Homeless in Paris (26.II.2012)
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 26 February 2012
WRITTEN BY ŁUKASZ PILCH
 
    Czy kiedyś będziemy jak zepsuci zachodni turysci, którzy wsiadają w samolot i lecę bezpośrednio tam, gdzie sobie zaplanowali? Czy dalej bedziemy szukac opcji żeby ciąć koszty wyjazdów? Czy dalej najbardziej cieszyć nas będzie sam fakt bycia w drodze, czy to do Pcimia, czy to do Limy?

   Na razie i oszczędzamy i cieszy nas bycie w trasie. To, co może zająć 12h, nam zajęło ponad 30. Ale po kolej.

   Zaczynamy w Balicach, lotnisku które pewnie byłoby prawie martwe, gdyby nie irlandzki tani i zawsze o czasie Ryan, który przenosi nas do francuskiej wioski na B, której nazwy ani nie potrafię wypowiedzieć, ani tym bardziej napisać. Wioska ta oddalona jest o 80km od Paryża, więc jej lotnisko dumnie zwie się paryskim (choć to tak, jakby Tarnów nazwać Krakowem albo Radom Warszawą).

   Kolejny lot mamy z właściwego paryskiego lotniska, czyli z Orly, tuż po 8 rano dnia następnego. Wielu pewnie skorzystałoby z hotelu gdzieś w okolicy lotniska, ale my nie widzimy takiej potrzeby, tak samo jak nie widzieliśmy potrzeby zakupu bagażu w Ryanie, więc przynajmniej plecaczki mamy lekkie (7 kilo na 3-tygodniowy wyjazd). Bez obciążenia łatwo się spaceruje, dlatego postanawiamy wieczorem zerknąć na wieżę Eiffla. Wzruszeni tym widokiem kierujemy się w stronę naszego noclegu, czyli lotniska Orly. Nie wiem, które miejsce ma ów przybytek w serwisie sleep@airport, ale ja dałbym mu ostatnie. Dlaczego?
 
Wzruszenie

   Powód jest bardzo prosty, o godzinie 1.30 lotnisko jest zamykane, wszysktkie drzwi poblokowane, na zewnątrz co prawda jest 10 stopni na plusie, lecz słaby to pomysł spać pod drzwiami lotniska. Plan jest prosty, trzeba znaleźć lukę w systemie. Haju zauwazył, że na końcu jednego z terminali odbywają się prace remontowe, a jak są remonty, to są i robotnicy, a robotnicy nie pracują nonstop, tylko czasem muszą zapalić, a palić na lotniskach nie można, więc będą palić na zewnątrz...

   Uff, skomplikowane to logicznie, ale faktycznie majster wyszedł na szluga, a gdy wracał, my za nim. Dobry to człowiek był i wytłumaczył, że na lotnisku ochrona i że nas wyrzucić mogą, ale jak schowamy się za filarem, to powinno być dobrze. I było. Rano obudziliśmy się już w normalnych lotniskowych okolicznościach, gwarze, atmosferze pośpiechu i burdelu.

   Dobra, lecimy dalej, Paryż -> Madryt, lot skandaliczny, podczas blisko 2 godzin nie serwowano ani małego snacka, ani symbolicznej coli. Chwila przerwy w Madrycie, w którym spędziłem pół roku mojej młodości, a następnie 12h lotu do Limy. Nuda, ale takie życie, co począć.

   Jesteśmy w Hotelu Espana w Limie, tak polecanym przez Jacka i Michala M. Pani na recepcji dalej ich pamięta i gorąco pozdrawia! (załączam filmi z tego zacnego hotelu - przyp. JG).
 
 
    Jak już jesteśmy przy gorącu, to standardowo muszę napisać, że nie ma lekko. Spędzamy dzień nad Pacyfikiem, w ekskluzywnej dzielnicy Miraflores, bogato i sympatycznie jak na Lazurowym Wybrzeżu. Panie w pięknych kostiumach kąpielowych pokazują swoje opalone ciała, panowie lansują się łapiąc fale na desce surfingowej, dzieci chlapią sie w ciepłej wodzie, a my.. My zapomnieliśmy kremu do opalania i teraz wyglądamy jak raki gotowe do podania na stół. Boli, ale czujemy, że żyjemy.
 
Miraflores

   Plan na najbliższy czas (Lima jest 6 godzin do tyłu w stosunku do Polski):

- niedziela rano - lot z Limy do Iquitos (Amazonka)
- poniedziałek, wtorek, środa - dżungla, polowanie na zwierza, normal stuff
- czwartek rano powrót do Limy

   W dżungli nie ma dobrego Internetu...
» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.