giganty. Weźcie dla przykładu największe chyba bloki w Krakowie, te przy Opolskiej i pomnóżcie ich liczbę razy kilkaset, otrzymacie obraz moskiewskich przedmieść. Cztero-, pięcio-, sześciopasmowe ulice prowadzą w kierunku centrum, wszystkie pasy zapchane, na błocie poślizgowym średnia prędkość około 90 km/h, jazda zderzak w zderzak, czy to chodnikiem, czy pasem dla autobusów. Marki samochodów niczego sobie, ogromna liczba Porsche Cayenne, VW Touareg, a co biedniejsi poruszają się Toyotami RAV 4 i Mercedesami klasy M. Zapach wielkich, zrobionych niezbyt często legalnie fortun unosi się w powietrzu, wymieszany z zapachem niemieckich autostrad i ulic, po których pewnie wiele z tych samochodów jeszcze nie dawno jeździło.

Moskwa i my 

    Moskwa poraża swoim ogromem. Po kilkudziesięciu minutach jazdy dojeżdżamy w końcu do mieszkania rodziców Iriszki, gdzie jej babcia wita nas bardzo radośnie, charakterystycznie tylko dla ludzi wschodu. Nasi gospodarze są typową moskiewską "middle-class", z mieszkaniem na obrzeżach, z daczą pod Moskwą, z dobrze wyposażonym mieszkaniem i zachodnim samochodem. Daleko im do fortun pokroju Abramowicza i Chodorkowskiego, ale też obcy są im sprzedający za papierosy swoje czołgi żołnierze pod Groznym. Nakarmieni, zabawieni rozmową i z zacerowaną moją kurtką ruszyliśmy więc z Iriszką oglądać ten wielki, moskiewski świat. Jak się później okazało, 4 warstwy ubrania niewiele pomogły, tzn. w sumie pomogły, bo nie zamarzliśmy, ale -22 st C, to nie jest jednak wymarzona pogoda na zwiedzanie, niezależnie od rodzaju odzieży jaką na sobie posiadasz. Wydaje się, że życie w Moskwie toczy się wokół metra i jego stacji. Pod każdą z nich podjeżdżają co chwilę autobusy, których szyby pokryte są od środka obowiązkowo kilkucentymetrową warstwą lodu i z których to autobusów co chwile wysypuje się tłum zakutych w kożuchy, kaptury i czapki ludzi, o często niemożliwej do określenia płci. Następnie ten tłum zjeżdża kilkadziesiąt metrów w dół, gdzie już na ogrzanych i pięknie ozdobionych stacjach czeka około minuty, dwóch na nadjeżdżające wagoniki, które zabierają przeciętnego moskwiczanina do centrum. Można się takim trybem życia wykończyć, codziennie godzina czy dwie na dojazd do pracy, a Marcin narzeka, że z Senatorskiej daleko do Rynku...

Wesoły, lodowaty autobus

      W Moskwie nie zobaczyliśmy zbyt wiele i zbyt dokładnie. Najprzyjemniej było w ogrzanych stacjach i wagonikach metra, więc tam spędzaliśmy najwięcej czasu. Po kolei jednak odwiedziliśmy wiele znanych mi z podręcznika "Wstriecia 1" miejsc. Łubiankę, dawną siedzibę KGB, a obecnej bodajże Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która pod zmienionym szyldem ciągnie swojąniecną działalność, Plac Czerwony, w którego okolicach mieszczą się Mauzoleum Lenina, Kreml, cerkiew Wasyla Błogosławionego, Muzeum Narodowe, GUM, budynek Dumy (rosyjskiego parlamentu) i Teatr Wielki. Pospacerowaliśmy Starym i Nowym Arbatem, ulicami pokroju Piotrowskiej w Łodzi czy zakopiańskich Krupówek, czy jak kto woli Champs Elysee lub Oxford Street. Szczególnie ciepło jednak wspominamy wizyty w miejscach, które może aż tak wielką atrakcją nie są, ale które niosły dobro bezcenne i niewymienialne wtedy: ciepło właśnie. Mówię tu o sklepie z alkoholem w okolicach Kremla, czy zatłoczonym Macu w pobliżu Trjetjakowskiej Galerii. -22 stopnie cholernie dawały nam popalić!

Cerkiew Wasyla Błogosławionego
 
KGB - zmieniamy szyld i jedziemy dalej - FSB
 
Maskwa

     Najbardziej w Moskwie, po mrozie, denerwuje człowieka milicja. Klasyczna ubecka milicja, która oprócz poczucia, powiedzmy w cudzysłowiu "bezpieczeństwa", jest źródłem strachu i kłopotów. Bezbłędnie wyłapują oni z tłumu innostrańców, od których od razu żądają paszportu i potwierdzenia meldunku. My bawiliśmy w Moskwie jeden dzień i meldunku nam nie było trzeba, ale biada temu, kogo pobyt w Moskwie na dłużej nie jest zarejestrowany i potwierdzony odpowiednią łapówką na komisariacie milicji. Co chwilę też zamykane są ulice, aby przepuścić czarne wołgi i mercedesy, pędzące z dygnitarzami na Kreml. Albo nie na Kreml, a z córką siódmego sekretarza piątego viceministra, która spóźniła się na umówiony manicure. Może się człowiek zdenerwować. Nasz kontakt z milicją też jest godny odnotowania. Zakupując widoczne w galerii moskiewskiej dopalacze, Marcin postanowił dokonać ulicznej konsumpcji. Zachwycając się smakiem rosyjskiej wódki, poczuł w pewnej chwili na ramieniu twardy dotyk, dotyk który bolał, oficera przechodzącego batalionu. W momencie zostaliśmy otoczeni przez kilkunastu zbirów ubranych w mundury milicji, żądających wyjaśnień i krzyczących, że picie wódki jest na moskiewskiej ulicy surowo karane.

Dodatkowe ocieplenie w moskiewskim metrze niezbędne

       Zaczęła się kontrola dokumentów, a z mojej strony próba wytłumaczenia się stróżom prawa. Łamanym rosyjskim zacząłem ściemniać, że u nas w Polszy myślimy, że tu wszyscy piją 24/7, więc chcieliśmy się w tłum wtopić. W końcu chyba trochę łyknęli, bo rozmowa zeszła na relacje polsko-rosyjskie. Jeden z mundurowych dowiedział się, że my z Krakowa, okazało się, że był kiedyś w tym "krasiwym gorodzie" i on "poljakow ocień ljubit". Zaczęła się wzajemna wymiana uprzejmości. JA: "Moskwa ocień krasiwaja". ON: "Kraków ocień krasiwyj". JA: "Poljaki ljubit ruskich". ON: "Kura nie ptica, Polsza nie zagranica". Byli nasi. Po tym epizodzie już niewiele się w Moskwie w ten dzień wydarzyło. Zakupione czapki, w których występujemy na zdjęciach poprawiły nam nastroje i podniosły temperaturę ciała. Nasza pozycja społeczna też chyba wzrosła. Po ponad godzinnej podróży do domu, na przemian metrem i autobusem, mieliśmy już wyrobiony pogląd na pewne sprawy. Moskwa to dwa światy: jeden to luksusowe samochody, najdroższe butiki, zabójczo piękne kobiety, a drugi to ten pospolity: odległe od centrum osiedla, do których trudno dojechać i gdzie zamieszkują normalni moskwiczanie (nie mylić z moskwiczami). Często biedni, umęczeni przez władzę i administrację, ale dumni i bardzo gościnni, przyzwyczajeni, że żyją w Imperium. Imperium, które wg nich wymaga poświęceń i ofiar. I nie próbujcie im tłumaczyć, że czasy imperium rosyjskiego już dawno minęły, oni i tak wiedzą swoje. Ta wiedza pozwala im przetrwać...

Gasudarstwiennyj Magazin na Placu Czerwonym
 
Okolice Placu Czerwonego

       Na koniec naszej wizyty jeszcze raz przekonaliśmy się o tej niesamowitej gościnności. W kuchni Iriszki na stół wyjechały sery, ogórki, różnego rodzaju wędliny i danie główne: wódka. Poczuliśmy jak wygląda rosyjska szkoła picia i dlaczego u nich nie ląduje się tak szybko pod stołem. Nie jest to picie znane z naszych rewirów, gdzie za jedynego kompana mamy sok albo wodę lub piwo, a picie rozsądne, z solidną przegryzką i kulturalną rozmową. Ja dzielnie trzymałem fason, Marcin nie chciał sprawić gospodarzom przykrości, co tego samego wieczora skończyło się już Warszawie delikatnym motylem w żołądku. Wódko, pozwól żyć!

Jacek Zbigniewicz Gabryś (zapis zgodny z rosyjską konwencją, w środku umieszczamy imię ojca w odpowiedniej formie)

 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.