Delhi i Bangalore (13.XI.2014)
Written by Jacek Gabryś   
Saturday, 08 November 2014
 
Dzień 3 - Dzień 6 - Praca
 
SKROMNE ZDJĘCIA
 
   W poniedziałek HCL. W samym Delhi mają 40 oddziałów, a w ogóle zatrudniają 95 tysięcy pacanów.Nie życzę nikomu kontaktów, jechałem tam z zamiarem zrobienia "zjebki", ale za okazało się, że za tymi wszystkimi adresami mailowymi i hinduskimi nazwiskami stoją ludzie. Nie miałem sumienia. Jestem za miętki.

   I w Delhi i w Bangalore praktycznie od poniedziałku do piątku Ci ludzie nie zajmują się niczym innym niż pracą. Pracują od 8 do 16 czasu fińskiego, czyli od 10.30 do 19.30. Wielu z nich poświęca na dojazd do pracy po 2 godziny "one way". Hinduskie miasta są totalnie sparaliżowane, teraz każdy Hindus zamiast rowera czy rikszy ma Suzuki, Toyotę czy inne Mitsubishi.

  Miałem przyjemność z powodu "Delhi Belly" posiedzieć sobie cały dzień w hotelu, w pokoju z widokiem na autostradę. Cały dzień wszystko stało, trąbiło. Jest 19.40, morze czerwonych świateł, na lotnisko trzeba wyjechać 5 godzin przed odlotem, najszybciej byłoby na piechotę, szkoda, że to 60 km od centrum.

  Indie zwariowały, rozwój jest niesamowity. Ale dopóki standardem będzie w godzinach szczytu prędkość 2 km/h, to nie wróżę wielkiej przyszłości. Chyba że zacznie się wzorem Chin budować autostrady piętrowe.

   Jako uczestnik delegacji międzynarodowej musiałem się poddać dyktatowi organizatorów, czyli Finów. To niesamowite jak Ci ludzie są ofiarami fińskiego socjalu, państwo zawsze wszystko załatwi, ogarnie, otoczy opieką. Oni nie są w stanie sami pokonać indyjskiej ulicy, nie zjedzą lokalnego jedzenia, najchętniej okopaliby się w hotelu dla Europejczyków, a do pracy jeździli opancerzoną limuzyną.

   Notabene, hinduskie hotele z górnej półki biją na głowę europejską czy amerykańską konkurencję. Armia służących, nikt się tu z kosztem pracy nie liczy, bo jest pewnie pomijalny, a stawki za pokój są dokładnie takie same jak na przykład w Niemczech. 3 kelnerów przy stole, kilka razy dziennie sprzątany pokój, wizyty obsługi, in-room dining, basen, spa, darmowy bar dla obcokrajowców, kosmetyczka. Po tygodniowym pobycie ciężko wracać do rzeczywistości, gdzie sam musisz sobie zrobić śniadanie, wcisnąć przycisk w windzie i dojechać do pracy. A potem pracować. 
 
 
Dzień 2 - Taj Mahal
 
SKROMNE ZDJĘCIA
 
 Wyjazd do Agry, czyli miasta 200 km od Delhi, dałem zorganizować Finom. Na firmowych wyjazdach zwykle tracimy samokontrolę. Wyjazd spod hotelu, oczywiście od drzwi do drzwi, bo zagraniczni dbają o swe bezpieczeństwo, za bagatelka 160 zł od głowy, jak na Indie i tak  krótką wycieczkę, majątek. Po 2-3 osoby do 7 osobowej taksówki. Nikt nawet nie chciał przyjąć do wiadomości, że do Agry można dojechać pociągiem za 10-20 zł, który jedzie podobnie jak auto 2-3 godziny.
 
  Przyjadą Hindusi, Chińczycy, Rosjanie i całe to towarzystwo rozgonią. 

  Z Delhi do Agry znowu dopadają myśli samobójcze. Droga jest 3-4 pasmowa, są bramki, kierowcy włączają kierunkowskazy przy zmianie pasa. Oddajcie prawdziwe Indie ! Mijamy nowiutki Tor Formuły 1, jakiś stadion do krykieta, całe Sport City. Przerażające. Po drodze fabryki IT.

  Wjeżdżamy do Agry... i jest!!! Wróciły prawdziwe Indie. Riksze, krowy grzebiące w śmieciach, burdel na kółkach, naganiacze, sprzedający jedyne, licencjonowane, handmade, zaaprobowane przez rząd repliki Taj Mahal. Welcome back. Hinduska wieś jest w starej niezbyt dobrej formie.
 
 

    Gdzieś tam nad brzegiem zaśmieconej rzeki majaczy Taj Mahal. Majaczy, bo jest mgła. Wybudowany w XVII wieku, islamski prezent dla zmarłej żony, pamiętajmy, że to tylko i aż grobowiec. 22 lata, 20 tysięcy robotników, wszyscy uczciwie opłacani, tamta rodzina nie "zatrudniała" niewolników. Skąd miała pieniądze na te fanaberie ?? Przewodnik mówi, że "po prostu była bogata".
 
   Wszystko idealnie symetrycznie, Taj Mahal z każdej strony wygląda tak samo. Tylko jeden z ornamentów delikatnie niesymetryczny, bo doskonałość była zarezerwowane dla bogów. I w środku 2 skrome grobowce, królowej i króla. Nic więcej. Cena - 750 rupii, ok 10 euro, całkiem akceptowalnie, choć Hindusi płacą 37 razy mniej, bo rupii 20.
  Porównałbym te ceny do lotu Ryanair (Hindusi) i Biznes Klasą w Emirates (biali). Unika się stania w wielometrowych kolejkach, dziś weekend, do Agry mogło przybyć nawet 100 tysięcy uroczych Hindusów. Dostaje się VIP service, fast lane, nawet ławkę do założenia skarpetek na wejście do środka. Na koniec wszyscy i tak lądują w tym samym miejscu, poganiani batami przez służby ochrony, które próbują całe to towarzystwo ogarnąć.
 
 

  Lubię Taj Mahal. 
 
  Z 7 nowych cudów świata zostaję jeszcze Wielki Mur Chiński i Chichen Itza. Petra, Chrystus z Rio, Machu Picchu i Koloseum odfajkowane. 
 
 
Dzień 1 - Delhi

WARNINIG WARNING !!
 
SKROMNE ZDJĘCIA

  Trzeba się obudzić (albo niech Amerykanie zagrają w sankcje), bo za kilka lat to tam, do Indii, właśnie my będziemy jeździć do pracy, być może paść "holly cow".  Byłem tu ostatnio 2,5 roku temu i skok cywilizacyjny, który się tu dokonał,  jest imponujący. To już nie tylko kraj uroczego fakira, świętej krowy i sympatycznej kobry, ale wkrótce 3-cia gospodarka świata (zanosi się, że wyprzedzi geriatryczną, pozostającą w permamentnym kryzysie Japonię), która co raz chętniej zatrudnia naszych chłopców i dziewczęta (InfoSys, HCL).

  Od kilkunastu lat Indie rosną w skali 8-10% PKB rocznie, budują drogi, lotniska, osiedla, młodzi i starzy rzucili się w wir konsumpcji. To nie te czasy, kiedy bosy riksiarz woził Cię cały dzień po okolicy za równowartość 20 zł, pucybut obsługiwał za 50 groszy, a w restauracji zostawiałeś 10. Indie, a szczególnie Delhi, zaczynają być drogie i niedługo polskiego backpackersa będzie stać tylko na pieczonego ziemniaka od Matki Teresy.

  Do tego, już nie tak łatwo spotkać się ze świętą krową, wprawdzie żebracy wciąż sypiają w rynsztoku (to zjawisko powszechne chociażby w San Francisco), ale nawet możesz spokojnie przespacerować się po mieście, nie będąc 200 razy zatrzymywany słowami "sir, I have something for you". Ludzie mają już co innego do roboty, niż wyciąganie ręki.

Z turystycznych info (Delhi nie jest specjalnie piękne, powiedzmy to sobie szczerze)

  • 5 h rikszą, ok 50 km - 1300 rupii, ok 75 zł
  • Red Fort - niby największa atrakcja Delhi - dno. Najlepiej wygląda z zewnątrz. Tradycyjne dymanie białego trwa. Lokalny - 20 rupii (1,2 zł), biały - 250 rupii (15 zł).
  • Jama Masjid - meczet, jako że obok Red Fort, to można odwiedzić
  • Chandni Chowk - handlowy tygiel, milion sprzedających, 2 miliony kupujących, ulica w starym dobrym hinduskim patologicznym stylu
  • Akshar Dham Temple - 9-letnia, piękna, czysta, darmowa świątynia, wejść do niej jest trudniej niż wjechać do Izraela. Nawet telefon i gumy do żucia zostają w depozycie. Warto, ale uzbrojonym w cierpliwość. Hinduskie 3-pokoleniowe rodziny okupują ten obiekt. 
  • Humaynus Tomb - dla tych, którzy nie mogą wyskoczyć do Taj Mahal
  • India Gate - poświęcony hinduskim żołnierzom, których Brytyjczycy cały XX wiek wysyłali na śmierć po całym świecie. Całe te błonia i deptak- imponujące - miejsce spotkań już nie tak bardzo zarośniętych, modnych Hindusów, którzy wychodzą na podryw coraz bardziej podobnych do Europejek wyzwolonych Hindusek
  • Connaught Place - tam mieszkam, centrum New Delhi, rondo, którego średnica to na oko 400 metrów. Odległości, odległości everywhere in Delhi

Wziąłem fakturę za pierwszy hotel
Room Rate - x
Luxury Tax - 10%
VAT - 12,50 %
Service Tax - 7,50%
FINAL PRICE - 1,3 x
To bardzo irytujące, rodem z US, że każda cena w tym kraju rośnie w oczach pod koniec o prawie 30%.

   No limits. Nawet w telewizji do wyboru 980 kanałów.
 



Dzień 0 - LOT

  Wiadomo, że nie ma lepszego nad Hinduskiego informatyka. Wszystko obieca, zaprogramuje, przetestuje, zrilisuje. "Eill do, sir", "everything is OK, sir", "please restart computer, sir".Jest przedstawicielem narodu, który w każdej profesji ma do zaoferowania nieskończenie wiele "risorsów", jeśli nie  spodoba się ten, na jego miejsce stoi na dole z CV w ręku kolejnych 200-tu (UPDATE - muszę to zdanie przemyśleć, tak mogło być 2,5 roku temu, ustalę jak jest teraz już w przyszłym tygodniu). 

  Hinduski rynek pracy nie jest dla miękkich.

  Jadę po raz kolejny to sprawdzić. Sprawdzić jak blisko są dogonienia naszej cywilizacji, jak blisko są przejęcia władzy nad nami, kiedy to tam trzeba będzie jeździć na saksy do pracy w Call Center. Zaczynam od Delhi, 16 milionowego molocha, stolicy hinduskiego wyrachowania i bezczelności, gdzie zjeżdżają się przedstawiciele całego 1,5 miliardowego narodu.

  Pamiętajmy, że w Delhi głównie ulokowała sie władza, a kasa, kultura, film, Bolywood to Mombaj. Kalkuta to wszystko, co związane z transportem morskim, Bangalore czy Hyderabad i Pune to chłopaki z IT.

  Lufthansa tym razem półpełna, w składzie praktycznie sami niemieccy emeryci, prawdopodobnie ostatni raz przed swym końcem chcący zmierzyć się z mistycznym syfem indyjskim, który tak przypadł im do gustu, kiedy wylądowali na Goa jako hipisi, w szalonych latach 60-tych. Lecimy, estimated landing time - 00.15
» Post Comment
Email (will not be published)
Name
Title
Comment
 remaining characters
Captcha Image Regenerate code when it's unreadable
» No Comments
There are no comments up to now.