Męczennicy znad Wisły (24.II.2013)
Written by Jacek Gabryś   
Sunday, 24 February 2013

 

by Ania

19.02

Lombok - Senggigi

   Jakby ktoś pytał, to nadal pada...ale przy 30C to jak w Polszy lipcowy deszczyk. Ogólnie nic się nie dzieje... Cały dzień włóczymy się po okolicach Senggigi i zastanawiamy się, co ze sobą zrobić. Internet radzi jechać na północną Sumatrę, miejscowi na Papuę, a my mocno zastanawiamy się nad Wietnamem :)

  Ostatecznie wieczorem trafiamy do knajpy, gdzie zgromadzili się chyba wszyscy turyści na wyspie (czyli około 30 osób :P). Kapela odgrzewa znane szlagiery Bryana Adamsa i Abby (jest fajna muzyka live) i o dziwo serwują całkiem niezłe i tanie sushi! W Polsce te dwa przymiotniki nigdy nie idą w parze :P W końcu, biorąc przykład z przemykających obok nas chwiejnym krokiem Australijczyków stwierdzamy, że przy takiej pogodzie jedynym sensowym pomysłem jest się mocno wstawić :))

20.02

Gili Islands - Gili Meno

  Daliśmy się namówić miejscowym na wycieczkę na wyspy Gili. Lokalny przyjaciel Marcina, Benek spod budki z piwem, zapewniał "You are going to paradise my friend!". Zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinniśmy tych słów potraktować dosłownie w momencie, kiedy nasza mała łupinka zaczęła się niebezpiecznie przechylać na falach... Podróż na wyspę była jednym z ciekawszych elementów naszej wyprawy. Mała drewniana łódeczka została mocno przeładowana zarówno ludźmi, jak i samymi najpotrzebniejszymi rzeczami (czytaj kury, jajka, szpinak, czipsy i piwko ;) ). Koniec końców wydaje mi się, że to tylko dzięki temu ładunkowi nie zaliczyliśmy grzybka na wodzie :) Morze było dość sztormowe, a kapitan caly czas zasłaniał sobie oczy talerzem, żeby mu deszcz nie zalewał twarzy. Paru naszych lokalnych towarzyszy podróży mocno rozważało zwrócenie swojego śniadania, ale na szczęście ostatecznie zachowali je dla siebie :)

  Gili Meno to rzeczywiście raj na ziemi. Nawet mimo pochmurnej pogody jest zachwycające lub jak kto woli, po prostu zjawiskowe. Bungalowy w ogrodach pełnych zieleni, wychodzące na śnieżnobiałe piaszczyste plaże. Turkusowa woda, a pod powierzchnią kolorowe ryby i koralowce na wyciągnięcie ręki. Nawet na jakieś 15 minut wyszło słońce!! Chyba zostaniemy tu na dłużej.

Ps. Z przyziemnych info. Najlepiej samemu poszukac transportu do portu Bengsal z pobliskiego Sangiggi ok 15000. Koszt public boat 10000=3.2pln

 

by Marcin

   Gilis to perła Indonezji. A raczej były nią jakieś 15 lat temu, jak znudzeni białasi znaleźli kolejną miejscówkę to crash and smoke some weed. Obecnie Gili straciły wiele z uroku dziewiczych wysepek, otoczonych nietkniętymi rafami. Na całe szczęście nie ma żadnych mechanicznych pojazdów, a jedyny środek transportu to mała furmanka, ciągnieta przez kucyka, a OK, mają jeszcze kilka rowerów. Jak przystało na klasę średnią rozbiliśmy się w Royal Palm Resort, który mimo dobrej ceny widniał w Lonely Planet pod akapitem midrange - w końcu wyszliśmy z budget standards:) (Jezus Maria, czyżbyśmy pożegnali już na dobre pokoje rodem z filmów o chińskiej triadzie, karaluchy i nie zmienianą od tygodni pościel? mówimy temu stanowcze nie! - przyp. JG). Całkiem przyjemne 4 bungalowy przy samym morzu z widoczkiem na lagunę, stylizowane na stary klub jachtowy (175 000 = 56pln). Ogólnie w okresie nov-mar można się mocno targować, bo resorty świecą pustkami.

  Pogoda się poprawiła, wyszło słońce i po kilku godzinach zaczęliśmy tęsknić za lekkim deszczykiem. W słońcu temperatura rośnie pow 37 C, a dodatkowo uczucie gorąca potęguje, że wilgotność sięga chyba 99%. Są i dobre strony: w końcu rafa nabrała kolorów, ryby jak z bajki o nemo. Mnie to zachęcilo do zrobienia nurka, ale Ania stwierdził,a że takie widoki miała setki razy (na zakrzowku;) i nic nie wnoszą w jej karierę nurka biegłego referenta, dlatego podjęliśmy karkołomną decyzję o wrzuceniu na ruszt podobno one of the best indonesia divespots - Komodo National Park. Za jedyne 250 tysięcy rupii wydaliśmy na siebie wyrok - 32h jazdy różnymi środkami lokomocji (łódką, bemo-lokalny mikrobus, luxbusem, promem, busem lokalsow z kurami, promem i taryfą), żeby dostać się przez Lombok, Sumbawe, do katolickiej wyspy Flores, która nazwę, wiarę i dostepność piwa zawdzięczają portugalskim konkwisatorom. A wiec bienvenue Flores - w końcu ponownie przepłukam gardło zimnym Bintangiem. Komodo nadchodzimy, drżyjcie smoki :-) 

» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.