Spaleni słońcem (24.VI.2008)
Written by Jacek Gabryś   
Tuesday, 24 June 2008

    Nie piszemy dużo, bo ukraińskie dzieci Internetu obsiadają tu wszystkie kafejki, których i tak jest jak kot napłakał (10 hr za godzinę gwoli ścisłości, pamiętajmy o prostym dzieleniu kwot przez 2 - otrzymamy cenę w złotówkach). O 16.15 wczoraj dotoczyliśmy się prawie po 16-tu godzinach do Symferopola na Krymie. Niestety, ale czar ukraińskich kolei prysnął. Tym razem nasz przedział pamietał czasy Orient Expresu i Agaty Christie, szkoda, że remontu żadnego od nowości nie widział. Ceratka na łóżkach, spalone żarówki, ledwie zipiąca klimatyzacja i kibel, o którym lepiej nie wspominać, ale będą zdjęcia, bo Marcin uwiecznił go podczas jednej z wielu w nim  sesji. Nie w takich warunkach jednak w zyciu sypialiśmy, nie takie niepowodzenia spotykały nas, tu udało nam się ponownie, znów nikogo nie dokwaterowali do kupiennego. Podczas podróży można korzystać z wrzątku, aby zalać Vifona, na stacjach babuszki oferują suszone rybki, człowiek z głodu nie zginie.

 

Trolejbusy w Symferopolu

 

    W Symferopolu lekki powiew klimatu wschodu i dekadencji, gorące powietrze, kamazy i trolejbusy, ktorę na Krymie obsługują trasy nawet długości jak z Krakowa do Zakopanego. Mickiewicza raczej nie pamiętają, ale czy czasów Lenina przypadkiem nie? Swoją drogą Lenin wiecznie żywy, często spotkać go można na pomnikach czy w nazwach ulic. Jako że klimat wschodu to i McDonald. Po eleganckiej kolacji (31 hr BigMac Menu, drogo), wybraliśmy marszrutkę do miejscowości nadmorskiej Sudak (2 h, 25 hr, wypadł mi paszport, ale dziewczę jakieś ochoczo mi go zwrociło), gdzie od razu wylansowało nas malżeństwo, ktore z Zielonej Góry sciągało kiedyś 30-letniego już chyba dziś Forda Sierrę. 8 USD za miejsce w pokoju dwuosobowym 15 minut od plaży to przeciętna cena tego rejonu w priwatnych kwartirach. Niestety, ale trafiliśmy w miejsce pokroju Łeby w sezonie, gofry, hotdogi, dmuchane krokodyle, rodziny z dziećmi, cuda na kiju i waty cukrowe, Shreki i Fiony potrafią nadwątlić budżety, dobrze, że nasze pociechy zostawiliśmy w domu, bo ceny takich badziewi zaiste wysokie.

 

Krymskie krajobrazy

 

 

    Krym to prawie jak Chorwacja. Prawie takie samo jest morze, prawie takie same skaliste plaże i schodzące do morza góry, prawie takie same kwatery, smażalnie ryb. Prawie jednak czyni taką rożnicę, że wybieramy Żywca, a nie piwo Tesco. Jeszcze długo zaskakujące momentami ukraińskie chamstwo (przy naszych paniach z Dworca Glównego panie z tutejszych kas biletowych to wiedźmy wcielone, ostentacyjnie ziewanie to najłagodniejsza odpowiedź na twoją probę kupienia biletu) i umiłowanie bylejakości każą wielu z nas omijać Ukrainę z daleka. Nie naprawi złego wrażenia gościnność pozostałych obywateli tego zacnego kraju. No i o alfabecie innym niz cyrylica można zapomnieć. Między bajki można też włożyć taniość tego zakątka. Owszem, można zjeść rybkę z frytkami za 10-15 złotych, ale będzie to rybka wysmażona o 8 rano, a potem bezczelnie do mikrofalówki wsadzona. Dobry obiad to wydatek rzędu 50-70 hrywien za łebka, jedyne co na prawdę tanie, to zimne pifko - 3,50 hrywien, dostępne w każdej dziurze, na każdym rogu, u każdego obywatela Ukrainy. Mimo wszystko jest znacznie lepiej, niż nas wcześniej straszono, Kijów to metropolia pokroju Paryża, Madrytu czy Wiednia, Morze Czarne znacznie cieplejsze niż Bałtyk, a obywatele sądząc po Cayennach trochę od naszych bogatsi. Po wycieczce na Nowy Świat, na który popłynęliśmy wodnymi rowerami, jak za dawnych podróży po Kryspinowie pisze to ja, ukraińska rjebjata, JacekG.

 

Krym

 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.