cz. V - Meknes i Volubilis (28.V.2007)
Written by Jacek Gabryś   
Thursday, 19 June 2008
    Z samego rana, czyli ok. 12, ruszyliśmy do Meknesu. Na dworzec wzięliśmy taxi, oprócz starych beczek mercedesów (grand taxi), w Maroku znalazły schronienie wszystkie Peugeot 205, niechciane już w Europie (petit taxi, z reguły tańśze, z bagażnikiem na plecaki na dachu). Jedziemy na licznik, o dziwo kierowca nie kluczy i okazuje się, że za 4 km płacimy 7 DRH, czyli ze 2,50 złotego. Dzień wcześniej pokonywaliśmy tą trasę na gębę i kierowca zarzekał się, rwał włosy, wzywał Allaha i Matkę Boską Częstochowską na świadków, błagał o litość - ponoć stawka 20 DRH powodowała, że musiał dokładać do interesu i wieźć nas charytatywnie. Tak że polecamy jazdę w Maroku na licznik, aczkolwiek czasem zostaniecie wyproszeni z pojazdu, bo kierowcy na licznik jechać nie będą chcieli. Za pociąg do Meknes płacimy 86 DRH, mało kto patrzy z nas na jedzenie, jedziemy o przysłowiowym chlebie (notabene dość smaczny, objawia się w Maroku pod postacią placuszka) i wodzie.
 
 
Meknes - bramy do centrum
 
 
    W Meknes o dziwo naciągactwo na bardzo niskim poziomie. Taksówkarze odpuszczają od razu, hotelarze nie zatrzymują na siłę, spokojnie spacerujemy po nowej dzielnicy szukając jakiegoś hotelu. Znajdujemy trójkę za 180 DRH, czekawszy w recepcji zanim gospodarz odmówi modły w kierunku Mekki (pomimo Islamu rzadki to widok w Maroku). Marcin pasuje, spędzając wieczór na tronie (Meknes to bardzo królewskie miasto, niejaki sułtan Mulaj Ismail uczynił go nawet kiedyś marokańską stolicą, do medyny wiedzie wiele ładnych i oryginalnych bram, tradycyjnie miasto podzielone jest na część berberyjską, sprzed kilkuset lat i na nową część francuską, z czasów kolonii francuskiej). Przechadzając się z Młodym po medynie trochę kluczymy, dołączają się do nas 12-letnie zuchy, które koniecznie chcą nam pokazać miasto. Wierzyłem w ich dziecinną niewinność i bezinteresowność, wyglądały na takie, co chcą pogadać, zaprosiłem na sok pomarańczowy, te odmówiły, na końcu wyciągając nieskalane grzechem łapki po kasę. Biłem się chwilę z myślami, zadecydowaliśmy w końcu, że mogą dostać 10 DRH (3,50 zł) na dwóch. Nikt ich nie zapraszał na zwiedzanie, nikt niczego nie obiecywał, więc uznaliśmy za niewychowawcze płacenie po euro na głowę, bo tyle oczekiwali nasi bohaterowie. Z radością zauważywszy znajome M, zachwalane przez samego Ronalda, zasiadamy do skromnej wieczerzy... O poranku dnia następnego ruszamy na Volubilis. Jedziemy ok. 30-40 minut grand taxi, za chyba 10 DRH za głowę. Grand taxi jak już mówiłem to beczka mercedes, która zabiera na pokład sztuk 7 (3 z przodu, 4 z tyłu) i nie rusza wcześniej niż się wypełni, chyba, że ktoś opłaci dwa miejsca, ale wtedy i tak kierowca kogoś po drodze dorzuci. W miejscowości 3 km od Volubilis, której nazwy nie pomnę, trzeba przesiąść się na taxi kolejne, tym razem chyba 30 DRH za komplet. Jedziemy w trójkę, za osobę wychodzi nas więc tyle samo co za 30 km z Meknes!
 
 
Cudowne ruiny Volubilis
 
 
    Do Volubilis ja z Łukaszem wchodzimy za free, wmieszawszy się w niemiecką wycieczkę, Marcin się nie załapał i zapłacił za wstęp 10 DRH. Volubilis w 45 r. przeszło pod rządy Rzymian, z tego okresu pozostają widoczne w tym pięknym miejscu budowle (np. łuk triumfalny). Tzn. sterty kamieni, tam nic nie ma, przepraszam za śmiałość, ale nie wiem po co UNESCO firmuje tego trupa, niech lepiej dorzuci coś na Kraków kochany :) Zawracamy po wszystkim do Meknes, prywatnym Renault jakiś klient podwozi nas do Meknesu (wyszło tyle co za grand taxi), gdzie poznajemy chłopaka z Kanady, który Marokiem jest zachwycony (wybaczamy, first time out of Canada). Wycieńczeni żołądkami, spalinami i monotonnośćią ruszamy dalej, tym razem Szefaszwan, ale niestety albo i stety trochę nam się rozkłady nie dogrywają i do Szefaszwanu musielibyśmy podróżować z noclegiem po drodze. Pada hasło, że olewamy Szefaszwan, trochę szkoda, bo ponoć to jedno z piękniejszych miejsc w Maroku, ale już nic nas w tym kraju nie cieszy. Wybieramy pociąg do Tangeru, portu łączącego Afrykę i Europę, na który ponoć chrapkę mają Chińczycy, chcą go przebudować, wyposażyć, unowocześnić, aby z tej strony zrobić desant tanich skarpetek, długopisów, notesików z Harry Potterem i innych. Tangerem straszy się dzieci, gdy te są niegrzeczne. Się mówi: "Jak nie zjesz tej kaszki, to wywiozę Cię do Tangeru", "wszędzie dobrze, ale w Tanger'rze źle", "kto pod kim dołki kopie, ten do Tangeru wpada". Nawet doświadczeni podróżnicy z Travelibtu opisywali to miasto pełni odrazy. Nas jednak Tanger nie odrzucił, może podczas pożegnań człowiekowi serce robi się bardziej wrażliwe.
 
 
Tanger - w tle wszyskie beczki świata
 
 
    Dworzec kolejowy to nowoczesna budowla, wprawdzie do portu taksówkarze nie chcieli nas zabrać na licznik (skończyło się na 30 DRH na gębę), jednak już w porcie znaleźliśmy szybko nasz hotel. Gospodarz wziął po 4 euro za głowę, coś nas tam oszukał, ale na końcu dał dwie dobre rady: "Tanger good, but people in Tanger very bad" i "Tanger - jungle", prosiwszy nas o schowanie się do recepcji, gdyż siuśki z ulicy już czekały z całą gamą towarów dla nas. "Haszisz maj frjend?", "Marihuana, speszial prajs for ju maj frjend", "Polska? Ja mieć kobiety dla was"... Ofert było bez liku, sprawdziliśmy te, które mieliśmy w planach - prom z Tangeru do Algeciras kosztował 41 euro, podczas gdy studencki z hiszpańskiej Ceuty do Algeciras tylko 26 euro. Po porannym zwiedzaniu miasta wsiedliśmy w autobus do granicznego miasta z rzeczoną Ceutą - hiszpańską enklawą w Afryce - cena 20 DRH, 2 h podróży. Do granicy trzeba jeszcze wziąć taxi, pod granicą urocze typki proszące o niewydane w Maroku dirhamy i tzw. asystenci, którzy biegną do Ciebie z kartami wyjazdowymi z Maroka, z długopisami i z wielką chęcią pomocy "wydostania" się z tego pięknego kraju, jakim "niewątpliwie" jest Maroko :). Dziękujemy im za współpracę, pisać sami umiemy, do okienka też podejść możemy, po raz ostatni patrzymy wstecz na krajobrazy Maroka, gdzie każdy z nas stracił nie jeden kilogram... Mieliśmy w Maroku spędzić dni 9, wyszło równe 7, bardzo to relatywnie niewiele, ale dla nas wystarczająco. Dodatkowe więc dni postanowiliśmy oddać Gibraltarowi i Granadzie.
» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.